Peat & Love – Ardbeg Grooves

“You better find somebody to love”
Jefferson Airplane – Somebody To Love

 

Podczas tegorocznego święta Ardbeg Day, obchodzonego również w Polsce, producenci jednej z najbardziej docenionych, torfowych whisky na świecie znów stanęli na głowie, żeby porwać nas w wir swojej szalonej marketingowej przygody. Tym razem odpalając przy tym wehikuł czasu.
W czerwcu tego roku destylarnia Ardbeg pod zadziornym hasłem „Peat & Love” zabrała swoich miłośników w podróż do końcówki lat 60. na szkocką wyspę Islay, z której czerpie swój rodowód. Skąd „Peat”, dlaczego „Love” i o co z tym całym Ardbeg Day chodzi?

Torf (ang. peat) to nic innego jak znane nam z lekcji geografii szczątki roślin nawarstwiające się przez miliony lat pod powierzchnią ziemi, najczęściej traktowane przez człowieka jako rodzaj opału. To właściwie najmłodsze stadium węgla, powstałe w wilgotnych warunkach. Skąd jednak torf w whisky? Używa się go do osuszania jęczmienia, z którego w kolejnych etapach powstaje alkohol. Używa, bądź nie używa.

I tutaj zaczyna się cała zabawa. Torf podczas spalania daje mało ciepła i dość nikły płomień, daje natomiast sporo gęstego, lepkiego dymu, który łatwo „przykleja się” do pobudzonego do kiełkowania w magazynach jęczmienia. Wykopki torfowe w Szkocji, zwane inaczej „czarnym weselem”, nie są obce naszej kulturze.

Popularne w polskich wsiach słowińskich kopanie torfu tworzyło rodzaj obrzędu zrzeszającego lokalną ludność, a zdobycz wykorzystywano do opału, użyźniania gleby i ściółki dla zwierząt. Destylarnie, które unikają torfowania, tworząc lżejsze whisky, podczas procedury osuszania ziarna „okadzanie” dymem zastępują strumieniem gorącego powietrza. Ci, którzy się jednak na to decydują, tworzą prawdziwy specyfik. Przeprowadzony mariaż plonów z dymem nie jest chwilowy. Będzie trwał aż do momentu, w którym otworzymy w domu swoją butelkę, a nawet jeszcze długo, długo po jej otwarciu.

Proces ten nadaje finalnie whisky charakter trudny do porównania z jakimkolwiek innym alkoholem. Będzie on wyraźnie ziemisty, dymny, wędzony, piwniczny, lepki, słony… Szkoci mówią: możesz go kochać albo nienawidzić, ale choć raz w życiu musisz spróbować.

Destylarnia Ardbeg tworzy jedną z najbardziej torfowych whisky na świecie.

W wersji 10-letniej, określanej jako podstawowa, skala pomiaru zawartości specyfiku odpowiedzialnego za wymienione aromaty winduje aż do 55 ppm (dla porównania, za mocno torfowe whisky uznaje się już te o stężeniu fenoli mierzonym na milion cząsteczek mieszaniny bliskim 20 czy 30 ppm). Nie o pomiary jednak i cyferki w corocznym, czerwcowym święcie tego „zadziornego ducha Islay” – bo tak określany jest Ardbeg – chodzi.

Ardbeg Day jest jak Woodstock (porównanie nieprzypadkowe dla tegorocznej edycji). To podziękowanie złożone wszystkim wspierającym, już nie tyle samą markę, ale szerzenie kultury i historii tej ekscytującej szkockiej gorzelni. A jest za co dziękować. Sztuka dla sztuki w tak dużym przemyśle raczej nie przetrwałaby zbyt długo. Musieli znaleźć się ludzie, którzy zechcieli kupić charakterny produkt, wypić go i jeszcze chcieć coś o nim opowiedzieć najbliższym, najlepiej czynność tę co raz powtarzając.

 

Patrząc na dzisiejszą pozycję destylarni, trudno sobie wyobrazić, że jeszcze parędziesiąt lat temu była ona bezproduktywną ruiną.

