Škoda Superb‎ Outdoor 2.0 TDI 140 KM – okazja warta ryzyka

Jeśliby kierować się motoryzacyjnymi przesądami, to zakup samochodu, który opuszcza fabrykę od paru lat i zbliża się już do emerytury jest bardzo dobrym pomysłem. Stawiając na takie auto możemy bowiem liczyć na znaczące promocje w salonach, ale też – a może nawet przede wszystkim – na sprawdzoną w 100 % technologię i wyleczone wszystkie bolączki wieku młodzieńczego. Są też niestety minusy wiekowej konstrukcji – takiemu autu powoli zaczyna brakować świeżości, a w oczach sąsiadów i kolegów z pracy także prestiżu. Tak właśnie wygląda sytuacja starej-nowej-ciągle produkowanej Skody Superb II, która w teście pręży muskuły w bardzo nietypowej, ale jakże modnej wersji Outdoor.

Czym różni się taki Superb od wersji cywilnej? Ma czarne nakładki na progach, zderzakach i nadkolach, pod tylnym zderzakiem kawałek aluminium przypominający dyfuzor, a za dopłatą 600 zł, jak w testowanej wersji, także osłonięte przed uszkodzeniami: silnik, przewody hamulcowe i wahacze. Outdoor jest też dzięki dłuższym amortyzatorom o 2 cm wyższy, co z napędem na cztery koła ma umożliwiać bezpieczny zjazd z utwardzonej drogi. Poza tym to zwykły Superb kombi, którego chyba nie ma sensu po tylu latach obecności na rynku bliżej z wyglądu przedstawiać. Dlatego aż dziw bierze, że Skoda pozycjonuje Outdoor’a jako coś zupełnie odrębnego od swojego flagowego produktu. Co ciekawe, Superb drugiej generacji, w przeciwieństwie do jedynki, nie przypomina z zewnątrz Volkswagena Passata, ale mniejszą, tylko trochę bardziej nadmuchaną Skodę Octavię, która jest tak naprawdę… Golfem, a to na pewno nie sprzyja atmosferze prestiżu.

Trochę inaczej wygląda sytuacja wewnątrz. Tu bardziej w oczy rzuca się volkswagenowska naleciałość i masa odniesień do Passata B7. Deska rozdzielcza jest praktycznie sklonowana z nieco mniejszego niemieckiego brata poprzedniej generacji. Niestety trochę gorzej ją wykończono – gdzieniegdzie plastiki są bardziej twarde i mniej miłe w dotyku, a patrząc na jej design widać już upływ mijających lat. Wszystko jest jednak po niemiecku uporządkowane i bardzo przejrzyście rozmieszczone, a o to chyba w takim aucie chodzi. Podczas jazdy do uszu nie dochodzą żadne niepokojące dźwięki – minimalnie słabsze materiały bowiem bardzo poprawnie spasowano.

Środek Superba przekonuje przede wszystkim niebywałą wręcz przestronnością. Pasażerowie tylnej kanapy mają więcej miejsca na nogi, niż w jednej 5-metrowej limuzynie, a wszystkie 5 miejsc jest tak wygodnych, że nawet długa podróż nie jest w żaden sposób odczuwalna. W dodatku fotele kierowcy i pasażera zapewniają bardzo dobre trzymanie boczne.
Superb został też całkiem sensownie przemyślany. Poza znaną jeszcze z pierwszej wersji parasolką wmontowaną w tylne drzwi, pasażer kanapy siedzący po prawej stronie może za pomocą jednego przycisku przesunąć fotel znajdujący się przed nim, a w bagażniku, którego klapa otwiera się elektrycznie zamontowano pomysłowe zaczepy i stopery, dzięki którym utrzymanie porządku w tej przepastnej przestrzeni jest dziecinnie łatwe. Jeśli więc brać pod uwagę tylko wielozadaniowy aspekt Superba, to jest on po prostu bezkonkurencyjny.

Ja jednak tak nie potrafię, ale nie mam też chyba najlepszych wzorców. Do dziś pamiętam ojca, który poszedł do salonu Fiata po auto rodzinne – wtedy model Brava, ewentualnie Mareę Weekend, a wrócił z Lancią Y, bo była ładna i uwiodła go już po pierwszym spojrzeniu w jej stronę. To nic, że przez kilka lat gnieździliśmy się w małym aucie – ważne, że miało w środku skórę, pod maską dobry silnik, a na zewnątrz charakter. Superba, nawet w wersji Outdoor z modnymi dodatkami nie da się jednak kupić wzrokiem. Do decyzji o wydaniu na niego przeszło 140 tys. zł (w testowanej wersji) potrzebny jest głównie rozum.

1 of 2

Komentarze

Jeśliby kierować się motoryzacyjnymi przesądami, to zakup samochodu, który opuszcza fabrykę od paru lat i zbliża się już do emerytury jest bardzo dobrym pomysłem. Stawiając na takie auto możemy bowiem...
" />