Mary Komasa [ wywiad ]

Mary Komasa
Podoba mi się bycie współczesnym romantykiem. Mary Komasa właśnie skończyła trasę koncertową po Polsce, promując swoją płytę. Wokalistka i kompozytorka opowiada nam o miłości do dźwięków, o rodzinnej szczerości, o kinie grozy i o tym, co różni Warszawę od Berlina.
Rozmawia Rafał Stanowski

 

– Twoja muzyka jest niezwykle obrazowa, wręcz filmowa, otwiera wyobraźnię. Gdybyś była reżyserką, jaki film byś nakręciła? Byłoby to kino grozy, mroczny thriller w stylu „Drive” czy surrealna historia w klimacie „Zagubionej autostrady”?

– Ostatnio byłam z moim bratem Simonem w kinie na „Młodości” Paolo Sorrentino i wychodząc z filmu pomyślałam, że taki film bym chciała zrobić na tym etapie życia. Nie da się ukryć, że jestem wychowana na „Twin Peaks” i filmach Lyncha, które są dla mnie kopalnią inspiracji, nie tylko muzycznych.

– To znaczy, że lubisz historie z pogranicza grozy? Inspirują Cię, otwierają drzwi do podświadomości?

– Uwielbiam. Jako nastolatka oglądałam wiele filmów Wesa Cravena – „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Krzyk” – czy serial „Z Archiwum X”. Zawsze podobał mi się ukryty smutek w tych filmach. Dlatego dzieła Davida Lyncha miały na mnie muzycznie ogromny wpływ. „Twin Peaks” przepełnia mega smutna muzyka. Myślę, że taki rodzaj kina próbuje mierzyć się z naszymi najskrytszymi lękami przed samotnością czy odrzuceniem.

– Czy kino ma dla Ciebie szczególny wymiar? Twój ojciec Wiesław jest aktorem i reżyserem, a brat Jan – reżyserem.

– Hmm, nigdy nie myślałam o kinie w ten sposób. Ono płynie w mojej krwi. Jest w moim DNA. Na planach filmowych się wychowałam. Do dzisiaj, gdy ktoś z rodziny robi film, to przyjeżdżam chociaż na jeden dzień, by poczuć tę niesamowitą atmosferę.

– Gdy myślisz o muzyce – słyszysz ją czy może widzisz?

– Ja muzykę staram się zawsze umiejscowić w jakiejś historii. Może jest mi wtedy po prostu łatwiej ją zrozumieć…?

– A jak zaczynasz tworzenie – od tekstu czy od dźwięku?

– Ciekawe jest to, że zawsze po napisaniu piosenki nie pamiętam, jak to było na początku, wtedy gdy zaczynałam ją pisać… To trochę, jak z pytaniem, co było pierwsze, jajko czy kura…
Mam wiele pamiętników zapisanych rożnymi wyrazami czy zdaniami. Zapisuję wszystko, co wydaje mi się interesujące lub chwytliwe.
Ważny jest dla mnie puls piosenki, bo to jest jej serce. Ono musi bić. Czasem, gdy sprawdzam jakieś niedokończone projekty w komputerze, znajduję zapisany wokal i bębny. To jest rusztowanie, od którego zaczynam pracę.

– Twoja muzyka jest zawieszona między snem a jawą, ale w tekście kryją się bardzo głębokie emocje. Czujesz w sobie podobną dwoistość?

– Myślę, że każdy z nas ma taką dwoistość… Kryją się w nas skrajne emocje. W muzyce takie mocne uczucia są potrzebne. Piosenką mam potrzebę przekazania konkretnej emocji i czasem po prostu muszę to wykrzyczeć. Tekst tylko mi to ułatwia, dlatego tak ważne są dla mnie moje słowa. Przed pisaniem czytam piosenek dużo poezji – na rozpęd przed pracą. Super inspirujące są też teksty Boba Dylana czy Patti Smith. Zapisuję również dialogi filmowe, które szczególnie utkwiły mi w głowie.

– Podobno z Antonim Łazarkiewiczem zakochaliście się przy omawianiu Twojej piosenki. To bardzo romantyczne! Czujesz się romantyczką?

– W jakimś stopniu na pewno. Chociaż nie wiem, czy widziałabym siebie w tamtych czasach… Podoba mi się bycie współczesnym romantykiem.

– One jest również muzykiem, komponuje. Często się nawzajem inspirujecie, siedzicie na przykład w bistro i zaczynacie nucić?

– Na początkowym etapie pisania nie dopuszczam nikogo do moich myśli. Jestem tylko ja i komputer lub iPhone… Gdy stworzę demo, wtedy puszczam Antkowi. I tak jest również w drugą stronę. Moment początkowy musi odbyć się w samotności… To taka ważna przestrzeń wolności twórczej, którą każdy chce mieć tylko dla siebie.

– Muzyka jest polem do przekazywania emocji. Komunikujecie się między sobą przez dźwięki?

– Jasne, że tak. Czasem mam takie dni, w których chcę słuchać konkretnej muzyki, bo to pasuje do moich emocji… Nawet teraz słucham płyty Low Roar. Lubię, gdy muzyka jest obecna w moim dniu. Ale gdy pracuję nad piosenkami, to raczej staram się o ciszę.

