Test: Volkswagen Passat GTE. Kwestie wizerunkowe

Test: Volkswagen Passat GTE. Kwestie wizerunkowe
Oto najdroższy Passat w gamie, choć wcale nie jest najmocniejszy ani najszybszy. Jest za to najciekawszy.

Od czasu afery spalinowej, słowa „Volkswagen” i „ekologia” niespecjalnie kojarzą się ze sobą. Sposób niemieckiej marki na uratowanie wizerunku nazywa się Passat GTE i jest jedną z fajniejszych, o ile nie najfajniejszą hybrydą na rynku.

Pod jego maską pracują – jak to w hybrydzie – dwa silniki. Benzynowy 1.4 TSI o mocy 156 KM i elektryczny o mocy 115 KM. Łączna moc zestawu to 218 KM, a maksymalny moment obrotowy to aż 400 NM. Moc przenosi na przednie koła sześciobiegowa przekładnia DSG. Ta znana i lubiana skrzynia stanowi miłą odmianę od bezstopniówek, w których lubują się japońscy producenci. Co ciekawe, silnik elektryczny nie ładuje się jedynie podczas jazdy, ale można go naładować także z gniazdka lub ze stacji szybkiego ładowania. To sprawia, że mówimy o hybrydzie plug-in, zaś zasięg na samym „elektryku” to w teorii około 50 km. W związku z całkiem niezłymi parametrami, Volkswagen zdecydował się nie nazywać tej wersji po prostu „Hybrid”, ale GTE, w nawiązaniu do sportowych odmian innych swych modeli, GTI i GTD.

Z zewnątrz specjalnie sportowych ambicji nie widać, choć zderzak i granatowa listwa na grillu zdradzają wprawnym obserwatorom, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż zwyczajną limuzyną menadżera. Poza tymi akcentami, GTE wygląda jednak jak każdy inny Passat. Czy to źle? Niekoniecznie, bowiem VW klasy średniej to po prostu przyjemny dla oka, prosty i klasyczny sedan. Nudny? Być może. Ale nie jest brzydki.
Plus dla stylistów i marketingowców VW za to, że nie chcieli z GTE na siłę robić auta wyglądającego „eko”. Karykaturalnie małe felgi na balonowych oponach i brak przedniego grilla to częsty scenariusz przy tego typu wersjach. Na szczęście, nie tu.
Również poprawnie i prosto jest we wnętrzu. Ale tutaj mamy także bardzo dobre wykończenie i spasowanie, co w połączeniu z bogatym wyposażeniem testowanego egzemplarza (m.in. skórzana tapicerka, rozbudowany zestaw multimedialny, okno dachowe, dobry sprzęt audio) tworzy atmosferę klasy premium. Passat i klasa premium? Widzę te szydercze uśmiechy czytelników, ale… radzę po prostu się przejechać. Ewidentnie „coś w tym jest”.

Wnętrze Passata jest jednak przede wszystkim funkcjonalne i ergonomiczne. Inni producenci powinni uczyć się od Volkswagena projektowania obsługi systemów pokładowych. Jedna uwaga – prawe lusterko wydaje się być umieszczone nieco za nisko. To jednak kwestia przyzwyczajenia.

A jak podczas jazdy?

Cicho! Silnik elektryczny działa nie tylko podczas manewrów na parkingu. Da się jechać w ciszy, przy akompaniamencie jedynie szumu powietrza, aż do 130 km/h. Gdy na dotykowym wyświetlaczu wybierzemy tryb jazdy wyłącznie przy wykorzystaniu silnika elektrycznego, nawet przy maksymalnym wciśnięciu gazu jednostka spalinowa się nie włączy. Szczerze mówiąc, nie musi, bo już sam „elektryk” wystarcza do żwawego rozpędzania Passata.
Również gdy jedziemy szybciej i przy wykorzystaniu silnika spalinowego, VW imponuje wyciszeniem.Jeśli chodzi o osiągi, pierwsza setka w 7.4 sekundy to naprawdę niezły wynik, pozwalający na zostawienie w tyle większości zwykłych odmian tak Passata, jak i konkurentów.

Automatyczna, dwusprzęgłowa skrzynia działa szybko i sprawnie. Naprawdę nie lubię przekładni typu CVT, które zazwyczaj występują w parze z hybrydowym układem napędowym u konkurencji, więc tego typu rozwiązanie to dla mnie wielki plus.
Niestety, na zakrętach i przy hamowaniu daje się odczuć, że GTE cierpi na nadwagę. Silnik elektryczny i baterie ważą 250 kg, więc zwłaszcza przy mocnym hamowaniu mamy do czynienia ze sporą bezwładnością. Oprócz tego – zwykły Passat. Brak specjalnych emocji przy prowadzeniu, spora neutralność, niezłe resorowanie i wszystko… poprawne.

