Romain Gavras: „Wszyscy jesteśmy maminsynkami” [wywiad]

Romain Gavras: "Wszyscy jesteśmy maminsynkami" [wywiad]
 Nawet jeżeli nie znacie jego dokonań filmowych (a pewnie teraz się to zmieni!), z pewnością widzieliście zrealizowane przez niego wideoklipy. Obok Spike’a Jonze’a to chyba największy specjalista właśnie od teledysków. Na swoim koncie ma współpracę z M.I.A. przy takich przebojach jak „Born Free” czy „Bad Girls”, a także z Jayem-Z. Syn znanego reżysera Costy-Gavrasa, Romain jest też wziętym twórcą reklamowym, pracując dla takich marek, jak Yves Saint Laurent, Dior czy Adidas. Do kin wchodzi właśnie jego drugi film, który okazał się jedną z większych sensacji ostatniego festiwalu w Cannes. Samego Gavrasa nazwano nowym Guyem Ritchiem. Tyle że śmieszniejszym. Rozmawia Kuba Armata
Twój nowy film „The World Is Yours” porównuje się do kina Guya Ritchiego czy Quentina Tarantino. Całkiem niezły komplement.

Wydaje mi się, że każdy reżyser na jakimś etapie swojej kariery chce wziąć na warsztat gatunek, jakim jest kino gangsterskie. Przede wszystkim z uwagi na bardzo wdzięczny świat przedstawiony, który może wykreować, oraz nietuzinkowych bohaterów. To może dać naprawdę świetny efekt. Spójrz chociażby na „Chłopców z ferajny” Martina Scorsese czy „Pulp Fiction” Quentina Tarantino. Oba te film są niesamowite, będąc dowodem na to, że ów gatunek ze względu na ton, wymowę, tempo jest szalenie atrakcyjny. Z mniej oczywistych inspiracji fascynują mnie też włoskie komedie z lat 50. Filmy te w niezwykły sposób dokumentują czasy, w których się rozgrywają. Wiele jest w nich szczegółów będących znakiem rozpoznawczym danej epoki. Chcieliśmy przenieść to podejście do „The World Is Yours”.

Co jeszcze było dla ciebie ważne?

Bardzo ważna była też dla mnie ekranowa relacja matki i syna. Zwłaszcza że Henry, mimo iż jest drobnym przestępcą, to tak naprawdę wrażliwy, czuły facet. To w ogóle dotyczy większości mężczyzn z mojego pokolenia, w tym rzecz jasna mnie. Wszyscy jesteśmy maminsynkami. Niezależnie od tego, jak napinamy muskuły i jacy twardzi wydajemy się na zewnątrz, pod koniec dnia jesteśmy tylko kruchymi, małymi facetami, chowającymi się pod skrzydłami matek.

Mam w tym kontekście wrażenie, że kino Guya Ritchiego jest dużo bardziej cyniczne. Ty z kolei nie boisz się mówić o emocjach – jak na maminsynka przystało – nawet w nieco szalonej komedii gangsterskiej.

Pamiętam, że bardzo podobał mi się „Przekręt”, kiedy trafił do kin. Myślę, że trochę inaczej przedstawiamy emocje, jeżeli chodzi o bohaterów. „The World Is Yours” w gruncie rzeczy zrealizowany jest w dość klasyczny sposób. Nie ma w nim jakichś szalonych trików z kamerą czy montażem. To dużo bardziej tradycyjna rzecz niż to, co robię chociażby w teledyskach. Największym wyzwaniem była dla mnie praca z aktorami, bo od pierwszego pełnometrażowego filmu minęło osiem lat. Kiedy kręcisz teledysk, od tej strony działasz przede wszystkim z piosenkarzem czy piosenkarką. I tyle.

Jeśli chodzi o film, aktorów jest więcej i w każdym przypadku trzeba znaleźć odpowiedni ton. Mieliśmy dużo prób, odbyliśmy wiele rozmów, zwłaszcza że to mieszanka francuskich aktorskich ikon jak Vincent Cassel czy Isabelle Adjani z naturszczykami. Operowanie językiem kina nie było zatem takie łatwe dla kogoś, kto zazwyczaj zajmuje się klipami bądź reklamami.

Reklamy i teledyski wiele uczą w kontekście realizacji pełnego metrażu?

