Madryt od kuchni

Jeśli chodzi o moje eksplorowanie Hiszpanii, zakosztowałam już Barcelony, na myśl, o której mój żołądek z utęsknieniem zaczyna wspominać najlepszy stek z tuńczyka jaki jadłam, nie mówiąc już o przepysznych owocach, którym wszyscy robią zdjęcia na targu przy Ramblas.

Kiedy leciałam do Madrytu usłyszałam, że każdy kto był zarówno w Madrycie, jak i Barcelonie, woli albo jedno miasto albo drugie. Nie ma osób, którym odpowiada na równi charakter obu tych miejsc. Zrozumiałam dopiero po pobycie w obu tych miejscach – teoretycznie jeden kraj, jedna kultura, jeden naród, a dwa różne światy. Nadal lubię Barcelonę, ale dopiero teraz zobaczyłam jak bardzo jest dopasowana do turystów. A Madryt? No cóż, straciłam głowę i żołądek dla tego miasta. Bardziej lokalna kuchnia, ilość tapasów, która może zawrócić w głowie. Angielski nie jest tu wprawdzie językiem wiodącym , ale można się jakoś dogadać na migi z barmanką, która krzyczy do kucharza po drugiej stronie sali głośniej niż kibice podczas meczu. Jest też na tyle mały, że można spokojnie pieszo przejść Madryt wzdłuż i wszerz, uzupełniając siły co jakiś czas dobrym winem i krewetkami. Co najbardziej mi zapadło w pamięć, jakie miejsca sprawiły, że tam wrócę (już trzeci raz)?

PRADA A TOPE

Taki wygląd i wystrój wnętrza w Polsce sugerowałby, że dostanę tu tradycyjną kuchnię polską w najbardziej klasycznej możliwej odsłonie, czyli mielony z buraczkami na ciepło(lub ewentualnie pani kucharka krzyknie na pół sali „schabowy z ziemniakami proszę”). W Madrycie jednak kwestia estetyczna miejsca nie ma znaczenia. Nauczyłam się, że może być wręcz odwrotnie. Wołowina taco, delikatnie czerwona w środku, miękka, soczysta, rozpływająca się w ustach… Do tego warzywa, które teoretycznie były tylko grillowane i delikatnie przyprawione, a jednak czegoś takiego jeszcze nie jadłam. Nie wiem co to za tajemny przepis, ale były tak pyszne, że uważam, że receptura powinna być bardziej strzeżona, niż tajny składnik coca coli. Po tej uczcie kucharz nie zwolnił tempa i poziomu serwowanych perełek. Nie. Postanowił się upewni
, że każdy zapamięta to miejsce dokładnie, dlatego też deser, który nie miał jakiejś skomplikowanej nazwy, tylko po prostu – krem cytrynowy z dodatkiem orzechowej kruszonki, sprawił, że podczas drugiej wizyty w Madrycie po wyjściu z samolotu było to pierwsze miejsce do jakiego się udałam.

Zrzut ekranu 2016-04-01 o 13.32.31

50 SHADES OF TAPAS

Prawdopodobnie będzie ich znacznie więcej. Ale sama „instytucja” tapasów bardzo przypadła mi do gustu. Możliwość spróbowania wielu smaków w mniejszych wersjach zaspokoiła mój głód na poznawanie nowych smaków i zaspokoiła sam apetyt. Oczywiście warto wejść do wielu ,,tapasowni”. Przetestowałam ich całkiem sporo, traktowałam je jak kamienie milowe – każdy pokonany odcinek trzeba było uwieńczyć dobrym tapasem. Są jednak takie, do których powracałam i zdecydowanie powrócę.

Taberna Malaspina

Są tu klasyczne dania, ale ja akurat postawiłam …… znów na tapasy! Wybór jedzenia (jeśli nie znamy hiszpańskiego) jest jak gra w totolotka z tą różnicą, że każda decyzja jest tutaj wygrana. Wybór wina pozostawiłam barmance, czego zdecydowanie nie pożałowałam. W zestawie, który zamówiłam, dostałam najpierw pierwsze małe-co-nieco, czyli hiszpańską, delikatnie pikantną pokrojoną kiełbaskę. Dla równowagi smaków przeszłam następnie do deseru – flanu z jajek, który w smaku był czymś pomiędzy deserem, ale nie aż tak słodkim przerywnikiem w kolejnych „mini-daniach”. Oprócz tego, to w tym miejscu spróbowałam pierwszy raz kolejnej madryckiej specjalności – krokiecików. Ja skosztowałam te w wersji z szynką. Są to smażone w bułce tartej zazwyczaj „pozostałości” w lodówce połączone sosem beszamelowym, serem i odrobiną ziemniaków. Jak zrobić coś z niczego? Wszystko tkwi w dodatkach. Wersja klasyczna i podstawowa jest z szynką, ale inne warianty już zależą od kreatywności kucharza.

