Mercedes CLS jest jak wysmakowane wino

Koi nerwy, wycisza, odpręża, pozostawiając po sobie miłe wspomnienie w postaci niewielkiego rauszu. Jeśli mnie spytacie, jakim autem w najlepszych warunkach do tej pory przejechałem 1000 kilometrów, znacie już odpowiedź.

Zapytany kiedyś podczas konkursu na korporacyjnej imprezie o to, co jest dla mnie w życiu najcenniejsze, odpowiedziałem bez wahania – spokój. Dostałem za to jakiś prezent od sponsorów, który zgubiłem wychodząc stamtąd jak Kopciuszek przed północą na „dwóch”, a nie „czterech” nogach, jak to się niektórym zdarza. Inni pytani współtowarzysze od kieliszka – pamiętajcie, że towarzystwo było  mocno korporacyjne – odpowiadali: „pieniądze”, „bogactwo”, „sztabki złota”, „własny jacht na Kajmanach”; słowem wszystkie synonimy PLNów, dolarów, euro czy kubańskich peso. Zdziwieni, że wśród lekko już pijanych imprezowiczów nie padły odpowiedzi w stylu: „rodzina”, „miłość”, „zdrowie”, „pasja”? Ja nie, ale zostawmy to psychologom i socjologom.

Zajmijmy się słowem „spokój”. Są bowiem różne formy tego stanu. Może być np. „święty spokój” podczas wygrzewania się jak wieloryb na plaży – zdecydowanie nie polecam; można się nabawić raka skóry, poza tym to strasznie nudne. Może też być „spokój, nic się nie dzieje” w pracy (każdy chyba to lubi). Trzecią opcją jest „spokój, jako doznanie empiryczne”. Takiego właśnie spokoju doświadczyłem za kierownicą Mercedesa CLS-a z 3-litrowym, mocnym dieslem pod maską.

Gdy w 2004 roku Mercedes zaprezentował CLS-a niektórzy pukali się w czoło. Oto bowiem na klasowo zabetonowanym rynku aut pojawiło się coś nowego – samochód, który otworzył zamknięte drzwi między klasą E a klasą S. Odtąd jednak każdy, kto miał wystarczająco dużo pieniędzy na „eSkę”, ale nie chciał takiego przepychu i blichtru, a jednocześnie oglądanie zwykłej E-klasy codziennie w garażu szybko by mu obrzydło, mógł wybrać coś zupełnie innego – kształtne coupe, którym od biedy można jeździć na tylnej kanapie z etatowym kierowcą z przodu. Pierwszy CLS nie był szczególnie ładny, ale i tak Mercedesowi udało się osiągnąć coś niesamowitego – dzisiaj każdy liczący się producent aut Premium ma w swojej ofercie 4-drzwiowe coupe i każde z nich, czy to spojrzymy na Audi A5, A7, BMW 4 czy wreszcie CLS-a lub mniejsze CLA, cieszy się ogromną popularnością.

CLS bardzo dobrze radzi sobie z upływem czasu, lecz pomógł w tym na pewno facelifting, któremu Mercedes został poddany w 2014 roku. I choć bryła jest nadal taka sama jak w egzemplarzu sprzed 11 lat, została ona znacznie uszlachetniona efektownymi przetłoczeniami. W rezultacie CLS MY2015 to dojrzałe, bardzo nowoczesne, a co najważniejsze – wciąż zwracające na siebie uwagę auto.

Głównym elementem przyciągającym wzrok jest przód pojazdu, a to głównie za sprawą uzbrojonego w kryształki grilla – takiego samego jak w mniejszym CLA (niedawno zresztą przeze mnie testowanym – klik). Nad nim góruje masywna maska, od której odchodzi, będący częścią pakietu AMG, przedni zderzak z olbrzymimi wlotami powietrza. Poza tym „pakietowe” są również felgi oraz nieco zmieniony zderzak tylny. Tył ze smacznie wpompowanymi lampami z diodami LED również nie psuje wizji całości, chociaż najbardziej z całego nadwozia przypomina ten z pierwszego 4-drzwiowego coupe Mercedesa z 2004 roku. Gdyby nie niżej opadający dach z łatwością można CLS-a pomylić z poprzednią klasą S, co chyba jest pozytywne, zważywszy na pieniądze, które musimy pozostawić w salonie płacąc za to auto (o czym w dalszej części testu). Mnie jednak zabrakło nieco odwagi stylistów w komponowaniu smaczków – tych po prostu brakuje. No i ten kolor – CLS o wiele lepiej wyglądałby w jaśniejszej tonacji.

