Pięć japońskich rzeczy, które chcę mieć teraz i na zawsze [Harel]

Pięć japońskich rzeczy, które chcę mieć teraz i na zawsze [Harel]
Ciekawa sprawa. Fascynuję się orientalnymi klimatami od kiedy pamiętam, a jedyny raz być w Azji miałam przyjemność, gdy pomyliłam tramwaje wodne w Stambule i przypadkiem wysiadłam po drugiej stronie Bosforu. Słucham więc uważnie wszelkich relacji z podróży znajomych, oglądam po trzysta wywołanych (lub cyfrowych) zdjęć i naprawdę się nie nudzę. Tu i ówdzie trafiam na elementy egzotyczne, początkowo zabawne i nie do końca zrozumiałe, a potem niezbędne do życia. Tu prym wiedzie Japonia i kompletnie inne od polskiego poczucie estetyki, gdzie nawet najbardziej praktyczne przedmioty prezentują się obłędnie. Z okazji orientalnej tematyki numeru chciałabym podzielić się pięcioma japońskimi słowami, za którymi idzie samo dobro.
Bento

Spróbujesz raz i już nigdy nie będzie jak dawniej. To pudełko z przegródkami, w którym zabieramy z domu jedzenie. Śniadanie, obiad czy kolację, nieważne. Ważne, że można je wspaniale skomponować, a nawet umieścić piętrowo (zdarzają się i trzy piętra, choć najpopularniejsze są dwa). Daleko mi do kunsztu i wprawy Little Miss Bento, instagramowej gwiazdy z Singapuru, która w pudełeczkach potrafi zaserwować… Kubusia Puchatka z ryżu czy sushi w kształcie myszki Mickey. Na pewno jednak bento zmusza do większego skupienia na jedzeniu i chęć nabrania estetycznej wprawy pojawia się siłą rzeczy. Serwujemy oczywiście potrawy niekoniecznie japońskie.

Furoshiki

Kwadratowa chustka w różnych rozmiarach, zdobiona przepięknymi nadrukami: od rzuciku kwiatów wiśni po graficzny krajobraz wokół Fujiyamy. W czasach rosnącej świadomości eko, z powodzeniem zastępuje zarówno plastikowe torby na zakupy, jak i papier prezentowy. Techniki wiązania są najróżniejsze. Od sprytnego owinięcia wspomnianego wcześniej bento, przez stworzenie uchwytu na butelkę wina aż do całkiem zgrabnej torebki na dwóch okrągłych rączkach (często można je kupić wraz z chustą). Jeśli mamy dość wątpliwej urody kartonowego pudełka na chusteczki higieniczne, możemy je taką chustką ozdobić. Internet pełen jest wszelakich instrukcji, ja chętnie noszę furoshiki na głowie (bez innej zawartości). Nie wiem, co na to Japończycy, ale jest zbyt piękna, by ograniczać ją do funkcji kuchennych.

Kotatsu

Gdybym miała ten gadżet w mieszkaniu, prawdopodobnie już wszystko załatwiałabym przez internet. Zwłaszcza zimą. To podgrzewany niski stolik otoczony kołdrą. Siadasz przy nim, chowasz nogi pod spód i właściwie pracujesz w łóżku. Dziwię się, że jeszcze nie powstało w Polsce miejsce, w którym można by sobie tak posiedzieć. Czy to knajpa, czy przestrzeń biurowa. Chociaż nie wiem, jak z efektywnością takiej pracy. Dodatkowo przy kotatsu może siedzieć więcej osób – jak przy zwykłym stole. Wydaje mi się to zdecydowanie bardziej przytulne i pro towarzyskie. Sprawdzimy w listopadzie, bo kolejnej zimy bez kotatsu sobie nie wyobrażam.

Okonomiyaki

Pierwszy raz trafiłam na opis tego specjału w książce „Bezsenność w Tokio” Marcina Bruczkowskiego. Śmiałam się potem, bo zamiast przeczytać rozdział do końca, natychmiast poleciałam do pana Google, by znaleźć przepis. Tymczasem autor zamieścił go parę stron dalej. Oto japoński omlet, zwany czasem japońską pizzą, którego skład zależy w głównej mierze od zawartości naszej lodówki (nazwa oznacza „smażysz, co chcesz”). Bazą jest ciasto podobne do naleśnikowego oraz poszatkowana kapusta. Na wierzchu powinny się pojawić katsuobushi – tańczące (dosłownie) płatki suszonej ryby oraz sos Otafuku, absolutnie kultowy i jedyny w swoim rodzaju gęsty odpowiednik sosu Worcestershire. Tego dania nie da się porównać z niczym innym.

Sensu

Tu mamy piękny polski odpowiednik. Sensu to po prostu wachlarz. Taki składany w harmonijkę, najczęściej z drewnianą rączką, choć nie jest to koniecznością. Jeśli kojarzy Wam się tylko ze strojem tradycyjnym, najwyższa pora to zmienić. Pierwsze upały i doceni się wachlarz jak mało co. Niepotrzebne ani klimatyzacja, ani pudrowanie twarzy co pięć minut. Używanie go w środkach komunikacji miejskiej potrafi zaowocować ciekawą rozmową. Zazwyczaj zaczepiają mnie starsze panie, które swego czasu wachlarzy używały, aż stwierdziły, że to staromodne i nie będą się postarzać jeszcze bardziej (prawdziwa historia!). „Ale pani taka młoda i z wachlarzem, to ja może jednak swój wyciągnę…”. Może lepiej, że ich ze sobą nie noszą, bo skąd mam wiedzieć, czy żyłka kolekcjonerska nie zmusiłaby mnie do czynów kleptomańskich?

 

Harel

Komentarze