baby, there’s no other superstar – czyli świat według selfie #tbt

Powiedzieć, że jesteśmy pokoleniem internetu to jakby w podsumowaniach przegapić całą ostatnią dekadę. Od czasu wynalezienia globalnej sieci komputerowej świat ruszył bowiem z kopyta; świat, w którym Facebook to nowy real, a Instagram – najbardziej bodaj powszechna forma auto-ekspresji. Strzeżcie się zatem wy, tradycjonaliści i nienadążający za trendami piewcy rutyny i starego porządku… Przed nami ERA SELFIE.

Śmieszą, czasem konsternują lub drażnią, bywa, że czymś jeszcze zaskoczą. A dopaść mogą dosłownie wszędzie. Bo i kto z nas w ciągu ostatniej doby nie został zaatakowany na Facebooku czy Tweeterze wrzuconą przez znajomych fotką z ręki? Któż z nas nie skomentował jej wówczas, albo chociaż nie zaśmiał się pod nosem, automatycznie klikając „lubię to”: ot, z przyzwyczajenia? Selfie, czyli amatorski autoportret, nazywany w Polsce pieszczotliwie samojebką stał się elementem funkcjonowania w mediach społecznościowych, będąc dla ludzi ery Web 2.0 formą codziennej autoprezentacji, podstawowym narzędziem do komunikowania się ze światem.

Wszyscy jesteśmy celebrytami

Tyle w teorii. W praktyce ów niecenzuralnie po naszemu określany wynalazek to jedynie kolejny pretekst do zadośćuczynienia naszym narcystycznym skłonnościom. A nie ma na to lepszego sposobu, niż publiczne anonsowanie arcyważnych faktów z życia: gdzie w danej chwili jesteśmy, z kim tam jesteśmy, co tam robimy/pijemy/palimy/jemy. Czym palimy. Na czym jemy. Fotografujemy samych siebie w najróżniejszym – najczęściej, nomen omen, wyjątkowo prozaicznym – otoczeniu, przyjmując wystudiowane pozy i kuriozalną mimikę (najbardziej wsławiła się legendarna mina à la „dziubek”). Potwierdzenie wspaniałości naszego życia odnajdujemy zaś w ilości lajków i chwalebnych komentarzy. Na swoich wallach i dla swoich znajomych – wszyscy jesteśmy celebrytami. O tak, selfie-gorączka urosła już do granic absurdu. I choć to wyjątkowo wdzięczny temat do żartów i ironizowania, ich powszechność pokazuje, że wpływu tego swoistego fenomenu na rozwój komunikowania nie sposób zignorować. Szczególnie, gdy do gry w selfie włączają się znaczący aktorzy i wszelkiego wodzaju celebrities. Kto w świetle fleszy skierowanych na samych siebie świeci najjaśniej?

Prowokacja na wyciągnięcie ręki

Można powiedzieć, że polsko brzmiące słitfocie to naturalne przedłużenie tego, do czego sieci społecznościowe służą od dawna: obsesyjnego dbania o wizerunek i kreowania go poprzez natychmiastowe zwrócenie na siebie uwagi. Do podkręcenia i tak przecież niesłychanej popularności zjawiska przyczynili się właśnie celebryci, dzięki którym selfie w magiczny sposób pozbyło się balastu niestosowności. Wszak jeśli oni – gwiazdy, prezydenci (!), ludzie z pierwszych stron gazet mogą (o czym za chwilę), to mogę i ja. Ba! nawet powinnam, jeśli chcę być na bieżąco, na topie i w ogóle cool. Przecież sefie to tylko nowa forma komunikacji…

1 of 4

Komentarze

Powiedzieć, że jesteśmy pokoleniem internetu to jakby w podsumowaniach przegapić całą ostatnią dekadę. Od czasu wynalezienia globalnej sieci komputerowej świat ruszył bowiem z kopyta; świat, w którym Facebook to nowy real,...
" />