Osobnym tematem, któremu z przyjemnością poświęcę cały akapit są przednie reflektory testowanego CLS-a. W zasadzie mówienie o nich „reflektory” to tak jak o wodzie perlage zwykła kranówa. Nie są to bowiem zwykłe światła wyposażone w żarówki H7 w typowym kompakcie, tylko system oświetlenia Multibeam LED składający się z adaptacyjnych reflektorów przednich, które umożliwiają jazdę na światłach drogowych cały czas, bez konieczności przełączania na światła mijania, nawet gdy z przeciwka nadjeżdża samochód. Brzmi fajnie? A jak wygląda! Moment zapalenia 24 modułów systemu Multibeam to prawdziwe widowisko. Światła nie zapalają się od razu, tylko powoli, w zależności od stopnia ciemności, 4 jednostki sterujące, monitorujące pracę 100 razy na sekundę (!!!), decydują o uruchomieniu kolejnych sektorów. Wygląda to naprawdę obłędnie, ale też rewelacyjnie świeci. Bez względu na warunki panujące na zewnątrz – czy jest ciemna noc, czy jedziemy przez las, czy pada deszcz – kierowca ma przed sobą idealny snop światła rozświetlający wszystko jak w dzień. Moim zdaniem to najbardziej przydatna na co dzień opcja z listy dodatków do CLS-a.

Wnętrze, choć bardzo wyrafinowane pod względem użytych do jego wykończenia materiałów – dominuje skóra, aluminium i prawdziwe drewno, nie gwarantuje sportowych emocji. Jest po prostu przytulne i trochę, jak dla mnie, za pstrokate. Mam wrażenie, że projektant chciał za bardzo nafaszerować CLS-a luksusem. Górna część deski rozdzielczej – obszyta oczywiście jasną skórą – nie wygląda, jakby stanowiła całość z dolnym panelem. To, co na dole natomiast jest mocno przeładowane przyciskami, mało intuicyjne i za bardzo przypomina rozwiązania z tańszych modeli Mercedesa. Do tego kotła, w którym Niemcy gotowali luksusowe wnętrze CLS-a, na samym końcu dorzucony został ekran LCD obsługujący system infomedialny, który, tak jak w CLA, przyczepiony został do górnej części kokpitu – szkoda, bo to zalatuje niestety taniością. Trudno nie odnieść więc ważenia, że projekt wnętrza to tak naprawdę pomieszanie z poplątaniem; porządnie wyglądające materiały najwyższej próby, przeplecione jarmarcznym stylem.

Po zajęciu miejsca na fotelu kierowcy nie ma jednak potrzeby zastanawiać się nad wyglądem deski rozdzielczej czy kolorystyką wnętrza. Świetna pozycja za kierownicą, rewelacyjny fotel, który można na wszystkie sposoby przesuwać i ustawiać pod siebie i genialna, ucięta u dołu kierownica – gruba, masywna, taka jak lubię, szybko do siebie przekonują. W zasadzie po tym jak wsiadłem do CLS-a na pierwsze 15 minut, by przejechać spod salonu Mercedesa pod pracę, nie chciałem już z niego wysiadać. Gdy dodamy do tego funkcję aktywnego fotela, który dopompowuje boczki podczas każdego skrętu oraz bardzo wydajny, czteroprogramowy system masujący, otrzymujemy samochód zdolny przewieźć nas, bez żadnego zmęczenia, nawet na koniec Europy.

Przyjemność z jazdy podkreśla też rewelacyjnie grające audio firmy Harman Kardon, co z wyjątkowym wyciszeniem pojazdu współgra tak, że łatwo poczuć się jak na najlepszej sali koncertowej. Co do reszty multimediów, to zastrzeżenia mam jedynie do nawigacji – najpierw trzeba bowiem cierpliwie przebrnąć przez jej zawiłe ustawienia, żeby wybrać cel, a potem nastawić się na to, że nawigacja w aucie za pół miliona złotych może nagle zgubić trasę (zdarzyło mi się to 3 razy w okolicach Gdańska).
Olbrzymi plus wystawiam Mercedesowi za to za wskaźniki; są nie tylko bardzo ładne, ale i mimo ukrycia ich w tubach bardzo czytelne. Minus? Cóż, jeżeli lubisz pić w czasie jazdy, to projektanci tego bardzo wygodnego wnętrza z mnóstwem schowków i przydatnych podłokietników nie przewidzieli nigdzie miejsca na kubek lub butelkę. Trochę słabo.

CLS, jak na rasowe coupe przystało oferuje wewnątrz 4 miejsca – wszystkie bardzo wygodne, choć kanapa z tyłu nie została wyposażona w funkcje masażu ani klimatyzowania. Co prawda nisko poprowadzona linia dachu może przeszkadzać pasażerom drugiego rzędu, którzy mierzą więcej niż ok. 180 cm wzrostu, ale raz, że CLS nie jest limuzyną, a dwa – nawet, gdyby z przodu miał siedzieć kierowca, to większość milionerów, choć może pochwalić się majątkiem i samochodami w prywatnym garażu, milczy na temat wzrostu – ten najczęściej jest niewielki. W bagażniku CLS-a mamy do dyspozycji 475 litrów – w sam raz na przewiezienie kijów golfowych.