Pieniądze przeznaczane na reklamy to w ogóle chora sprawa. Wiele jednak nauczyłem się podczas realizacji teledysków, bo tam nigdy nie ma zbyt dużych budżetów. Żeby to zobrazować: w godzinę musisz zrobić coś, co wygląda, jakbyś poświęcił temu dziesięć godzin pracy. To było świetne ćwiczenie dla tego filmu. Bez chwalenia się, „The World Is Yours” na ekranie wygląda tak,  jakby był trzy razy droższy, niż okazał się w rzeczywistości. No dobra, wyszło na to, że trochę się jednak chwalę (śmiech).

Nie da się ukryć (śmiech).

Chodzi mi tylko o to, że pracując przy teledyskach, uczysz się pewnych trików. Chociażby miejsce, gdzie kręciliśmy – Benidorm. Po raz pierwszy trafiłem tam, gdy byłem nastolatkiem. Już wtedy poczułem, że chciałbym w tym miejscu zrobić kiedyś film. To chyba najmniej kosztowne wakacyjne miejsce w Europie. Nie w kontekście wypadu ze znajomymi, ale w sensie sprowadzenia ekipy, tego, że lokacje nie generują specjalnych kosztów. Zresztą moja ekipa mnie nienawidziła, bo byliśmy zakwaterowani w okropnych hotelach (śmiech).

Było tam mnóstwo podpitych Anglików, którzy cały czas się darli i wdawali w jakieś bójki. Koniec końców, wszystkie te decyzje, których nauczyłeś się podczas robienia teledysków, a były takimi kreatywnymi sztuczkami, możesz zaaplikować do filmu. Gramatyka filmu i wideoklipu jest jednak zupełnie inna. Tam całą historię kondensujesz raptem do kilku minut. Dobra szkoła.

Z drugiej strony pewnie jest trochę łatwiej, gdy w filmie gra Vincent Cassel i Isabelle Adjani. Cassel powiedział mi, że jesteś po prostu członkiem rodziny.

Vincenta poznałem, kiedy miałem chyba czternaście lat. Wraz z przyjacielem zajęliśmy się wtedy realizowaniem krótkich metraży. Naszym sąsiadem był Matthieu Kassovitz, który nakręcił wtedy znakomitą „Nienawiść”. Czułem, że to jest właśnie to, i taki film sam w przyszłości chciałbym zrobić. Grający tam główną rolę Vincent mocno popchnął mnie do przodu. Zagrał w naszych krótkich metrażach, także je wyprodukował, a później pojawił się w prawdziwym debiucie. Jesteśmy przyjaciółmi, trzymamy się razem.

Namówienie go nie było zatem trudne. Poza tym to była dla mnie prawdziwa guilty pleasure. Cassel na ekranie ma wizerunek przystojnego, twardego faceta. Postanowiliśmy trochę sobie z tym pożartować, bo jego postać w moim filmie raczej jest dość ograniczona umysłowo. Vincentowi bardzo się to spodobało. Wiele jest scen, w których nic nie robi poza wpatrywaniem się w tablet. Jest jednak tak dobrym aktorem, że niewiele trzeba, by był naprawdę przekonujący. Wystarczy popatrzeć na jego twarz.

Wspomniałeś o wadze dokumentowania czasu, w których się znajdujemy. Dlaczego to dla ciebie tak ważne?

Mam trzydzieści sześć lat i zdaję sobie sprawę, że w pewnym momencie, właśnie za sprawą wieku, będę coraz bardziej odklejony od rzeczywistości. Dlatego zależy mi, żeby było to obecne w moich filmach. Czuję się jeszcze względnie młody, a to daje mi swobodę mówienia o tym, co mnie otacza, bo organicznie jestem z tym związany. Nasze czasy są szalone i bardzo mgliste. Warto się temu przyjrzeć z bliższej perspektywy, nawet jeśli jest to trudne i dookoła nie ma zbyt wiele nadziei.

Tak uważasz?

Kiedy mój ojciec był w moim wieku, miał w sobie o wiele więcej nadziei i poczucie, że jego pokolenie jest w stanie zmienić świat. Być może dlatego, że każdy był wtedy znacznie bardziej zaangażowany, interesował się polityką i po prostu więcej rozumiał z tego, co działo się na świecie. Patrząc dziś, w którą stronę zmierza świat, w tej nadziei jest zdecydowanie więcej desperacji. Nasze pokolenie specjalnie nie zmieniło rzeczywistości. „The World Is Yours” nie jest oczywiście na ten temat, ale nawet jeśli to komedia, dostrzegam w niej sporo melancholii. Takie uczucie towarzyszy mi, gdy myślę dzisiaj chociażby o młodości.

