Światło jak magiczna różdżka

Lampy Grzegorza Zmarz, właściciela marki Undesign, fascynują mnie od dawna. Dlaczego? Ponieważ są zupełnie wyjątkowe, nie podlegają żadnym schematom. Jedne przypominają formą świecące kolorowe czapki wzięte z cudownej bajki, inne stalowe dzwony o pięknych kształtach, a jeszcze inne trawiaste geometryczno- organiczne obiekty. Patrząc na nie czuje się, że są to przedmioty tworzone z pasją – przez osobę, która lubi bawić się formą, materiałem no i światłem.

Czym dla Ciebie jest światło?

Totalnie wpływa na to jak się czujemy i jak postrzegamy otoczenie. Przez nieostrożność przy spawaniu stali doznałem niedawno porażenia nerwu wzrokowego. W ciągu następnych dwudziestu czterech godzin musiałem poruszać się z zasłoniętymi szczelnie oczami. To jest zupełnie inny świat. Jestem przyzwyczajony do światła jako płaszczyzny pierwszego kontaktu z przedmiotem. Poruszając się bez użycia wzroku wielokrotnie wszedłem w kolizję z twardymi przeszkodami i dowiedziałem się wreszcie do czego służy mały palec u nogi… Z drugiej strony przypomniałem sobie jak ważne są inne zmysły, którymi posługujemy się przecież równie intensywnie. Łatwo o tym zapomnieć w kulturze przesyconej obrazami, gdzie fotografia twojej pracy stanowi o jej być albo nie być na rynku.

Dlaczego projektowanie oświetlenia pociąga Cię najbardziej?

Może dlatego, że światło we wnętrzu „robi całą robotę”…? A na poważnie, rzeczywiście jest tak, że dobra lampa, dobre oświetlenie jest jak magiczna różdżka, która zamienia dynię w pozłacany powóz. Wiedzą o tym najlepiej filmowcy i fotograficy. Wiedzą też architekci wnętrz, z którymi coraz częściej współpracuję. Lubię kiedy moja praca jest składową takiej kropki nad „i” w jakimś ciekawym projekcie.

Twoi mistrzowie to….

Okropny bałagan mam w temacie mistrzów. Pojawiają się na każdym kroku. Bardzo cenię kontakt z ludźmi i na nim buduję swoje doświadczenie. Przypadkiem spotkany człowiek, który od dziesięcioleci dorabia strugając drewniane łyżki jest dla mnie równie istotny jak guru oświetleniowego designu Ingo Maurer. Inspiruje mnie każde indywidualne spotkanie z odbiorcą moich projektów, tak samo jak skłania do szerszej refleksji Zdzisław Sobierajski krytycznie piszący o kondycji polskiego designu. Do tego wszystkiego z tyłu głowy oczywiście mam Jana Vermeera, Edwarda Hoppera i na dodatek Beksińskiego, którego dom stał nieopodal domu moich dziadków.
Czym dla Ciebie jest Undesign?

To jest taki słowotwór, który przypomina mi o tym, żeby nie przekombinować przy pracy i nie tworzyć przedmiotów, które nie są odpowiedzią na realne potrzeby. Nie zajmuję się tworzeniem całkowicie nowych, pionierskich rozwiązań w oparciu o przełomowe technologie. Takie rzeczy robi wąska grupa projektantów ściśle współpracujących z innowacyjnym przemysłem. Wszyscy toniemy w nadmiarze przedmiotów masowej produkcji, który powstaje jako echo tych pierwotnych innowacji.

Czy to, dla kogo projektujesz, ma dla Ciebie znaczenie?

Mój klient wybiera pewną niezbędną ilość elementów wyposażenia domu, biura lub restauracji, które będą stanowiły dla niego przyjazny ekosystem. Undesign również dlatego, że mimo stałego podglądu designerskich nowinek, przede wszystkim staram się bazować na wrażliwości odbiorcy i interpretować jego potrzeby. Dzielimy w takim procesie doświadczenie, poczUcie estetyki i razem określamy granice wspólnej przygody. Kontakt z odbiorcą jest najbardziej ekscytującą częścią pracy.

Co to znaczy, że tworząc dbasz o zachowanie historii i romantycznej natury użytych materiałów?

To jest sformułowanie, którego kiedyś użyłem opisując projekt oparty o zasadę recyclingu. Postanowiłem pozostawić ślad pierwotnego przeznaczenia przedmiotu, którego użyłem w nowym kontekście. Lampy wykonane ze zużytych butli gazowych noszą takie ślady. Rozumiem to tak samo jak potrzebę posiadania antyków w przypadku których niedopowiedziana historia przedmiotu dodaje mu intensywnej tożsamości.

Co czujesz tworząc?

Istotniejsza niż odczucia jest dla mnie gmatwanina myśli, które towarzyszą powstawaniu nowych projektów. Jestem wzrokowcem i na początkowym etapie muszę odrzucić dziesiątki gotowych rozwiązań zapisanych w pamięci. To taki rodzaj medytacji. Zaczątek projektu pojawia się dopiero na tym etapie. Równocześnie zaczynam myśleć o funkcji, a na końcu o szerszym kontekście mojej pracy. To też jest ciekawy etap, takie zastanawianie się nad tym dokąd cię ta praca zaprowadzi. Niedawno napisał do mnie Jeffrey Kenoff, amerykański architekt z imponującym dorobkiem, komplementując jeden z moich projektów i zachęcając do przedstawienia go w międzynarodowym konkursie. Bonus wynikający z publikowania efektów pracy w sieci. Robisz swoje tutaj i teraz, ale dzięki swobodnemu przepływowi informacji bierzesz równocześnie udział w szerszym zjawisku. Mam się czym ekscytować.

Rozmawiała Olimpia Ajakaiye

 

Komentarze

Lampy Grzegorza Zmarz, właściciela marki Undesign, fascynują mnie od dawna. Dlaczego? Ponieważ są zupełnie wyjątkowe, nie podlegają żadnym schematom. Jedne przypominają formą świecące kolorowe czapki wzięte...
" />