Przejdźmy do jazdy. Pod maską CLS-a znalazł się diesel dysponujący potężnym momentem obrotowym wynoszącym 620 Nm,  którego moc krzesana z 3-litrów wynosi równe 252 KM, dzięki czemu samochód nie tylko od zera startuje jak rakieta, ale też jest bardzo elastyczny i w każdym momencie gotowy do zwiększenia prędkości. Nie ma też żadnych problemów z trakcją – układ 4-Matic nie dopuszcza do jakiegokolwiek uślizgu kół. Wyprzedzanie to sama przyjemność, w dodatku praktycznie do końca skali szybkościomierza CLS wydaje się równie dynamiczny. Nie ma dla niego różnicy czy przyspieszasz od 60 do 90 czy od 120 do 200 km/h – on zawsze wbija w fotel. Natomiast nie robi tego w sposób ordynarny, ale delikatny, jakby pamiętał o tym, że jedziesz w komfortowym apartamencie na kołach i nic nie może się przewrócić.

6,7 sekundy do pierwszej setki to osiągi naprawdę wystarczające, ale jeśli dodać do tego, że rzadko kiedy na komputerze pojawia się spalanie wyższe niż 10 litrów, korzystanie z nich staje się jeszcze przyjemniejsze. Jadąc powoli po trasie, nie wymuszając zmiany biegów i nie przekraczając dozwolonej prędkości udało mi się uzyskać wynik 5,6 l/100 km. W mieście, przy włączonym trybie Eco CLS spalił na dystansie 30 km (Wola-Bemowo-Pruszków-Włochy) 8,3 l/100 km. Dynamiczna jazda po mieście to dodatkowe 2 l ropy na każe 100 km, a bardzo szybka jazda autostradą nawet mniej – 9,6 średnio z trasy Warszawa-Jastrzębia Góra.

Mamy więc świetnie wyważony silnik, który zaskakuje momentem obrotowym, siłą i niskim spalaniem, ale to nie wszystko. CLS został wyposażony w ge-nia-lne zawieszenie hydropneumatyczne z regulacją prześwitu. Pokonywanie wszelkich nierówności jest więc w praktyce w ogóle nie odczuwalne, a w razie gdy droga robi się zbyt wyboista, zawsze można podnieść Mercedesa o 4 cm. Co ciekawe, nie trzeba się w tym celu zatrzymywać – po prostu wciskamy odpowiedni guzik i gotowe. Zawieszenie można też utwardzić przełączając je w tryb sport, ale nawet wtedy CLS nie jest plującym ogniem potworem. Oczywiście nie trzeba obawiać się zakrętów, ale CLS-em potrafi czasami zakołysać.

Również układ kierowniczy i skrzynia biegów nastawione są raczej na komfort. Przekładnia, mimo że dostępne są już modele 9-biegowe, w tym silniku otrzymała jeszcze 7 przełożeń. Można więc mieć do niej zastrzeżenia; bo choć nieźle sobie radzi z autem, to czasami niepotrzebnie przeciąga biegi. Natomiast układ kierowniczy, szczególnie przy wyższych prędkościach okazuje się trochę za miękki. Mimo wszystko połączenie mocy i komfortu stawia w tym momencie CLS-a na pierwszym miejscu na liście samochodów, którymi pojechałbym do Lizbony (a taką podróż planuję na przyszły rok).

Czas na podsumowanie. Na początku pisałem Wam o spokoju, niestety żeby go zaznać, trzeba dysponować dużą ilością sztabek złota lub jak kto woli PLNów. Prezentowany egzemplarz Mercedes wycenił na 501 tys. zł. 190 tys. zł kosztowało samo wyposażenie, a i tak nie znalazło się tu wszystko, co mógłby CLS mieć. Mimo wszystko, zaskoczę Was, to całkiem dobrze ulokowane pieniądze. CLS daje bowiem bardzo wiele za tę kwotę. Przede wszystkim przyjemność z jazdy większą, niż w niższej klasowo E-klasie (jeździłem E-klasą z tym samym silnikiem), świetny wygląd bardzo eleganckiego coupe no i… kupując go będziecie mieli pierwszy na świecie samochód tego typu, a jak wiadomo protoplasta nie może się mylić, tym bardziej, że znalazł wierne grono naśladowców. Mercedes powinien tylko dopracować niuanse – uprościć nawigację, ujednolicić deskę rozdzielczą i dołożyć ze dwa miejsca na kubek kawy lub butelkę. O czym ja w ogóle piszę – przecież to nie ważne…
Adam Gieras

www.motopodprad.pl

Komentarze