Michael Bublé w Krakowie: miłość odwzajemniona

Zabawny, utalentowany, szarmancki, elegancki… no i ten głos! Po wtorkowym koncercie Michaela Bublé nieustannie chodzi mi po głowie jedno pytanie: Gdzie się podziali tacy mężczyźni?!

Nawet jeśli to tylko sceniczna poza, nawet jeśli wszystkie dowcipy są doskonale wyuczone, subtelnie puszczane w stronę płci pięknej oczka perfekcyjnie wystudiowane, a najsłynniejsze przeboje zapożyczone od Największych – hipnotyzującego uroku nie można mu odmówić, i (co oczywiste) nie sposób mu się oprzeć. Michael jest dżentelmenem jak z innej epoki i doskonale się w tej roli odnajduje.

Artysta, ubrany jak zwykle w doskonale skrojony garnitur, porwał 12-tysięczną publiczność zgromadzoną w Kraków Arenie właściwie od pierwszej sekundy swojego występu. – Zaczniemy spokojnie, delikatnie i romantycznie, jak na pierwszej randce. Na samym końcu czeka nas jednak dziki seks w samochodzie – zapowiedział na samym początku. I nie kłamał. Zaczął od zmysłowego „Fever”, by po chwili zachęcić wszystkich do zabawy w rytmach doskonale znanego przeboju „Haven’t Met You Yet”. Od tamtej pory mało kto był w stanie wysiedzieć na miejscu. Nie zabrakło żadnego z utworów, na które z niecierpliwością czekali fani piosenkarza – zarówno coverów („Come Dance With Me”, „All You Need Is Love”, „You Make Me Feel So Young”), jak i jego autorskich hitów („It’s a Beautiful Day”, „Everything” czy „Home”).

Komentarze

Zabawny, utalentowany, szarmancki, elegancki… no i ten głos! Po wtorkowym koncercie Michaela Bublé nieustannie chodzi mi po głowie jedno pytanie: Gdzie się podziali tacy mężczyźni?! Nawet jeśli...
" />