Mike Newell: Ciągnie mnie do Polski [ Wywiad ]

Mike Newell: Ciągnie mnie do Polski [ Wywiad ]
Mike Newell to jeden z najważniejszych brytyjskich reżyserów. To on w połowie lat 90. zrealizował słynną komedię „Cztery wesela i pogrzeb”, stoi za aktorskim pojedynkiem Ala Pacino z Johnnym Deppem w „Donnie Brasco” oraz filmem „Harry Potter i Czara Ognia”. O polskich inspiracjach, wymarzonych projektach i tym, jak w niewybredny sposób Depp zażartował sobie z Pacino, z Mikiem Newellem rozmawia Kuba Armata.
Ponoć jednym z największych filmowych mistrzów jest dla Pana Andrzej Wajda?

Chcąc o tym opowiedzieć, muszę się cofnąć do początku lat 60., kiedy studiowałem literaturę angielską na Uniwersytecie Cambridge. Kochałem też teatr i film, choć nie myślałem wtedy, że kiedyś może stać się to moją pracą. Miasteczko uniwersyteckie dawało możliwość zobaczenia wielu filmów, na które normalnie trudno było trafić. Znałem wtedy kino angielskie, a nie było ono najlepsze. Poza tym mój ojciec zafascynowany był wszystkim co francuskie i gdy byłem dzieckiem, od czasu do czasu zabierał mnie do kina na francuski film. Na studiach otworzyły się przede mną zupełnie nowe możliwości. Każdego wieczoru mogłem zobaczyć znakomity film, najczęściej w języku, którego w ogóle nie znałem. Podczas tych projekcji zobaczyłem m.in. trylogię Wajdy – „Pokolenie”, „Kanał” oraz „Popiół i diament”. Pamiętam, że zastanawiałem się, skąd są te filmy, gdzie zrodziły się takie pomysły. Jak chociażby słynna scena z „Popiołu i diamentu”, gdzie Maciek Chełmicki podpala kieliszki w barze.

Wie Pan, że tę scenę wymyślił nie Wajda, a drugi reżyser Janusz Morgenstern?

Naprawdę?! Widzisz zatem, jaką filmy są wspaniałą sprawą. Wszyscy zawsze mówią tylko o reżyserze, a bez dobrego zespołu sam nic by nie zrobił. Scena, o której rozmawiamy, jest tylko tego potwierdzeniem.

Czym zafascynował Pana „Popiół i diament”?

To było dla mnie coś zupełnie nowego. Takiego kina nie robiło się ani w Anglii, ani w Hollywood. Nagle zobaczyłem coś, czego do końca nie rozumiałem. To sprawia, że po projekcji zagłębiasz się w to. Patrzysz na daną rzecz z innej perspektywy, zastanawiasz się, jak coś zostało zrobione. Jest wielu znakomitych reżyserów, którzy wpłynęli na to, kim jestem. Ale Wajda był pierwszy.

Początkowo bardziej niż kinem był Pan jednak zainteresowany teatrem.

Tak, miało to związek z moją rodziną, która była zwariowana na punkcie tej formy sztuki. Wraz z przyjaciółmi założyli grupę teatralną i występowali w latach 40. w teatrze, który zbudowali własnymi rękami. Mieli bardzo ciekawy repertuar. Z jednej strony „Czekając na Godota” Samuela Becketta, i to w roku, kiedy ten utwór został napisany, z drugiej „Król Lear” Williama Szekspira czy wielkie komedie. Byłem wtedy dzieckiem, więc niejako dorastałem w teatrze. To wszystko na mnie wpłynęło, choć moi rodzice sugerowali, żebym znalazł jakąś stałą pracę z bezpiecznymi zarobkami, a teatrem „bawił się” w weekendy. Ale że byłem typowym młodym człowiekiem, machnąłem na to ręką i poszedłem w swoją stronę. Dostałem pracę w telewizji i tam zaczęła się moja przygoda z reżyserią.

Pana rodak i znakomity reżyser Alan Parker powiedział mi kiedyś, że telewizja, zwłaszcza BBC, była świetną szkołą filmową i odpowiedzią na nie najlepszą kondycję brytyjskiego kina w tamtym czasie.

