Seva Demidov: „Zrobiłem kapelusz w kształcie czajnika” [wywiad]

Seva Demidov: "Zrobiłem kapelusz w kształcie czajnika" [wywiad]
Z Sevą Demidovem o wypełnaniu starych form nową treścią oraz łączeniu mody i sztuki współpczesnej rozmawia Artur Wabik

Przerabia klasyczne cylindry, westernowe kapelusze, czapki bejsbolowe, a nawet tiubietiejki, czyli tradycyjne okrągłe czapki, noszone przez wszystkie narody Azji Centralnej. Kirgiską czapkę ludową zwieńczył obciętym pędzlem do makijażu. Zwykłą bejsbolówkę pozbawił daszka, a następnie obszył kolorowymi czaszkami, charakterystycznymi dla kultury meksykańskiej. Jego eklektyczne nakrycia głowy – a także bransolety, wisiory i kolczyki – inspirowane są kulturą nomadyczną Kazachów, lecz łączą w sobie motywy z różnych kultur: europejskich baśni, amerykańskiej popkultury, azjatyckiego folkloru i nowoczesnych zjawisk, takich, jak steampunk.

Działasz na styku sztuki współczesnej, designu i mody. Która z tych dziedzin jest Tobie najbliższa?

W swojej pracy posługuję się nie tyle głową, co intuicją. Staram się unikać sztywnych podziałów. Wszystko, co robię, jest bardzo płynne.

Dlaczego zainteresowałeś się modą?

Sztuka stwarza pewien dystans. Na przykład obcowanie z obrazem w galerii zawsze odbywa się w pewnym oddaleniu od płótna. Kiedy ubierasz mój kapelusz, czapkę, czy jakiś inny element stroju, to stajesz się częścią sztuki. Uważam, że nie należy tego rozdzielać.

Jak do tego doszło, że Twoją uwagę przykuły kapelusze?

Swoją pierwszą czapkę zrobiłem dla siebie. Od starszej kobiety kupiłem na straganie proste, ręcznie wykonane nakrycie głowy. Podobał mi się jego kształt, ale brakowało mi zdobień, więc je trochę przerobiłem. Zacząłem chodzić w tej czapce, która szybko spodobała się moim znajomym, więc postanowiłem robić kolejne. Do dziś robię je przede wszystkim dla siebie, a ponieważ nie mogę wszystkich zatrzymać – część sprzedaję.

Kto kupuje Twoje czapki?

Myślę, że one są przede wszystkim dla śmiałych i pewnych siebie ludzi. Nie wszyscy oglądający od razu decydują się na zakup – niektórym po prostu wystarczy zrobienie sobie w nich selfie. Nie mam z tym problemu; lubię, kiedy ludzie je przymierzają. Wierzę także, że moje czapki pomagają ludziom zrozumieć, kim są i dlaczego do mnie przyszli. Wielu z nich ma silną potrzebę, aby się wyrazić, ale nie potrafią tego zrobić samodzielnie. Można powiedzieć, że moje kapelusze to rodzaj art terapii. Prowadzę nawet zajęcia, w ramach których każdy może do mnie przyjść z nakryciem głowy, którego już nie nosi i przerobić je na coś zupełnie innego.

Projektujesz raczej dla kobiet czy dla mężczyzn?

A czy „Czarny kwadrat na białym tle” Malewicza jest dla kobiet, czy dla mężczyzn? Sztuka jest przecież dla wszystkich. Dlatego też moje produkty są unisex. W lutym, podczas wystawy w galerii „Asanbay” w Biszkeku pokazałem 60 kapeluszy, z których 10 od razu znalazło nowych właścicieli. Większość z nich trafiła do prywatnych kolekcji sztuki współczesnej. Taki też był profil tego wydarzenia. Pozostałe można nadal kupić w Biszkeku. Te, które oglądamy w tej chwili, to moja najnowsza produkcja.

Tworzysz też rzeczy na specjalne zamówienie?

