Magdalena Zyzak i Zachary Cotler: Trudno wybrać aktorów, którzy potrafią nie myśleć o słoniu [wywiad]

Magdalena Zyzak i Zachary Cotler
„Maya Dardel” to głośny film nakręcony przez mieszkającą na co dzień w USA Magdalenę Zyzak i Amerykanina Zachary’ego Cotlera, z udziałem międzynarodowych gwiazd – Leny Olin i Rosanny Arquette. O powstaniu tej literackiej produkcji, która otrzymała nagrodę za reżyserię na festiwalu Raindance w Londynie, a niedawno była pokazywana na American Film Festivalu we Wrocławiu, opowiada para reżyserów
Jak doszło do tego, że w głównej roli udało się obsadzić sławną aktorkę Lenę Olin, która debiutowała u samego Ingmara Bergmana?

Zachary: Zarówno ja, jak i Magdalena zachwyciliśmy się aktorstwem Leny Olin dużo wcześniej, zanim się jeszcze poznaliśmy i zaczęliśmy razem filmować. Trudno jest opisać własne przeczucia co do aktora, co do tego czy sprawdzi się w nowej roli. I choć trudno mi nazwać swój stosunek do jej emploi, czy też aury (nie w sensie metafizycznym), jaką tworzą wokół niej uprzednie kreacje, jest to jednak pewne szczególne odczucie. Po próbie i Nieznośna lekkość bytu upewniły mnie, że Lena to ktoś, kto bez problemu poradzi sobie ze specyficzną wstęgą Mobiusa związaną ze sportretowaniem artysty.

By wiarygodnie zagrać artystę, aktor musi często podpatrywać samego siebie. W każdej innej roli aktor musi odrzucić samoświadomość, lecz by zagrać artystę (lub psychologa, czy filozofa) musi dokonać prawdziwej akrobatyki umysłowej: podświadomie wcielić się w osobę o nieskończenie wielkiej samoświadomości. To tak jak w tej sztuczce ze słoniem: słyszysz, że za wszelką cenę masz go sobie nie wyobrażać – i być może w końcu ci się to uda. Nie wszyscy to potrafią. A Lena tak. Tak więc z wielu powodów był to prosty wybór. Jeśli chodzi o większość obsady, zastosowaliśmy tę samą sztuczkę: musieliśmy odnaleźć i wybrać aktorów, którzy potrafią nie myśleć o słoniu. Leonora, w wykonaniu Rosanny Arquette, to z kolei inny typ aktora. Niech jej rola sama przemówi. Bardzo nam się spodobało, jak sobie z nią poradziła.

Skąd pomysł na główną postać i całą historię, która orbituje wokół tematu poezji i amerykańskiej prowincji?

Magdalena: To lokacja w pewnym sensie zrodziła tę historię. Przebywaliśmy w rodzinnym domu Zacharego, wysoko w górach Santa Cruz, pracując nad powieściami i wierszami. To odizolowane miejsce, godzina od najbliższego miasteczka, trzeba tam jechać podziurawioną wiejską drogą. Sosny, chruściny, winnice, posesje zapchane typowo kalifornijskimi gratami, psy wałęsające się po ścieżkach… Siedzimy nad powieścią, a tu co jakiś czas wystrzał z działki sąsiada – często razem z żoną ćwiczył strzelanie. Tam mieszka cała mieszanka ludzi: farmerzy marihuany paradujący z bronią, paru gości po odsiadce, mnóstwo dyrektorów z Doliny Krzemowej, którzy w weekend bawią się w obronę terytorialną, psychoterapeuci, hipisi, i tak dalej. No to pomyśleliśmy, co by było gdybyśmy włożyli tu starszą kobietę, pisarkę, mieszkającą samotnie?

Tak więc w pewien sposób to ta okolica wydała na świat Mayę. Winnice, rdzewiejąca motorówka z dala od wody, zdewastowane maszyny rodem ze złomowiska i drogi, którymi Maya przechadza się z Anselem – wszystkie te rzeczy znajdują w pobliżu domu Zacharego. Znalazły się koło siebie nie w wyniku sztuczek filmowych czy montażu. To wszystko znajduje się na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych. Stworzyliśmy Mayę i jej świat według tej swoistej prowincjonalnej mapy. Rupieciarnia sąsiada stała się domem Leonory. Mayę umieściliśmy w winnicy psychoterapeuty. Zanim zaczęliśmy filmować, przez parę miesięcy nawet dokarmialiśmy kolibry. Żeby je przyciągnąć, porozwieszaliśmy wszędzie pojniki ze słodką wodą. Po pewnym czasie poruszaliśmy się już nie po znanym sobie terenie, wymyślając fikcyjną postać, ale podążaliśmy za kimś prawie rzeczywistym, jakbyśmy szli krokami zmarłego pisarza. A Maya to przecież właśnie taka zmarła poetka, bo jej nie ma, tak samo jak zmarłych.

