Rok pod znakiem mody [Malwa Wawrzynek]

Nigdy nie myślałam, że to napiszę, ale miniony rok zapamiętam głównie pod znakiem polskiej mody. Udana premiera magazynu Vogue Polska i równie udana kontynuacja sprawia, że właśnie od niego rozpoczynam subiektywne podsumowanie mijającego roku.

Zaczęło się od wielce kontrowersyjnej okładki, która skradła moje serce i duszę. Każdy kolejny krok Vogue Polska był przejawem dużej odwagi, ale też bardzo przemyślanego podejścia do tematu. Podoba mi się to, jak redakcja bawi się ze swoimi czytelnikami. Jak momentami gra na nosie tym, którzy odczuwają i postrzegają modę inaczej niż oni.

Tu nie ma dobrego i złego podejścia albo się to czuje, albo krytykuje się każde niesztampowe zagranie ze strony tego magazynu. Szanuję obie grupy, tych, którzy wyją z zachwytu i tych, którzy wyją z ubolewania nad „polską estetyką”. Ja tę estetykę kupuję (dosłownie i w przenośni) całkowicie. Z rażąco nieperfekcyjnymi okładkami, z tekstami, które mają puentę i niekonwencjonalne podejście do tematu. Z Anją Rubik na stercie ziemniaków oraz z zapierającą dech w piersiach grudniową okładką.

Vogue Polska wyniósł dyskusję o modzie w Polsce na inny, lepszy, bardziej dojrzały i intertekstualny poziom. I za to szanuję go najbardziej.

Patrząc globalnie na rok 2018 pod znakiem mody, w pamięci przechowam też kilka innych momentów, niesamowitych kolekcji i mocnych obrazów. Na pierwszy plan wysuwa się Met Gala, która w tym roku przekroczyła wiele granic. Głównie tych, które wynoszą modę w inną, niebiańską przestrzeń. Kreacja Maison Margiela dla Rihanny pokazała, że moda może czerpać inspirację ze wszystkiego.

Ten projekt spełniał wszelkie warunki do tego, aby stać się karykaturalną, śmieszną, przerysowaną wersją całego zamysłu. Mimo to Maison Margiela i Rihanna stworzyli duet, którego nie sposób powtórzyć. Dla mnie było to najlepsze, co kiedykolwiek ujrzałam na czerwonym dywanie, a ten raczej nigdy specjalnie mnie nie urzekł.

Pokaz i wybieg, który najbardziej utkwił w mojej głowie, to Alta Moda w wykonaniu Dolce&Gabbana.

Parada kolorów, dodatków, satyny, aksamitów i jedwabi w bajkowym otoczeniu włoskiego jeziora Como. Pokaz całkowicie zachwycający, porywający, przenoszący nas do innego, rajskiego wymiaru. Obłędne suknie i przytłaczająco piękne akcesoria, które od lat są wyznacznikiem stylu tego włoskiego duetu.

To show, ten piękny moment włoskiej mody, na długo pozostanie w mojej pamięci.

Tak samo z resztą, jak i to, co kolejny już rok kreuje Alessandro Michele u steru marki Gucci. Nieograniczony świat Michele to wybieg, na którym pojawiają się głowy modeli, kolejne kreacje, które zniewalają od stóp do głów, maksymalizm i miszmasz, w którym paradoksalnie wszystko znajduje się na swoim miejscu. Moja fascynacja tym, co robi człowiek „znikąd”, tajna broń domu mody Gucci, z pewnością nie skończy się w tym roku i będzie trwać tak długo, jak trwać będzie sam Michele.

Cieszę się również, że w tym roku powstał w końcu dokument o największym kreatorze, jakiego widziała współczesna moda. I cieszę się, że ten dokument jest dokładnie taki, jaki być powinien: bez patetyzmu, momentami trudny, niewygodny i z pewnością wywołujący skrajne emocje. Taki przecież być McQueen i w pełni zasłużył sobie na szczery portret, który doskonale pokazuje sprzeczności targające jego naturą.

Ten dokument jest jednym z lepszych, jakie pojawiły się w dziedzinie mody i dzięki takim obrazom wierzę, że jednak ktoś potrafi oddać geniusz jednego człowieka w bardzo określonym czasie i formie.

Było w tym roku też wiele rozczarowujących momentów, jak choćby to, co stało się z domem mody Celine.

Niby zabrakło tylko małego akcentu, a jednak ten akcent tak wiele znaczył dla tożsamości tej marki, że dzisiaj, kiedy go nie ma, nic już nie jest takie samo. Szczerze lubię Hediego Slimane i podobało mi się to, w którym kierunku pokierował Saint Laurent, ale niestety nie mogło się to udać po raz drugi. Nie tutaj i nie z taką historią. Jak dla mnie smutne rozczarowanie i bardzo gwałtowne pożegnanie z tym, za co kochałam Celine i jej ponadczasową estetykę.

Ale tak to chyba bywa w miłości — raz sprawia, że latamy pod sufitem, innym razem brutalnie sprowadza nas na ziemię. Nie pamiętam, kiedy i właściwie, dlaczego pokochałam modę, ale dziś uwielbiam ją za to, że zawsze wzbudza we mnie emocje i sprawia, że ciągle czekam na więcej.

A jeszcze więcej będzie jej na szczęście w 2019 roku.

 

Malwa Wawrzynek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *