Mini Cooper S Cabrio- na ostatnie promyki Słońca

Mini Cooper S Cabrio- na ostatnie promyki Słońca
Nie chcę być szowinistą lub czymś podobnym, ale wsiadając do cukierkowego Mini ze zdjętym dachem nie czułem się do końca komfortowo jako facet. Na szczęście na wszystkie głupie komentarze na temat mojej „ciepłości” odpowiadał sam Cooper pierdząc z wydechu zmazując szyderę z twarzy hejterów!

Oszczędzając więc wyuzdanych wniosków czy ten samochód zaszczepił we mnie kulturę gender i większe zainteresowanie męską płcią dodam jedynie, że owszem jadąc z kumplem bez dachu w turkusowym nadwoziu Mini czułem dziwne spojrzenia przechodniów. Nie na tyle jednak by jednoznacznie stwierdzić, że to auto tylko dla kobiet. Ja określiłbym je jako funcar, bo na co dzień nie chciałbym nim podróżować.

zrzut-ekranu-2016-10-03-o-13-40-34

Powodów dla, których tak mówię jest kilka, aczkolwiek parę dobrych argumentów jest również za tym, żeby takie auto mieć. Zacznijmy jednak od kilku danych, które nakreślą samo auto. Mini Cooper S Cabrio to mały, trzydrzwiowy kabriolet z miękkim dachem oraz bagażnikiem otwieranym w stylu pickupów z mocnym 192-konnym benzynowym silnikiem pod maską i niesamowitym układem wydechowym. Co więc mogło mi ewentualnie w nim przeszkadzać?

zrzut-ekranu-2016-10-03-o-13-42-16

Po pierwsze dość słodki i mało męski wygląd w morskim kolorze z białymi pasami oraz obłymi kształtami. Okrągłe światła, halogeny, zderzaki, zagłówki, a nawet zaokrąglona przednia szyba (strasznie się brudzi od owadów) to nie styl, którym jestem fanem. Nie zmienia to jednak faktu, że auto ze złożonym dachem mi się podoba i robi wrażenie. Beżowa skóra wystająca z wnętrza nieźle komponuje się z wielkimi 18-calowymi felgami (niestety szybko się niszczą). Gorzej jednak jeśli ten dach się automatycznie złoży (w czasie jazdy do 30 km/h) – wówczas Mini Cooper S wygląda lekko pokracznie i przypomina małe kabriolety z lat 90., co nie jest zbytnim komplementem.

Po drugie miejsce w środku i w bagażniku. To auto jest typowo  dla dwójki osób lubiących jednodniowe zakupy. Zwłaszcza, gdy jeździcie bez dachu, bo tylną kanapę z pionowymi oparciami blokuje windshield (można go oczywiście złożyć), a w bagażniku zostaje wówczas w teorii 160 litrów (przy rozłożonym dachu pojemność to 215 litrów, ale tak naprawdę złożony dach prawie nie zabiera tego miejsca). Awaryjnie do auta wciśnie się nawet 4 osoby, ale polecam robić to jedynie na krótkich dystansach.

Po trzecie komfort jazdy. W Mini Cooperze jest strasznie głośno, a niedoróbki dróg odczujemy na naszych zębach, ale w sumie gokarty nigdy nie były wygodne więc wróć. Po trzecie – ekonomia. Testowy egzemplarz z bogatym, ale nienajbogatszym wyposażeniem to wydatek prawie 180 tysięcy złotych. Dorzucając do tego mały bak i średnie spalanie na poziomie 9 litrów PB95 średniej długości weekendowa wycieczka to wydatek kilkuset złotych. Co ciekawe Mini można nawet zejść do 6 litrów w trasie, aczkolwiek nie do końca rozumiem po co, skoro na każdym zakręcie zachęca do szybszej jazdy.
Skoro trochę już ponarzekałem na rzeczy,  które dla niektórych mogą być wręcz przeciwnie – korzyściami, czas przejść do pozytywów, które jak na prawdziwy funcar przystało przewyższają ewentualne minusy. Od czego by tu zacząć…

zrzut-ekranu-2016-10-03-o-13-44-33

Od samej frajdy z możliwości kabrioletu. Zdjęcie dachu i jazda z wiatrem we włosach w Mini Cooperze S to ogromna przyjemność. Dzięki niskiej pozycji za kierownicą oraz wspomnianemu windshieldowi autem bez dachu spokojnie można rozpędzić się do 120 km/h i głowy nie urwie. Niestety materiałowy dach nie uchroni zbytnio przed hałasem, więc zarówno bez niego, jak i z nim w aucie jest głośno – radą na taki stan rzeczy jest dobry system audio Harman Kardon, który szum wiatru zastąpi Waszą muzyką z USB, CD, Bluetooth lub radia.

Druga sprawa to sam wydech. Oprócz radia w Mini warto posłuchać bulgotów i strzałów przy zmianie biegów lub odpuszczania gazu. W tym celu genialnie sprawdza się tryb sportowy (zmiana pracy silnika i zawieszenia) oraz manualne ustawienia sześciobiegowego automatu. Taka jazda nie grzeszy ekologią, ale dźwięk „pierdów” rekompensuje dodatkowe spalanie. To według mnie druga najfajniejsza rzecz w tym funcarze.

zrzut-ekranu-2016-10-03-o-13-46-10

Niewiele gorszy jest sam silnik, który w tak małym aucie eksploduje mocą 192 KM. Mimo, że maksymalny moment obrotowy 280 NM nie grzeszy jakoś na papierze, to w rzeczywistości katapultuje auto do pierwszej setki w 7,1 sekundy. Prędkość maksymalna to 225 km/h, aczkolwiek radziłbym tego nie sprawdzać.

Marketingowe hasło Mini o gokartowej frajdzie z jazdy pasuje jak ulał do testowanej wersji auta. Jakim cudem, przecież to kabriolet – pomyślicie. O dziwo, co również mnie zaskoczyło Cooper S Cabrio nie prowadzi się znacznie gorzej niż zwykła jego odmiana ze standardowym dachem. Tak samo dobrze trzyma się drogi, skręca w szybkich zakrętach oraz podskakuje na wybojach. Inżynierom z BMW udało się przenieść z normalnej wersji prawie wszystko do tego gokarta bez dachu. Szacunek!

Co jeszcze w tym samochodzie może spowodować uśmiech na twarzy? Elektronika i gadżeciarstwo, które musiało się pojawić, by być trendy. Otóż oświetlenie ambientowe wnętrza (w kilkunastu kolorach) wraz ze świecącym ringiem wokół ekranu systemu multimedialnego to, zwłaszcza wieczorem, istna dyskoteka. Dodając do tego iście lotnicze przełączniki, trochę chromu oraz dekorowaną listwę nad schowkiem po stronie pasażera mamy po prostu kwintesencję oryginalności i chęci wyróżnienia się – coś czym Mini słynie od lat. Niektórzy mogą stwierdzić, że ilość tych świecidełek, faktur (z dobrej jakości materiałów) jest przesadzona. I to nic, że ergonomia takich rozwiązań nie do końca jest intuicyjna lub prosta w obsłudze. W funcarach tak po prostu musi być, bo bez tego byłoby ich miliony na ulicach, a nie o to chodzi.

zrzut-ekranu-2016-10-03-o-13-47-52

Zatem ciężko mi jednoznacznie podsumować Mini Coopera S Cabrio. Z jednej strony rozsądek podpowiada, że to bardzo nieekonomiczne auto dla bogaczy, ale z drugiej daję tyle frajdy nawet z krótkiej przejażdżki, że opróżniłbyś portfel do granic możliwości, by przejechać jeszcze parę kilometrów – a chyba o to chodzi w prawdziwej miłości do motoryzacji? Przeżycia warte powtórzenia nawet gdy kumple nie chcą Ci wsiąść do auta, a dzieci śmieją Ci się prosto w twarz patrząc na tę dużą zabawkę.

Konrad Stopa
Fot. Jakub Głąb

www.motopodprad.pl

Komentarze