Muzyka i poezja, którymi zajmował się Zachary, łączą się w filmie w jedną, fascynującą całość. Jak przebiegał proces ich tworzenia?

Zachary: Po tym, jak opracowaliśmy zestaw cech osobowości dla poetów występujących w filmie, zacząłem pisać wiersze w stylu charakterystycznym dla każdego z nich. Słyszymy więc poezję Mosesa, lirykę Kevina zobaczymy na kartce papieru, widzimy i słyszymy wiersze Ansela, a na koniec słyszymy utwory Mayi do napisów końcowych. Nigdy wcześniej nie pisałem wierszy, które byłyby celowo niedoskonałe. Zaskoczyło mnie, że pisząc jako fikcyjna osoba, tworząc wiersze ułomne, jak ich autorzy, stały się one niejako organicznymi, odrębnymi bytami, a popełnione w nich błędy stały się moimi własnymi, wbrew mojej woli. Nie wszystkie z tych głosów pozostawiły we mnie ślad, ale ten Mai – tak: nadal piszę wiersze w jej estetyce. Być może przerodzą się one w książkę, bo tylko jeden z nich pojawił się w filmie.

Jeśli zaś chodzi o muzykę, skomponowałem ją zanim zaczęliśmy filmować, na fortepianie który można zobaczyć w filmie. Na planie odgrywałem niektóre melodie dla aktorów, by wyrazić czasem nastrój, który ciężko byłoby oddać słowami… i muszę jeszcze powiedzieć o kolibrach. To właśnie widok kolibrów za oknem, ta żwawość w bezruchu i nagłe zmiany kierunku były inspiracją dla początkowych taktów muzyki. Chciałem je naśladować, by ruch moich dłoni nad klawiaturą imitował ruch ich skrzydeł.

Choć jest to film literacki, ważną rolę odgrywa strona wizualna, która sprawia, że film posiada wyjątkową atmosferę.

Magdalena: Maya Dardel wykorzystuje luźno strukturę mitu o Artemidzie. Młodzieńcy, którzy ujrzeli Mayę/Artemidę nagą – w swojej wyobraźni, czy też naprawdę – muszą „umrzeć”. Było więc niezmiernie ważne, by kamera nieprzerwanie stała na straży kapryśnego majestatu Mai, by chroniła jej godność. Kamera musiała też oddawać sposób myślenia Mai: krytyczny, pragmatyczny, wyniosły, badawczy. Odgradza od siebie mężczyzn i ich onieśmiela. Sama z siebie nigdy nie odda władzy.

Kręciliśmy we mgle i o zmierzchu, często wykorzystując efekt rozmycia, a czasem używając przytłumionych barw, by ukazać subtelność, kruchość sytuacji, w jakiej znalazła się Maya, by jej odejściu nadać odpowiedni, melancholiczny koloryt. Przeanalizowaliśmy mnóstwo fotografii i scen filmowych. Jest takie zdjęcie Billa Brandta: głowa mężczyzny leżącego na plaży, w kadrze znajduje się tylko jego ucho, ujęte w dużym zbliżeniu, obiektywem o bardzo szerokim kącie. To ucho, wielkości znajdującego się dalej klifu, jest absurdalne, ohydne, ale również dziwnie wyraziste. Maya, poprzez swoje rozgrywki, poddaje chłopców krzywdzącej psychologicznej presji, wykorzystuje ich słabości i w ten sposób popycha do nieprzyjemnych zachowań. Pat Scola (nasz operator), Zachary i ja zdecydowaliśmy się wykorzystać głównie obiektywy szerokokątne, by uzyskać właśnie taki przerysowany ekscentryzm. Każde ucho, nawet to naszego partnera, widziane z bliska, to ucho Brandta.

 

Fot. archiwum twórców

Komentarze