Tajwan w krakowie – Mr. Lee’s

9 Jedzenie
8 Obsługa
6 Wnętrze
9 Ceny
8

Od marca w pobliżu Teatru Bagatela działa Mr. Lee’s, czyli pierwsza tajwańska restauracja w Krakowie. Trudno zauważyć ją z ulicy, bo znajduje się w oficynie, w ciemnej piwnicy przejętej po działającym tam wcześniej włoskim lokalu. Wystrój jest raczej smutny, zupełnie bez pomysłu i – miejmy nadzieję – wciąż w fazie zmian, bo ciężkie, ciemne meble czy drewniana boazeria, a do tego jedyne kolorowe elementy wystroju, czyli trochę banalne zdjęcia z tajwańskimi krajobrazami, nie tworzą jeszcze miejsca, w którym chciałoby się usiąść na dłużej.

Sympatyczna kelnerka wita już przy wejściu i błyskawicznie podaje menu, dopytując, czy wiemy jak funkcjonuje składanie zamówienia w tajwańskim stylu. Otóż oprócz jednostronnego formularza, na którym stawianiem krzyżyka zaznaczamy swój wybór, u Pana Lee dostajemy także książkę z pięknymi, apetycznymi zdjęciami dań. Mało to praktyczne, bo cen i tak musimy szukać w zapisanym drobną czcionką formularzu, ale fotografie skutecznie podsycają apetyt, a tym, którzy z kuchnią Tajwanu nie mieli jeszcze do czynienia, wyjaśniają, czego można się spodziewać.

W menu znajdziemy coś, czego w Krakowie podobno nigdzie indziej nie ma – hot pot, czyli gorący garnek z bulionem, do którego goście sami wrzucają i gotują wybrane przez siebie składniki. Tych jest mnóstwo: ryby, mięsa, warzywa, tofu, grzyby – do wyboru, do koloru. Zabawy pewnie byłoby z tym co nie miara, jednak pisząc recenzję chcę sprawdzać umiejętności kucharza, a nie swoje, dlatego postawiłam na coś innego.

Sajgonki (8 zł) zostały podane tak prosto, że prościej już się nie dało. Biały talerzyk, dwie sztuki. Były zupełnie inne od tych, które znajdziemy w popularnych chińskich knajpach – znacznie twardsze, chrupkie oraz tak jakby… bardziej naturalne. Miały jednak jedną wadę – były za bardzo nasiąknięte olejem. Osobno podano dwa rodzaje sosu sojowego, z którego wolałam nie korzystać, bo po zanurzeniu w nim sajgonki stawały się nieznośnie słone.

Seafood chowder (8 zł) – zabielona zupa z niewielką ilością owoców morza i kukurydzą, zwieńczona dymką. Bardzo gęsta i sycąca, o ciekawym, słodkim, wręcz budyniowym smaku. Nie wiem jednak, czy zamówiłabym ją po raz drugi, bo w menu są lepsze rzeczy. Na przykład urocze shao mai z krewetkami (12 zł) i xiaolongbao (16 zł), które wołały do mnie już z książeczki ze zdjęciami dań. Te pierwsze w liczbie czterech, drugie w liczbie sześciu, lepkie, delikatne, dobrze sklejone pierożki, podane w okrągłym bambusowym naczyniu do gotowania na parze. Warto spróbować.

Nie wiedzieć czemu kolejność podawania dań, która została uzgodniona i odnotowana przez kelnerkę na formularzu podczas składania zamówienia, później najwyraźniej została zmieniona. Smażony makaron (podobno wyrób własny) z owocami morza (17 zł), wybór mojego towarzysza, pojawił się więc na samym końcu (zamiast w tym samym czasie co pierożki, które były moim „daniem głównym”). Było w nim trochę muli, mikroskopijnych krewetek i kilka niewielkich krążków kalmarów, ale najsilniejszym ogniwem był przepyszny, aromatyczny sos i świetnie przyrządzone na półmiękko, smaczne warzywa. Efekt końcowy, mimo niewielkiej ilości owoców morza, był zatem bardzo zadowalający, bo wszystkie składniki świetnie się komponowały. Porcja wystarczająca, ale nie jest to szalona góra żarcia, do której przyzwyczaiły nas chińskie bary (co akurat uważam za atut).

Na koniec pudding (5 zł). Trudno oczekiwać wiele od zwykłego puddingu, jednego jednak należy – smaku. I tego właśnie mu brakowało (na dodatek sos karmelowy smakował sztucznie). Gdybym to ja zamówiła ten deser, nie byłabym w stanie zjeść nawet połowy. Mojego wyboru – ciastek z fasolowym nadzieniem – tego dnia niestety nie było.

Pozytywnym zaskoczeniem okazała się z kolei bubble tea, której próbowałam po raz pierwszy. Zwykle nie ciągnie mnie do spożywczych wynalazków, które wyglądają zbyt kolorowo, by mogły być przyjazne dla mojego żołądka, ale muszę przyznać, że rozgryzanie kolorowych kuleczek o różnych smakach było dość zabawne, a napój okazał się całkiem smaczny. Mała porcja to 360 ml w cenie 9 zł, a każdy dodatkowy składnik (żelki, kulki, pudding, tapioka itp.) kosztuje 1 zł.

Reasumując, Mr. Lee’s to może nie jest lokal na randkę, ale na rodzinny wypad już tak (w menu jest też coś specjalnego dla najmłodszych). Natomiast przede wszystkim to dobre miejsce dla tych, którzy lubią odkrywać egzotyczne smaki i jednocześnie pobawić się nad hot potem czy bubble tea. Fani azjatyckich barów będą jednak rozczarowani – to nie kolejny osiedlowy chińczyk świecący czerwonymi lampionami, ale autentyczna kuchnia Tajwanu w Krakowie.

Recenzja : Ania , Dania Kontra Ania

Komentarze

Od marca w pobliżu Teatru Bagatela działa Mr. Lee’s, czyli pierwsza tajwańska restauracja w Krakowie. Trudno zauważyć ją z ulicy, bo znajduje się w oficynie, w ciemnej piwnicy przejętej po działającym...
" />