O tak, to była prawdziwa szkoła. Miejsce, gdzie nie można było powiedzieć, że się czegoś nie zrobi. Uczono nas wszechstronności, bo jednego dnia pracowało się przy thrillerze, drugiego przy filmie o duchach, a trzeciego przy produkcji dla dzieci. Nie było odwrotu. W wyznaczonym czasie trzeba było wywiązać się z powierzonego zadania. Nie zawsze było to łatwe.

Być może to sprawiło, że jest pan tak wszechstronnym reżyserem, który próbuje sił w różnych gatunkach. Bo i „Cztery wesela i pogrzeb”, i „Donnie Brasco”, i „Harry Potter i Czara Ognia”.

Choć to filmy reprezentujące różne gatunki, mają wiele wspólnego. Zawsze chodzi o znalezienie jakiegoś mianownika, punktu zaczepienia. Dla mnie jest nim bohater, czy jest nim zabawny i czarujący Hugh Grant, czy działający pod przykrywką Johnny Depp. Wszystko u mnie zaczyna się od intrygujących postaci. Porównałbym je do cebuli. Widzisz ją i może wydawać się, że nie ma w tym nic ekscytującego, ale jednocześnie chcesz się przekonać, co kryje się pod każdą z warstw.

Mówiąc o bohaterach, nie mogę nie zapytać o niezwykle interesującą konfrontację, nie tylko filmowych postaci, ale i dwóch znakomitych aktorów, czyli Ala Pacino i Johnny’ego Deppa w „Donnie Brasco”.

W tym filmie bardzo wiele dzieje się na przednich siedzeniach samochodu. To bardzo trudny i frustrujący obiekt do kręcenia zarówno dla ekipy, jak i aktorów. Zwłaszcza że kręciliśmy w Nowym Jorku i chcieliśmy mieć miasto w tle. Kręciliśmy zatem w plenerze, na prawdziwej nowojorskiej ulicy. Samochód ze wszystkich stron otoczony był światłami, a kamera zaglądała przez szybę. Tylko ja miałem słuchawki na uszach, więc byłem jedyną osobą, która słyszała, co dzieje się w środku między aktorami.

Szykuje się niezła historia…

Dokładnie (śmiech). Z uwagi na przygotowanie planu, pracę techników aktorzy mogą siedzieć w samochodzie godzinami i umierać z nudów. Pierwszego dnia wspólnych zdjęć Ala i Johnny’ego wydarzyło się coś dziwnego. Siedzą w samochodzie, światła ustawione, wszystko przygotowane do włączenia kamery i nagle w słuchawkach słyszę dziwny dźwięk. Mówiąc brzydko, takie porządne pierdnięcie. Johnny się poderwał i zaczął strasznie przepraszać. Nie można było opuścić szyby, bo jeszcze raz trzeba by ustawiać światło. Zapanowała niezręczna cisza, którą przerwał Al., mówiąc, że nic się nie stało. Minęło kilka minut, chcemy spróbować jeszcze raz. I… znowu to samo. Johnny znowu zaczął przepraszać, przekonując, że nie wie, jak to się stało i pewnie coś mu zaszkodziło podczas śniadania. Al i tym razem powiedział, że jest ok, choć zdecydowanie mniej przyjaźnie (śmiech). I oczywiście stało się to po raz trzeci. Kłótnia wisiała na włosku, kiedy nagle ku zdziwieniu wszystkich Johnny wyciągnął spod tyłka poduchę-pierdziuchę. Al, gdy to zobaczył, dostał takiego ataku śmiechu, że nie mógł się powstrzymać. Uznał, że była to najzabawniejsza rzecz, jaka spotkała go kiedykolwiek na planie. To był moment, kiedy pękły wszelkie bariery, a oni bardzo się do siebie zbliżyli. Johnny to mądry gość. Wiedział, że trzeba jakiegoś żartu, by przełamać lody.

Panu jako reżyserowi, paradoksalnie, też pewnie ulżyło?

