Tilda Swinton: Oczy szeroko otwarte na świat [ wywiad ]

Tilda Swinton: Oczy szeroko otwarte na świat [ wywiad ]
Wychowywała się w szkockiej rodzinie szlacheckiej, jest absolwentką Uniwersytetu Cambridge, uchodzi za ikonę stylu. Wielu mówi o niej jako o aktorskim kameleonie.

Była muzą Dereka Jarmana, współpracowała z Jimem Jarmuschem, Wesem Andersonem czy Terrym Gilliamem. Na koncie ma Oscara i szereg innych prestiżowym wyróżnień. Prywatnie szalenie uprzejma, choć jednocześnie bardzo konkretna. Już po kilku minutach rozmowy skróciła dystans, wyciągając telefon, by pokazać mi zdjęcia swojego psa. To zresztą był ważny temat naszej rozmowy. Z Tildą Swinton rozmawia Kuba Armata

W tegorocznym konkursie w Cannes znalazł się film „Okja”, produkcja Netfliksa, w której nie tylko grasz, ale jesteś też współproducentką, co oznacza, że miałaś pewnie nad tym projektem większą kontrolę. To ważne z Twojego punktu widzenia?

Określiłabym tę kontrolę raczej jako relację z reżyserem. Przez całe swoje zawodowe życie, współpracując z różnymi twórcami, zawsze starałam się ich wspierać. Mogę zatem powiedzieć, iż praca producenta z biegiem lat stawała się dla mnie coraz bardziej odpowiednia i naturalna. Kiedy jesteś z kimś od samego początku, czyli od zarysu, konceptu filmu, zazwyczaj musicie wspólnie przebyć bardzo długą drogę. Ważne jest zatem, żeby reżyser czuł, że jesteś jego sojusznikiem, kimś w rodzaju żołnierza w jego armii. Chodzi o wytworzenie wokół niego przestrzeni wolności, by końcowy efekt był dokładnie taki, jak sobie wymarzył.

Wydaje się, że jesteśmy na początku rewolucji w dystrybucji kina, w której ważną rolę może odegrać m.in. Netflix. W Cannes nie obyło się jednak bez kontrowersji, a negatywnie o pokazywaniu filmów przez Internet wypowiedział się przewodniczący jury Pedro Almodóvar.

Myślę, że powinniśmy wierzyć, że wyjdzie z tego coś dobrego. Ważna jest debata na ten temat, powinniśmy mówić o naszych oczekiwaniach, ale i niepokojach. „Okja” jest świetnym argumentem przemawiającym na korzyść Netfliksa. Uwierz mi, że reżyser Bong Joon-ho pokazał ten scenariusz wszystkim liczącym się studiom hollywoodzkim. Odpowiedź zawsze była taka sama, odmowna. Jedynym podmiotem, który zainteresował się tym projektem był Netflix. Nie tylko powiedzieli: „tak”, ale dali nam totalnie wolną rękę. To bardzo kreatywne studio, mające świetne podejście i teraz widać tego rezultaty. Netflix współpracuje z całą plejadą czołowych reżyserów, którzy niedługo staną się pewnie klasykami. A co do dystrybucji, rozmawiamy o tym, żeby „Okja” weszła także do kin. Na pewno będzie pokazywana w taki sposób w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Korei Południowej.

Często wracasz do tych samych reżyserów. Tak było z Derekiem Jarmanem czy Jimem Jarmuschem. Co przyciągnęło Cię do koreańskiego twórcy Bonga Joon-ho?

To zabawne, bo rozmawiamy w Cannes, a właśnie tu przed kilkoma laty spotkaliśmy się z Koreańczykiem po raz pierwszy. Pamiętam, że był to rok, kiedy on zasiadał w jury, a ja przyjechałam z filmem „Musimy porozmawiać o Kevinie” w reżyserii Lynne Ramsay. A że mieszkaliśmy z Bongiem w tym samym hotelu, postanowiliśmy zjeść razem śniadanie. Dogadaliśmy się błyskawicznie i zaczęliśmy się zastanawiać, nad czym możemy razem popracować. Zaczęło się od „Snowpiercera: Arki przyszłości”, a potem przyszła „Okja”. Przez ten czas staliśmy się naprawdę bliskimi przyjaciółmi, którzy w dodatku bardzo lubią ze sobą współpracować.

Tytułowa Okja to gigantycznych rozmiarów superświnia, choć przeczytałem, że inspiracją dla tej sympatycznej „kreatury” był jeden z Twoich psów.

Oczywiście pomysł wyszedł od Bonga, ale rzeczywiście muzą był jeden z moich psów. Zaraz pokażę ci jej zdjęcie (w tym momencie Tilda Swinton wyciąga smartfona i szuka zdjęcia). Wabi się Rosie, ma naprawdę sporo dobrych zdjęć, ale jak widać, wcale niełatwo je znaleźć. Mam cztery psy, ale Rosie jest zdecydowanie najbardziej fotogeniczna (śmiech). Zwierzęta towarzyszą mi przez całe życie. Szczerze, nie myślę o nich nawet w ten sposób, jak o zwierzętach. Traktuję je jak normalnych członków mojej rodziny, z tą tylko różnicą, że nie są ludźmi.

Czego nauczyły Cię twoje psy?

Chcesz całą listę? (śmiech) Wzajemnych relacji, innej perspektywy spojrzenia na życie, radości, lojalności. Kiedy one biegają po ogrodzie czy lesie, zdaję sobie sprawę, z jak prostych rzeczy można czerpać radość. A to bardzo ważne i trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza gdy dużo złego dzieje się dookoła. Biorę psy na plażę, opowiadam im o aktualnej sytuacji politycznej, a one tylko radośnie merdają ogonem i biegają sobie w najlepsze. Nie da się ukryć, że są świetnymi słuchaczami (śmiech).