To, o czym mówisz, widać w wielu filmach, ale i generalnie w środkach masowego przekazu.

Francuskie kino jest mocno społeczne. Kiedy pojawia się temat przedmieść, natychmiast dominuje taki kąt widzenia. Sam pochodzę co prawda z artystycznej rodziny, ale moje pokolenie ma to do siebie, że jest bardzo głośne. Spokojnie moglibyśmy zostać bohaterami filmowymi. Zmierzam do tego, że można zająć się takimi postaciami bez „piętnowania” ich jakimś mocnym socjalnym stemplem i że można powiedzieć coś prawdziwszego o tym, co się teraz dzieje z młodym pokoleniem, w inny sposób. W naszym filmie widzimy imigrantów, ale nie podchodzimy do tego tematu w taki sposób, jak zwykło się przyjmować, bo zupełnie nie o to nam chodzi. Oczywiście, często są to niełatwe tematy. Niektóre z nich okazują się na tyle trudne, że nie widzę innego sposobu, by o nich opowiedzieć, niż komediowy ton, który postanowiliśmy przyjąć.

Twoje pokolenie reżyserów jest artystycznie bardziej świadome biznesu, jakim jest kino, niż to reprezentowane przez Costę-Gavrasa?

Tak, choć mój ojciec doskonale zdaje sobie sprawę, że kino to spektakl i rozrywka. Jego filmy w tej materii są bardzo mądrze pomyślane. To przede wszystkim thrillery z różnymi politycznymi wtrętami. Skoro thriller, to cały czas obchodzi cię, co się zaraz wydarzy i jaki historia będzie miała finał. Ze zrealizowanym z premedytacją kinem społecznym bywa różnie. Wydaje mi się, że trochę w tej materii przejąłem od ojca. „The World Is Yours” bazuje na bardzo klasycznej strukturze filmu gangsterskiego.

Gość, który chce uciec ze swojego środowiska i zacząć normalnie żyć, ale jedyną szansą na to jest zrobienie ostatniej dużej „akcji”. Klasyk. Do tego można jednak dodawać różne składniki i mieszać w sposób, który ci odpowiada. Wydaje mi się, że największą różnicą pomiędzy tymi dwoma pokoleniami twórców jest to, że oni mieli sprecyzowane, co chcą powiedzieć. Ja tego nie mogę powiedzieć o sobie (śmiech). Stąd zamiast jednej tezy wiele mniejszych, pełnych konfuzji.

O twoim filmie mówi się, że jest jak anty „Człowiek z blizną” Briana De Palmy. Z mojego punktu widzenia ma to sens.

Oczywiście, jest to film, który mocno pogrywa z popkulturą. „Człowiek z blizną” to prawdziwy symbol, notabene chyba ulubiony film wszystkich gangsterów, niezależnie od tego, że bohater na końcu umiera (śmiech). Kino zwykle przedstawia gangsterów w sposób bardziej romantyczny i glamour, niż jest w rzeczywistości. Mojemu bohaterowi do tego daleko. Nie ma jakichś wygórowanych pragnień. On po prostu chce mieć mały zaciszny dom i spokojne życie.

Jak twoje doświadczenie pracy przy teledyskach wpływa na dobór ścieżki dźwiękowej do filmów?

W dużej mierze to moja playlista ze Spotify (śmiech). To taka mapa moim muzycznych przyjaciół i inspiracji. Od klasycznych francuskich przebojów po korzenie francuskiego rapu. Muzyka, która prowokuje we mnie głębsze emocje.

W filmie pojawia się też koszulka Zlatana Ibrahimovicia.

To jeden z moich ulubionych bohaterów i symboli współczesnych czasów. Kiedy grał w Paris Saint-Germain, a zatem klubie, któremu kibicuję, bardzo go podziwiałem.

To może gościnny występ w kolejny filmie?

Dobry pomysł! Chciałbym z nim kiedyś pracować. Aczkolwiek jest tak wielką ikoną, że nawet nie myślałem o tym. Jestem przekonany, że by sobie poradził. No i prawie z niego gangster, bo mówił gdzieś, że gdy był młody, miał do wyboru: kraść rowery albo grać w piłkę. Poczekaj, zapiszę to!

Rozmawiał Kuba Armata

Komentarze