Ssang Yong Rexton w – na pohybel modzie

To nie jest auto dla delikatnego mężczyzny, który smaruje ręce trzy razy dziennie specjalnym kremem. Ssang Yong Rexton W to przedstawiciel wymierającej rasy, samochód z krwi i kości, w którym wygląda się najlepiej w wytartych jeansach i kraciastej koszuli. Ale hipsterzy też powinni trzymać się od niego z daleka!

W motoryzacji moda zmienia się jak w kalejdoskopie, ale od kilku lat niezmiennie wszyscy chcą jeździć SUV-ami ze skomplikowanym, dołączanym automatycznie napędem tylnych kół lub crossoverami przystosowanymi jedynie do jazdy po szosie. Cóż, dostęp do świata samochodów budzących respekt jest jak widać, zdaniem klientów masowo uderzających po „uterenowione” z wyglądu samochody, bardzo prosty. Wystarczy bowiem podstawowy Qashqai (swoją drogą sympatyczne auto), żeby móc trzymać głowę o te 20 cm wyżej niż pozostali kierowcy. Teoretycznie tak, ale ja do dzisiaj nie do końca rozumiem sens produkowania napompowanych aut, które mają napęd tylko na przód, a przed wjazdem w teren chroni je specjalny zapis w gwarancji. No chyba, że tak jak mój ojciec, klienci wybierają takie samochody, bo łatwiej do nich wsiadać. Cóż, na takie argumenty nie mam żadnej odpowiedzi – widać klienci wiedzą lepiej .

Pozwólcie jednak, że dzisiaj takimi autami zajmować się nie będę. Rexton nie jest bowiem przedstawicielem żadnej z wyżej wymienionych klas. To rasowa terenówka oparta na ramie, z reduktorem i porządnym napędem na cztery koła. I choć jego wygląd nie zmienił się prawie wcale od 14 lat, ten dzielny tur broni się swoją facjatą niebywale mocno. W tej klasie nie trzeba bowiem pudrować noska – tu przyjemność z obcowania z autem odkrywa się głównie za kierownicą.
Nie wiem czy jeździliście kiedyś terenówką. Ja niejednokrotnie – głównie Land Roverem Discovery, Suzuki Samuraiem (tymi niezliczoną ilość razy) i sporadycznie Toyotą Land Cruiser. Dlaczego o to pytam? Cóż, jazda terenówką, w przeciwieństwie do wyobrażeń, wcale nie jest wygodna. Te samochody wcale dobrze się nie prowadzą (szczególnie przy wyższych prędkościach), mają słabe hamulce (tu kłania się duża masa) i kiepski układ kierowniczy. Ale taki ich urok. Niejednokrotnie jedna przejażdżka takim autem przez mało zaprawionego w bojach kierowcę może skutkować tym, że więcej nie da się on w żaden sposób namówić do ponownego zajęcia miejsca za sterami takiego przerośniętego krążownika. Jednak gdy już się tak stanie, każdy moment obcowania z prawdziwym autem terenowym staje się magiczny. Wcześniejsze doświadczenia za kierownicą terenówek i lekkie zmęczenie współczesną motoryzacją spowodowały, że ochoczo zabrałem się do pokonywania kolejnych kilometrów Rextonem. Zanim jednak opiszę jak sprawował się na asfalcie, sutrze i w terenie, przejdźmy do jego wyglądu zewnętrznego.

Tego typu auta starzeją się zdecydowanie wolniej niż kompakty czy limuzyny klasy średniej. I choć może się wydawać, że dwa poważne faceliftingi od 2001 roku – trudno bowiem w przypadku Ssang Yonga mówić o zmianach modelowych – to mało, Rexton wygląda nadal nowocześnie i gdyby nie jego sympatyczny przód – nawet zadziornie. Duże nadkola, pokaźnej wielkości lampy z wbudowanymi diodami LED i potężny grill ładnie się wkomponowują w 4,8-metrowe, lekko już opatrzone nadwozie. Gdyby producent nie naszpikował Rextona chromem i oszczędził – w testowanym egzemplarzu – informacji o tym, jaki to model w praktycznie każdym miejscu, w kategorii wygląd zewnętrzy Rexton mógłby naprawdę brylować. Ale i tak uważam, że Koreańczykom, którzy mają w swoim dorobku Rodiusa, Rexton naprawdę się udał.

Jeżeli jednak z zewnątrz Rexton wygląda nowocześnie, to w środku kierowca musi przygotować się do powrotu do lat 90-tych i to niestety w wydaniu Daewoo. Bo choć twarda, licowa skóra na dobrze trzymających ciało i naprawdę wygodnych fotelach zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, a projekt deski rozdzielczej, choć nieco już przestarzałej, nie popsuł przyjemności z jazdy, to wykonanie poszczególnych elementów pozostawiło pewien niesmak.

Przede wszystkim za dużo tu drewnopodobnych oklein, które nie są wcale potrzebne, bo to auto nie musi podkreślać swoich konotacji z luksusem. Rextonowi o wiele bardziej do twarzy z codzienną modą pracujących ludzi, o czym zresztą napisałem we wstępie. Słabej jakości, poskrzypujące na dziurawych drogach materiały to także nie to, czego spodziewałbym się po takim aucie. Z drugiej strony cena – od 94 tys. zł – tłumaczy pewne niedoskonałości. Ale jednostrefowa klimatyzacja czy brak komputera pokładowego w aucie za 140 tys. zł (testowany egzemplarz) to już chyba drobna przesada. Bardzo przeszkadza też podświetlenie zegarów wyglądających bardzo podobnie do tych, w jakie wyposażany był Mercedes klasy S w latach 90-tych. Niestety w Ssang Yongu nie ma możliwości ich przyciemnienia – jazda poza miastem w nocy to dla oczu niestety tortury.

Na otarcie łez Rexton oferuje ogromny, bo aż ponad 900-litrowy bagażnik i 7 miejsc, z czego 2 służą raczej jako fotele awaryjne lub – jeżeli mówimy o dalszych trasach – na świetne miejsca dla dzieci. Co ciekawe, po rozłożeniu trzeciego rzędu, nadal można spakować dwie torby do bagażnika i udać się całą rodziną na długi weekend np. na Mazury. Wsiadanie do środka, choć fotele są ustawione naprawdę wysoko, ułatwiają specjalne stopnie, o których wadzie napiszę za chwilę.

1 of 2

Komentarze

To nie jest auto dla delikatnego mężczyzny, który smaruje ręce trzy razy dziennie specjalnym kremem. Ssang Yong Rexton W to przedstawiciel wymierającej rasy, samochód z krwi i kości, w którym...
" />