Wspomniałaś o wielu złych rzeczach, jakie dzieją się wokół nas. Zresztą my, jako społeczeństwo, w ogóle funkcjonujemy w taki sposób, że często sami utrudniamy sobie życie.

Myślę, że to jedna z rzeczy, o których jest ten film. Kiedy dorastamy, wcale nie musimy rezygnować z wszystkiego, co było wcześniej. Młoda bohaterka „Okji” przeżywa bardzo trudną konfrontację ze społeczeństwem i regułami, jakie w nim obowiązują. Może się temu poddać i zapomnieć o przeszłości. Nie tylko o relacji z ukochaną Okją, ale i wierze w drugiego człowieka, w jego szczerość, uczciwość. To takie stąpanie po kruchym lodzie. Na pewno w wyniku takiej konfrontacji zarówno ona, jak i każdy z nas się zmienia. Chodzi o znalezienie jakiegoś kompromisu, zawarcie umowy ze społeczeństwem, by funkcjonować w nim na własnych zasadach. Ten film przypomina nam, że na każdym etapie życia chodzi o podejmowanie odpowiednich decyzji. Trzeba być szczerym wobec samego siebie. Ale i świadomym – relacji z innymi ludźmi, zwierzętami, tego co na siebie zakładamy, tego co jemy. Staram się przekazywać te wartości moim dzieciom, choć to chyba ja się więcej uczę od nich. Dzieci wiedzą o nas bardzo dużo i ukrywanie przed nimi czegokolwiek mija się z celem. Tak przynajmniej jest w naszych relacjach i jestem z tego dumna, bo to zapewnia równowagę. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte na otaczający nas świat.

Tylko, że to nie zawsze jest łatwe.

Żyję w miejscu, gdzie łatwo znaleźć dzikość i jest to pewnie trochę łatwiejsze. Podam przykład, choć sama nie jem mięsa, wiem, skąd ono pochodzi, w jakich warunkach zwierzę było hodowane, jak zostało zabite itd. W miastach z pewnością jest z tym dużo trudniej, zwłaszcza w chwili, kiedy ma się dość ograniczony budżet i niełatwo jest związać koniec z końcem. Mam świadomość, że w tej materii jestem uprzywilejowana.

Jakich cech szukasz u reżyserów, z którymi decydujesz się pracować?

To świetne pytanie, zwłaszcza że zaczęłam w dość nietypowy sposób. Współpracowałam z jednym reżyserem przez dziewięć lat – był nim Derek Jarman. Ta relacja opierała się na przyjaźni, nie tylko na płaszczyźnie osobistej, ale i zawodowej oraz na rodzinnej atmosferze w obrębie grupy, w której pracowaliśmy. Kiedy Derek zmarł w 1994 roku, byłam bardzo zasmucona i miałam świadomość, że może nie będę więcej pracowała jako aktorka, czułam, że nie ma drugiej takiej osoby jak on. Dobrą wiadomością okazało się to, że są wokół mnie ludzie, którzy chcą pracować w podobny sposób. Powiedziałabym zatem, że najczęściej zaczyna się od przyjaźni. Choć czasem zupełnie niespodziewanej, jak w przypadku Bonga. Ważne, by czerpać z tego wszystkiego maksimum przyjemności i zabawy, bo do końcowego rezultatu i zaprezentowania filmu publiczności wiedzie długa, nierzadko kręta droga. W tym wszystkim chodzi też o wzajemny szacunek i to, jak szybko jesteś w stanie się z kimś zaprzyjaźnić. Mnie, jak widać, wystarczy czasami wspólne śniadanie.

Czy to właśnie trudne i złożone role, jak chociażby w „Orlando” Sally Potter, ukształtowały Cię jako aktorkę?

Mam poczucie, że zarówno z Sally Potter, jak i z Derekiem, miałam bardzo bliski kontakt. Jedną z rzeczy, która nas połączyła, była ogromna radość, jaką czerpaliśmy z pracy. Z Derekiem przeszłam długą drogę, podczas której stawałam się artystką. Pierwsze filmy robiliśmy jeszcze w połowie lat 80. Były one różnie odbierane, ale nas niespecjalnie to obchodziło. Kiedy kręciliśmy, nie zastanawialiśmy się, co spodoba się publiczności. Po prostu pracowaliśmy i szliśmy dalej przed siebie. Miałam poczucie, że międzyludzkie relacje i proces realizacji filmu to jedyne rzeczy, które się liczą. A także odczuwanie radości wynikającej z faktu, że pracuje się z przyjaciółmi. Mieliśmy oczywiście nadzieję, że widownia zrozumie, o co nam chodziło, ale nie szukaliśmy tego na siłę.

Mówisz o wadze wspólnoty, jak się zatem czujesz w chwili, kiedy twój kraj chce opuścić Unię Europejską?

Mój kraj nie jest zainteresowany opuszczeniem Unii Europejskiej i zapewniam cię, że nigdzie się nie wybiera. Żyję na co dzień w Szkocji i tam podchodzimy do takich spraw dużo bardziej kolektywnie. Skoro Anglia nawarzyła piwa, teraz musi je wypić.

Rozmawiał Kuba Armata, Cannes

Komentarze

Wychowywała się w szkockiej rodzinie szlacheckiej, jest absolwentką Uniwersytetu Cambridge, uchodzi za ikonę stylu. Wielu mówi o niej jako o aktorskim kameleonie. Była muzą Dereka Jarmana, współpracowała z Jimem...
" />