Lata 80. dla rynku whisky nie były tak różowe i lukratywne jak dzisiaj.

Wiele destylarni wówczas podupadało. Ardbeg według planów miał zostać zrównany z ziemią. Duży inwestor albo całkowity upadek – kreśliły się czarno-białe wytyczne na przyszłość. W ogóle pojęcie whisky słodowej w tamtych latach było zupełnie inne niż dzisiaj. Nie było mody na jej picie, a dobrze znana była raczej master blenderom, którzy wykorzystywali ją jako składową innych popularnych i dobrze zarabiających na siebie whisky mieszanych.W 1997 roku inny wielki gorzelnik, Glenmorangie, wykupił destylarnię Ardbeg wraz z jej zapasami za przeszło 7 mln funtów.

Patrząc na to, że obecnie warta jest przeszło 300 mln funtów, inwestycja z perspektywy lat wydaje się strzałem w dziesiątkę.Niedługo później, bo w 2000 roku, powstało międzynarodowe (najliczniejszych uczestników zrzeszające w Niemczech, Francji i Szkocji) stowarzyszenie fanów Ardbeg, a także w końcu ich święto Ardbeg Day. Coroczne obchody, z okazji których wypuszczana zostaje nowa, limitowana wersja trunku z nierzadko zaskakującą wariacją starzenia, to hołd oddany sprzymierzeńcom.

 

Po raz pierwszy Światowy Dzień Ardbeg odbył się w 2012 roku i był on kontynuacją festiwalu Fèis Ìle lub Islay Festival, organizowanego w Szkocji od 1984 roku.

Również w Polsce po raz pierwszy wydarzenie obchodzono w 2012 roku w Warszawie w towarzystwie edycji Ardbeg Galileo. Jednak za pierwsze oficjalne obchody eventu wnaszym kraju uznaje się rok 2013. Impreza została połączona z otwarciem polskiej ambasady marki w Whisky Bar 88, mieszczącym się w Poznaniu – tamtego roku królowała edycja Ardbog.

Powiększająca się rokrocznie kolekcja ciemnozielonych butelek to jednak nie wszystko. Bez precedensu pozostaje narracja budowana wokół jej dostępnych na rynku oraz nowo powstałych, limitowanych odsłon. Trudno o bardziej udany przykład marketingu w świecie marek alkoholowych, który z równą dawką humoru i fantazji konsekwentnie budowałby swój wizerunek.

Z Ardbeg lecieliśmy już w kosmos (edycja Galileo), polowaliśmy w Szkocji na aligatory (Alligator), w ukryciu nocy szmuglowaliśmy alkohol (Dark Cove), łowiliśmy potwory (Kelpie), przy okazji zagłębiając się w nietypową geografię wyspy, jej historię i mitologię (Corryvreckan, Kildaton). W tym roku tańczymy do upadłego w rytmach muzyki lat 60. Dziś powstały komitet to już przeszło 100 tys. osób na całym świecie.

 

Fenomen inwestycji lat 90. czy konsekwentnego marketingu – pytanie rokrocznie w czerwcu rozbudza na nowo ciekawość.

A przecież Ardbeg to tylko 1 mln litrów alkoholu rocznie spływającego do butelek. To nadal jedna z najmniejszych destylarni na wyspie Islay i jedna z mniejszych w całym szkockim przemyśle. A jednak charakterystyczna zielona butelka, mimo że nie jest i nigdy do końca nie będzie produktem masowym, na rynku czuje się świetnie. Nie inaczej jest w Polsce. Wzrost jej sprzedaży z roku na rok się powiększa.

Szkoci na swoim Fèis Ìle, ciekawi nowych wydań w Polsce w kilkunastu miejscach, w tym w przeniesionej z poznańskiego Whisky Bar 88 do warszawskiego Domu Whisky na Nowym Świecie ambasadzie marki, rokrocznie świętują narodziny nowej, kolejnej odsłony trunku. Na co więc czekaliśmy w tym roku?