Wielu reżyserów boi się dwóch rzeczy. Pierwszą są aktorzy. W ich towarzystwie są spięci, zdenerwowani, nie wiedzą, jak mają z nimi rozmawiać. Nie są w stanie wydusić z siebie słowa. Aktorzy są dużo bardziej inteligentni, niż wielu się wydaje, choć wcale nie są trudni w obejściu. Drugim lękiem niektórych twórców jest scenariusz. W szkole filmowej dowiadujesz się wielu rzeczy związanych z techniką, ale nie uczą cię, jak powinno się czytać. A to ważna umiejętność. Musisz rozumieć, co czytasz, wiedzieć, co jest w scenariuszu, ale i czego brakuje, tak by móc uzupełnić te luki. Tak było w „Donnie Brasco”, który wymagał sporej scenariuszowej pracy, zwłaszcza w kontekście postaci granej przez Ala Pacino.

Ma Pan też doświadczenie z ciekawą i niełatwą adaptacją. Myślę tutaj o „Miłości w czasach zarazy” Gabriela Garcii Marqueza.

O Boże, zgadzam się (śmiech). Przełożyć Marqueza na język kina nie jest łatwo. A w ogóle uwielbiam tę książkę. Pamiętam, że miałem takie weekendy, kiedy powinienem pracować nad scenariuszem na kolejny tydzień, ale mówiłem sobie, że zrobię przerwę i przeczytam tylko kilka stron Marqueza. Żeby sobie przypomnieć, i tyle. Kończyło się po trzech godzinach, kiedy zmuszałem się, żeby przestać. Ta książka jest znakomita, zresztą on w ogóle był niesamowicie utalentowany. Przy tym bardzo wszechstronny, nie miał jednego stylu. Był świetnym reporterem, dziennikarzem, a jednocześnie stworzył największy klasyk magicznego realizmu, czyli „Sto lat samotności”.

Wyzwaniem była też pewnie ekranizacja jednej z części młodzieżowego hitu, czyli film „Harry Potter i Czara Ognia”

Pamiętam rozmowę z odtwarzającym tytułową rolę Danielem Radcliffe’em tuż przed zdjęciami. Zapytał mnie, jak sobie to wszystko wyobrażam i w ogóle jakie filmy oglądam na co dzień. Powiedziałem mu wtedy o thrillerach szpiegowskich, jak „Trzy dni kondora” Sydneya Pollacka, ale przede wszystkim „Północ – północny zachód” Alfreda Hitchcocka. Trochę zdezorientowany zapytał mnie, jaki ma to związek z naszą produkcją. A przecież bohater grany przez Cary’ego Granta też początkowo jest nieświadomy i kiedy zostaje porwany, zaczyna się zastanawiać nad tym, co dzieje się wokół niego. Powiedziałem Danielowi, że w taki właśnie sposób opowiemy ten film.

Ma Pan jakiś wymarzony projekt, którego jeszcze nie udało się zrealizować?

Kilka lat temu pracowałem nad scenariuszem, który opowiadał o konfrontacji Reagana i Gorbaczowa, która miała doprowadzić do końca zimnej wojny. Miałem świetnych aktorów – Michaela Douglasa, Christopha Waltza, a w roli dowódcy Armii Czerwonej Daniela Olbrychskiego. Niestety, nie udało nam się zebrać budżetu, a zabrakło niewiele. Kolejnym projektem, którego chyba już nie zrobię, była inna historia z polskim akcentem. Mam na myśli znakomite, krótkie, bo ledwie kilkunastostronicowe, opowiadanie Josepha Conrada – „Tajfun”. Jak widać, ciągnie mnie do Polski (śmiech).

Rozmawiał Kuba Armata
Zdjęcia archiwum festiwalu Netia Off Camera

Komentarze

Mike Newell to jeden z najważniejszych brytyjskich reżyserów. To on w połowie lat 90. zrealizował słynną komedię „Cztery wesela i pogrzeb”, stoi za aktorskim pojedynkiem Ala Pacino z Johnnym Deppem w „Donnie...
" />