– Z nim z rodziny masz najbliższy kontakt, najlepiej się rozumiecie?

– Moja rodzina jest bardzo duża. Każdy jest wyraźną osobowością. Każdy mnie inspiruje. ja w ogóle nie mam tak, że się zamykam, że tylko z jedną osobą rozmawiam o sztuce i nikt nie ma do tego dojścia… I myślę, że to się tyczy wszystkich Komasów. My mamy na siebie duży wpływ, znamy swój gust i interesujemy się sobą. Wiele rozmawiam z rodzeństwem i rodzicami. Myślę, że łączy nas szczególna więź.

– Czy w tak artystycznej rodzinie rozmawia się wiele o sztuce czy może przeciwnie – unikacie tego tematu?

– Staramy się siebie nie ograniczać. Rozmawiamy o wszystkim. Oczywiście, jeśli moja siostra akurat pracuje nad obrazem, a brat nad operą, to chcemy być na bieżąco.

– Artyści miewają mocne ego – często dochodzi u Was do ostrej wymiany zdań?

– W zasadzie zawsze jesteśmy na to gotowi. Jesteśmy wobec siebie niezwykle wymagający. Nauczyliśmy się od rodziców ciężkiej pracy. Jak pracujemy, to całe życie temu podporządkowujemy. W sztuce nauczyliśmy się być również szczerzy. Nie przejdzie fałsz. Jesteśmy na to bardzo wyczuleni. Myślę jednak, że po tylu latach spędzonych razem po prostu znamy swój gust… Jest podobny.

– To pokazuje, że macie ze sobą niezwykle bliski kontakt. Dlaczego zatem w młodym wieku wyjechałaś z Polski? Bunt?

– Możliwe, chociaż nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Po prostu czułam, że taki wyjazd mi będzie kiedyś potrzebny, i tak się stało. Nigdy potem nie wróciłam do Polski. Na pewno miało to wpływ na moje życiowe decyzje, jednak nie odcięłam się od rodziny.

– Przemierzyłaś cały świat. Które z wielkich miast, w którym mieszkałaś, najbardziej Cię zainspirowało?

– Każde inspiruje na swój sposób, bo każde jest inne. Berlin jest surowy i ostry, Paryż ma w sobie pewną kuszącą tajemnicę, a Stany są bardzo intensywne. Podoba mi się to, że nigdzie nie jestem na stałe. Teraz pierwszy raz od kilku lat będę dłużej w Berlinie i odkrywam to miasto na nowo. Chodzę do teatru, kina czy filharmonii. W Berlinie teatr jest jednym z najlepszych na świecie, mam piosenki, które były inspirowane muzyką z Schaubuhne. Tak sobie myślę, że ja muszę być podpięta do tych kilku moich miast na świecie. Nie umiem bez tego żyć.

– Gdybyś porównała Berlin do Warszawy, to…

– Nic… Nie da się tych miast porównać. Berlin jest zupełnie innym miastem niż Warszawa. Ma inną infrastrukturę. Czekam na ten moment, kiedy Warszawa się trochę spatynuje i knajpy nie będą wyglądać, jak nowo otwarte; i kiedy pojawi się więcej rowerów… Berlin ma większą świadomość dbania o przyrodę. Często tam chodzę, codziennie około 10 km. Czasem zamiast jechać metrem, wolę się przejść. W Warszawie większość moich znajomych ma samochód lub dwa… Pod tym względem Warszawie bliżej do któregoś z amerykańskich miast.

– Berlin uchodzi za mekkę kultury alternatywnej. To prawda czy może już miejska legenda?

– Każde z miast, które jest otwarte na inne kultury, będzie zawsze inspirujące, bo dopuszcza inność. W Berlinie mieszka wielu Turków, Włochów, Hiszpanów, Amerykanów, Polaków, kultury się tutaj przecinają, co powoduje, że ma to ogromny wpływ na miasto. Oczywiście, by inspirację znaleźć… trzeba jej najpierw zacząć szukać. To wymaga pracy i otwartości.

– Wiele podróżujesz, mieszkałaś w wielu miejscach, odbyłaś właśnie trasę po Polsce. Kim się czujesz?

– Europejką, nigdy nie myślałam o sobie inaczej.

– Gdy patrzysz na mapę świata – gdzie mogłabyś i chciałabyś mieszkać?

– Na pewno chciałabym tak ustawić swoje życie zawodowe, by mieszkać częściej w ciepłych miejscach. Pragnę więcej czasu spędzać w LA, bo tam jest najwięcej muzyków, z którymi chciałabym współpracować.
– A gdzie będziesz mieszkać za pięć lat – przy Mulhollad Drive?

– Byłoby super!
Rozmawiał Rafał Stanowski

 

Komentarze

Podoba mi się bycie współczesnym romantykiem. Mary Komasa właśnie skończyła trasę koncertową po Polsce, promując swoją płytę. Wokalistka i kompozytorka opowiada nam o miłości do dźwięków, o rodzinnej szczerości, o kinie...
" />