Umówmy się! [Harel]

Sztuczny piątek [Harel]
Umówmy się! Spotkajmy się w następną sobotę. Wpiszmy to sobie w kalendarz i dotrzymajmy słowa.
Nie przekładajmy na kolejną i kolejną. Nie odwołujmy w ostatniej chwili, bo pada śnieg, a kanapa okazała się nadzwyczaj wygodna.
Nie przypominajmy sobie, że jednak mamy wtedy fryzjera, kosmetyczkę albo wizytę rodziców. Wyobraźmy sobie, że czas drugiej osoby jest równie cenny jak nasz. Zaraz… Chwila… Jak to?

Ach, jak łatwo jest się teraz umówić! Wystarczy skrzyknąć znajomych na Facebooku albo wymienić kilka informacji na Tinderze. Miejsce wybieramy spośród polecanych przez najlepszych blogerów kulinarnych, sprawdzając, czy liczba przyznanych gwiazdek odpowiada naszym wymaganiom.

Jeśli nie kojarzymy adresu, wrzucamy go w mapy i już wszystkie opcje dojazdu, wraz z potrzebnym czasem, mamy wyświetlone. Jeśli urodziny i prezent, sprawdzamy listę zainteresowań delikwenta i zrzucamy z przyjaciółmi na coś ekstra. Jeśli randka, bukiet kwiatów nigdy nie będzie zbyt staroświecki – tym bardziej, gdy zamówimy go przez internet. W sumie nawet nie musimy dokładnie wiedzieć, gdzie jedziemy – wystarczy wpisać adres w aplikacji taksówkarskiej. Kierowca nas dowiezie, a – jeśli tylko będziemy w stanie wyartykułować adres powrotny – zawiezie potem do domu. Wydawałoby się, że przy tym ogromie udogodnień życie towarzyskie powinno kwitnąć jak nigdy dotąd. A jednak, gdy tylko wychylimy się poza ekran naszego telefonu, zaczynają się schody.

Był taki odcinek „Seksu w Wielkim Mieście” (Państwo wybaczą, jestem jego niepoprawną i bezkrytyczną fanką), w którym główna bohaterka umówiła się ze znajomymi w restauracji, by obchodzić trzydzieste piąte urodziny. Zdarzył się tylko jeden mały problem: nikt, prócz jubilatki nie przyszedł. Po upokarzającym powrocie do domu (i opłaceniu tortu – niespodzianki) włącza sekretarkę telefoniczną i odsłuchuje wiadomości. Tłumaczenia, wymówki, głupie pomyłki – pechowo się złożyło, że każdemu coś wypadło. Kiedyś to była słodko gorzka scena z filmu. Obecnie najczęstszy scenariusz towarzyszący próbom zebrania kilku zaprzyjaźnionych, wydawałoby się, osób.

Z lekkim rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy nie mieliśmy komórek ani skrzynek mailowych, a jedyny zdalny kontakt odbywał się za pomocą domowego telefonu. Trzeba było się przedstawić i poprosić wybraną osobę, co zwłaszcza w przypadku dzwonienia do sekretnych szkolnych miłości bywało wyzwaniem. Świetnych miejsc na spotkania nie było zbyt wiele, więc odchodził problem marudzenia, bo ktoś nie lubi, a kogoś nie obsłużyli, więc nogi więcej nie postawi. Rzucało się pierwszy termin, jaki przyszedł do głowy, wieść jakimś cudem się niosła i spotkanie po prostu dochodziło do skutku. Co robiliśmy i o czym rozmawialiśmy, gdy nie było ani najnowszych hitów z YouTube’a, ani gorącej afery z udziałem jakiegoś nieszczęsnego „influencera – celebryty”? Mam trochę zdjęć z tamtych czasów. Robionych przy okazji, wywoływanych dużo później. Zostały dowody imprez przy stole, na którym nie leżał ani jeden smartfon. Nie to, że chciałabym wrócić do tamtego świata. Wygody tu i teraz nie da się z niczym porównać. Człowiek ma jednak wokół siebie tyle rozproszeń, że przestają dziwić towarzyskie trudności.

Można się upierać, że nie tylko technologiczne nowinki odciągają nas od sedna. Bo przecież praca, dzieci, zwierzęta i sto obowiązków na godzinę. Mam jednak wrażenie, że kiedyś było łatwiej. Przypominam sobie tłumy znajomych w domu moich rodziców i dość regularne imprezy z nami, dzieciakami, plączącymi się między wesołymi dorosłymi. Może nie było alternatyw – z pewnością nie czekała na nich premiera wyczekiwanego od roku nowego sezonu kultowego serialu.

Niedawno rozmawiałam z pewną dziewczynką, która przyznała, że po szkole najbardziej lubi zalec w swoim pokoju i „snapować” z przyjaciółmi. Z tymi samymi, których przed chwilą widziała w klasie. I nie uważa tego za nic dziwnego, kontakt jak każdy inny. I zaczęłam się zastanawiać. Może już mnie dopadła ta słynna przepaść pokoleniowa, może martwię się brakiem prawdziwych spotkań, bo tych wirtualnych za takie nie uważam? Eureka! Na takie wnioski nie byłam przygotowana.

www.harelblog.pl

Komentarze