Tytułowe Grooves to nie tylko tętno lat 60. wyspy południowo-zachodniej części szkockiego wybrzeża, z której pochodzi whisky, wspomniane kopanie torfu i zżyta lokalna społeczność, ale przede wszystkim mocno wypalane beczki po czerwonym winie, posiadające bruzdy na drewnie, których użyto do leżakowania destylatu.

Pierwsza wersja oddana głównie w ręce członków komitetu kilka miesięcy przed czerwcowym świętem, niestety w Polsce odbiła się małym echem.

Trafiło do nas raptem jej kilka butelek, które wśród zainteresowanych rozeszły się na pniu. Pewnie część z nich, szczelnie zakorkowanych, niebawem odezwie się do nas z rynku wtórnego, zachęcając licznymi postami w grupach fanowskichtytułowanymi: „ktoś chętny”, „odsprzedam”.

Udało mi się jednak dopchać do kilkudziesięciu mililitrów tegorocznej wersji komitetowej. Co zastałem po odkręceniu mieszczącego się w dłoni słoiczka? Niewątpliwie kawał wykonanej roboty. Treść butelkowaną z mocą 51,6%, nie filtrowaną na zimno. W środku tradycyjne ardbegowe empirie: pleśń, spocona skóra, lakier, wędzonka, orzechy ziemne, sól. Tym razem, być może ze względu na zawartość procentową, również popiół, sadzę, słomkowy posmak. Ale przede wszystkim odnalazłem tam słodycz jabłek, gruszek, moreli, karmelu i brzoskwiń, aromaty leśnej ściółki, ziół i charakterystyczną słodycz landrynki.

A w kolejnej oficjalnej, wypuszczonej już w czerwcu wersji Ardbeg Grooves? Słabszą moc alkoholu, bo 46%, i może przez to więcej dusznej słodyczy. To chyba jeden z najbardziej słodkich Ardbeg wypuszczonych do tej pory na rynek. W smaku kojarzący się z wyciągniętymi z wypieczonegotażinfigami i daktylami, w zapachu zbliżający skojarzenia do czerwonych owoców i słodkiej papryki. Tłumaczenie „dlaczego miłość” po opisanej części praktycznej wydaje się już zbędne.

Wyspa Islay budzi wśród fanów whisky nieustannie żywe emocje, a popyt na trunki na niej wyprodukowane wyraźnie rośnie.

Świadczyć mogą o tym plany budowy nowej, dziewiątej już destylarni na tym obszarze. Tym razem pomysłodawcą jest Elixir Distillers, niezależna firma, zajmująca się również butelkowaniem tequilli i rumu. Głośny był również niedawno ujawniony zamiar wznowienia przez giganta branży, koncern Diageo, działalności produkcyjnej Port Ellen, legendarnej destylarni z Islay, będącej dzisiaj oczkiem w głowie kolekcjonerów i koneserów, nieczynnej od 1983 roku.

Ardbeg również nie zwalnia tempa. Po niedawno wydanej, na stałe osadzonej w portfolio edycji An Oa, gorzelnia w przyszłym roku planuje wypuszczenie drugiej po dziesięciolatce „TEN”, stałej wersji z podanym wiekiem starzenia. Ilu latkę otrzymamy i co przyniesie nam nowy, przyszłoroczny Ardbeg Day? Na razie cierpliwie będziemy musieli poczekać, ciesząc się dostępnymi w Polsce wypustami destylarni poprzednich lat.


W tekście korzystałem z wykładów Jakuba Grabowskiego, polskiego ambasadora marek Glenmorangie i Ardbeg, prezentowanych podczas dwóch ostatnich spotkań we wrocławskim salonie BlackBeard, w tym podczas tegorocznych obchodów święta Ardbeg Day. Wykorzystałem również fragment własnego tekstu opublikowanego na Facebooku 11 października 2017, zaraz po premierze Ardbeg An Oa w Polsce.

 

Szymon Bira
zdjęcia: Krzysztof Drelichowski EDIStudio

Komentarze