Oprócz trybu wykorzystującego jedynie silnik elektryczny jest także tryb łączony (moment włączenia się silnika spalinowego nie jest wyczuwalny) oraz taki, w którym baterie doładowują się w czasie jazdy. Dzieje się tak przy hamowaniu i przy odpuszczaniu gazu, więc radzę uważać, bo auto zwalnia wtedy bardziej, niż można by się spodziewać.
Magiczny przycisk GTE sprawia zaś, że reakcje na gaz stają się bardziej żywiołowe, a całe auto zrywniejsze. Cyfrowy panel zegarów zmienia swój wygląd, a do uszu podróżnych dociera imitacja rasowego dźwięku silnika nadawana z głośników. Trudno polubić tę dźwiękową maskaradę, ale trzeba przyznać, że w tym trybie Passat staje się przyjemnie, acz nieprzesadnie, usportowiony.

Co ze zużyciem paliwa?

Zasięg baterii (a więc możliwość jazdy bez zużywania paliwa) to teoretycznie ok. 50 km, w praktyce oczywiście jest tym mniejszy, im szybciej jeździmy. Tak czy inaczej, na pełnym ładowaniu można pokonać ok. 40 km, co w trybie łączonego użycia silników wystarcza na kilka sporych podróży. Gdy zasięgu na „elektryku” nam zabraknie, oczywiście nic wielkiego się nie dzieje – GTE staje się wówczas zwykłym, spalinowym autem. Baterie podczas jazdy ładują się powoli, więc najlepiej będzie uchylić klapkę w grillu przednim i podłączyć samochód za pomocą specjalnego kabla do prądu. Mamy dwie możliwości. Pierwsza – chyba najlepsza – to ładowanie ze zwykłego gniazdka. Od zera do pełna zajmuje to około czterech godzin, ale jeśli robimy to we własnym garażu w nocy lub w firmowym w czasie pracy, nie jest to przecież problemem. Druga możliwość to korzystanie ze stacji szybkiego ładowania samochodów elektrycznych. W Warszawie jest ich już trochę, ale w mniejszych miejscowościach to nadal egzotyka. Całkowicie rozładowany Passat GTE musi w takim miejscu spędzić dwie i pół godziny.

Podczas testu, moje średnie spalanie kształtowało się w okolicach 10-11 litrów na sto kilometrów. To sporo, zważywszy na to, że prawie w ogóle nie jeździłem z rozładowanymi akumulatorami, a jedynie w trybie łączonym. Na usprawiedliwienie dodam, że zdarzało mi się jeździć z prędkościami autostradowymi, przy których pomoc elektrycznego motoru na niewiele się zdaje.

Nie jest to mało. Myślę, że zwykły Passat z benzynowym silnikiem o zbliżonej mocy spaliłby podobne ilości paliwa. Na korzyść GTE przemawia jednak możliwość cichej i bardzo płynnej jazdy w trybie elektrycznym. To jest ekonomiczne, gdy ktoś jeździ głównie spokojnie po mieście, na krótkich dystansach. Taka jazda jest też po prostu przyjemna. Passat GTE mimo swojej „ekologiczności” jeździ jak zwykłe auto klasy średniej… z bonusem w postaci silnika elektrycznego, który nie ogranicza przyjemności, a jedynie jej dodaje. To być może hybryda, w której znajdziemy najwięcej frajdy.

Skoro mówimy o Passacie, musimy zadać sobie pytanie: co z klientem flotowym? Co mogłoby skłonić pracownika zarządzającego flotą aut w korporacji do zakupu akurat tej wersji, skoro porównywalnie wyposażony diesel będzie prawdopodobnie tańszy i bardziej ekonomiczny? Odpowiedź jest prosta: to kwestie wizerunkowe! Volkswagen ma ostatnio kiepski PR, gdy mówimy o ochronie środowiska. Znam nawet przypadek dużej firmy, która zrezygnowała z oferowania swym pracownikom aut tej marki właśnie ze względu na aferę spalinową. GTE jest ratunkiem: nie jest napędzane niesławnym dieslem i pokazuje, że dana korporacja jest otwarta na najnowsze pomysły w dziedzinie ekologicznej motoryzacji.
A pracownicy będą się cieszyć, bo dostaną kawał porządnego, dopracowanego samochodu…

Mikołaj Adamczuk
fot. Dominika Szablak

www.motopodprad.pl

Komentarze

Oto najdroższy Passat w gamie, choć wcale nie jest najmocniejszy ani najszybszy. Jest za to najciekawszy. Od czasu afery spalinowej, słowa „Volkswagen” i „ekologia” niespecjalnie kojarzą się ze sobą. Sposób...
" />