Tomek Woźniak: Restauracja jest jak wielki, żywy organizm

Tomek Woźniak
Przyznaje, że sam próbował już niemal wszystkiego: robaków, bojącego serca kobry, głowy żaby… W swojej kuchni ceni jednak przede wszystkim prostotę w połączeniu z najwyższą jakością – Tomek Woźniak. Z założycielem i prowadzącym restaurację KITCHEN, rozmawiamy o pierwszych kulinarnych eksperymentach, zaskakujących połączeniach smakowych, współpracy z Ewą Chodakowską i wszystkim, co według niego w życiu najważniejsze.
Witaj Tomek, na początek zapytam Cię o początki. Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z gotowaniem?

Moja przygoda z gotowaniem rozpoczęła się gdy miałem sześć lat. Wówczas moimi „gośćmi” byli rodzice i dziadkowie oraz ich znajomi. Pamiętam, jak męczyłem rodziców, by jak najczęściej zapraszali do domu gości, szczególnie w weekendy, tak bym mógł się sprawdzić kulinarnie. Robiłem wtedy Tartę Tatin i łososia w cieście francuskim. Odwiedzający jedli też dużo curry (śmiech). Nie wszystko oczywiście wychodziło. Podczas gotowania mojej pierwszej w życiu lasagnii tak się skupiłem na tarciu marchwi, że spaliłem cebulę. Kłęby czarnego dymu opanowały mieszkanie, a ja wziąłem drugi garnek i kończyłem szykować obiad.

Do profesjonalnej kuchni trafiłem w wieku szesnastu lat. Byłem wtedy pomocnikiem pomocnika, najmłodszym pracownikiem, chłopcem od wszystkiego w o dwa rozmiary za dużym kitlu. Całymi dniami myłem szpinak i obierałem jajka. Po miesiącu pracy pozwolili mi usmażyć omleta. Wtedy właśnie podjąłem decyzję, że chcę gotować.

A kiedy podjąłeś decyzję o założeniu restauracji?

Marzenie o otwarciu restauracji towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Na szczęście na spełnienie moich marzeń musiałem trochę poczekać. W przeciwnym razie skończyłoby się to wielką katastrofą. Co prawda w dalszym ciągu jestem stosunkowo młody jak na tę branżę – jestem jednym z najmłodszych restauratorów w Polsce. Robię dużo błędów, jak każdy, ale staram się wyciągać z nich wnioski. Gdybym wiedział, co mnie czeka jeszcze przed otwarciem restauracji, raczej bym się na ten krok nie zdecydował, a już na pewno nie w tak młodym wieku… Dziś wiem, że chcę otworzyć kolejną (śmiech). Wkręciłem się totalnie.

Co było dla ciebie na początku najtrudniejsze?

Na początku trudne było wszystko. Pierwszych kilka miesięcy byliśmy otwarci non-stop. Nie miałem czasu aby się ogolić, a we własnym domu byłem tylko gościem. W zeszłym roku restaurację zamknęliśmy tylko na dwa dni – pierwszy dzień świąt oraz Niedzielę Wielkanocną. To była straszna harówa. Dużo napięcia, emocji, ale i oczekiwań. Budowanie zespołu, wzajemnego zaufania, wypracowywanie know-how i dbałość o utrzymanie jakości. Nad tym wszystkim pracujemy oczywiście w dalszym ciągu, wciąż uczymy się też cierpliwości i pokory, bo w gastronomii, podobnie jak w sporcie, nic nie dzieje się z dnia na dzień. Dziś wiem, że restauracja jest jak jeden wielki organizm, który też musi mieć chwilę oddechu.

1 of 3

Komentarze

Przyznaje, że sam próbował już niemal wszystkiego: robaków, bojącego serca kobry, głowy żaby… W swojej kuchni ceni jednak przede wszystkim prostotę w połączeniu z najwyższą jakością – Tomek...
" />