Niechętnie. Chyba, że to zakłada wejście w bliższy kontakt z klientem, rozmowę o ważnych dla niego sprawach. Dobrze czuję się na różnych festiwalach, gdzie lubię robić taki eksperyment: ubieram człowieka w prostą, białą koszulę i zaczynam z nim rozmawiać. W trakcie takiej rozmowy pojawiają się różne obrazy, które utrwalam na ubraniu. Ludziom przypominają się wtedy ważne dla nich rzeczy – ktoś na przykład zawsze chciał być żeglarzem, ale nigdy nie spróbował.

Ile kosztują Twoje kapelusze?

Od 20 do nawet 500 dolarów. Większość z nich można kupić w przystępnych cenach, ale z niektórymi jestem bardzo mocno związany emocjonalnie i niekoniecznie chcę się ich pozbywać. To są szamańskie kapelusze, w których sam bardzo lubię chodzić – stąd tak wysokie ceny.

Jak reagują ludzie na ulicach miast, do których podróżujesz?

Wydaje mi się, że podobają się ludziom. Zrobiłem kapelusz w kształcie czajnika, przy użyciu którego testuję reakcje przechodniów na ulicach różnych miast – m.in. w Londynie, Moskwie i Seulu. W Londynie, gdzie mieszkańcy widzieli już chyba wszystko, kapelusz-czajnik nie zrobił na nich wielkiego wrażenia, ale już w Moskwie budził dużo więcej emocji, natomiast w Seulu był prawdziwą sensacją.

Co Cię inspiruje?

Wszystko wokoło. Lubię spacerować po mieście z pustką w głowie i wypełniać ją różnymi impulsami. Mam tę umiejętność, że potrafię zrobić coś z niczego. Ludzie chętnie oddają mi starocie, których żal im wyrzucić – kawałki tkanin, drobne przedmioty codziennego użytku. Później widzą je na moich czapkach i są bardzo zaskoczeni. Chodzę także na bazary i targowiska, gdzie za niewielkie pieniądze można kupić mnóstwo atrakcyjnych drobiazgów. Lubię wypełniać stare formy nową treścią.

A w sensie bardziej metafizycznym?

Interesuje mnie kultura w bardzo szerokim ujęciu. Zarówno kazachska, indyjska, jak i europejska. Szczególnie ciekawi mnie okres przedchrześcijański, kiedy ludzie żyli w harmonii z przyrodą. Kiedy nie było jeszcze państwowości i w o ogóle żadnych instytucji, a ludzie intuicyjnie wiedzieli, jak żyć. Czasem mam wrażenie, że potrafię rozmawiać z materiałem, a on mówi mi, co powinienem z nim zrobić.
Ludzie często pytają mnie: Dokąd ją pójdę w takim kapeluszu? Odpowiadam wtedy: „Ubierz go i idź przed siebie, a zobaczysz, dokąd zajdziesz”. Robię też okulary. Najczęściej nic przez nie widać, ale można za to robić sobie w nich selfie. Poza tym, kiedy człowiek nic nie widzi, może na moment spojrzeć w głąb siebie i zastanowić się, kim jest.

Rozmawiał Artur Wabik, Ałmaty
Seva Demidov

Urodzony w Baku, w Azerbejdżanie, w dzieciństwie wraz z rodziną przeniósł się do Ałmaty, w Kazachstanie. Kształcił się w kierunku inżynierii, lecz w wieku 29 lat zrozumiał, że to nie dla niego; że zawsze chciał być artystą. Rozpoczął więc kolejne studia – tym razem plastyczne. Szybko jednak stało się jasne, że raczej nie będzie malarzem. Sięgnął wtedy do doświadczeń z dzieciństwa i zaczął tworzyć artystyczne obiekty. Przyjaciele mówią o nim, że wszyscy w jego otoczeniu natychmiast zarażają się jego kreatywnością.

Wybicie

Mam tę umiejętność, że potrafię zrobić coś z niczego. Ludzie chętnie oddają mi starocie, których żal im wyrzucić – kawałki tkanin, drobne przedmioty codziennego użytku. Później widzą je na moich czapkach i są bardzo zaskoczeni.

Fot. archiwum Sevy Demidova

Komentarze