Zrzut ekranu 2016-04-01 o 13.36.33

Mercado de San Miguel

A propos kreatywności kucharza… Na ten targ należy zarezerwować sobie cały wieczór, ponieważ ilość rzeczy, które trzeba (powinno nie jest adekwatnym określeniem – trzeba!) tam spróbować wymaga sporo czasu. Tutaj spróbowałam właśnie „croquettes” w wersji z ośmiornicą, szynką, serem, a także innymi rzeczami, których nazw nie zrozumiałam, ale kto by się tym przejmował skoro smakuje obłędnie. Oprócz tego znajdziemy tu wiele wersji podania ośmiornicy.Mi najbardziej przypadło w wersji carpaccio w oliwie, delikatnie oprószone papryką. Dla koneserów znajdą się tu także takie rzeczy jak ostrygi, ale w znacznie niższej cenie niż w restauracji, a także wiele odmian krewetek, które są tak świeże, że nie wymagają specjalnych dodatków czy też sposobów podawania. Jedząc te pyszności i pijąc wino w szklance mój żołądek był równie szczęśliwy, jak w restauracji z gwiazdkami Michelina. Podobnie jak na targu w Barcelonie znajdziemy tutaj także egzotyczne owoce, świeżo wyciskane soki, a także coś słodkiego.

Zrzut ekranu 2016-04-01 o 13.37.20

Mercado de la Reina

Jedno z moich ulubionych miejsc, wielokrotnie przetestowane. Ośmiornica na ciepło, wszelkie kanapeczki z krewetkami, szparagami, serami, omlet hiszpański, croquettes… Z czystym sercem i pełnym żołądkiem mogę stwierdzi
, że każdą pozycję w menu można zamawiać „w ciemno”. To miejsca zapamiętałam także przez pryzmat jednej z najlepszych sangrii jakie próbowałam.

Zrzut ekranu 2016-04-01 o 13.41.08

MAMA FRAMBOISE

Czyli malinowa mama. Spotykają się tu zarówno mieszkańcy, jak i jest to obiekt poszukiwań turystów. Na miejsce zazwyczaj trzeba poczekać w kolejce. Za sprawą wystroju, tarteletek, kawy i innych pyszności i ja odczekałam swoje w kolejce. Czy było warto? Dla gorącej, gęstej czekolady, tarteletki z kremem pistacjowym i malinami oraz idealnego cappuccino? Chyba tak… Chyba było warto. Dla upewnienia się jednak co do słuszności mojej decyzji spróbowałam jeszcze tarty cytrynowej z bezą. Puste talerze i okruszki na buzi chyba wszystkich klientów to najlepsza rekomendacja tego miejsca. Nawet już nie wspominając o wystroju tego wnętrza. Smakowicie wyeksponowane słodkości przy ladzie, przytulna atmosfera, ciepłe kolory i drewniane stoły sprawiają, że człowiek ma tam ochotę siedzieć godzinami.

Zrzut ekranu 2016-04-01 o 13.43.20

HARINA

Wizualnie Harina odbiega od innych kulinarnych miejsc Madrytu. Wnętrze jest urządzone w dobrze dopracowanym industrialnym stylu, głównie w białym kolorze. Co dobrego tu można zjeść? Przede wszystkim śniadania! Croissanty na słodko i słono, bagietki z wołowiną czy też hiszpańską szynką, a uwieńczeniem najważniejszego posiłku dnia może być jedno z ciast Hariny- od pysznego strudla po czekoladowe małe dzieła sztuki, nie ma ryzyka złego wyboru.

Zrzut ekranu 2016-04-01 o 13.45.08

Luiza Bombon

To miejsce znalazłam przez social media na profilach samych mieszkańców Madrytu. Restauracja jest trochę na uboczu, a samo wnętrze jest eleganckie. W weekend lepiej wcześniej zarezerwować tu stolik. Już po wcześniejszych przygotowaniach byłam bogatsza o wiedzę, że warto tu zamówić mięsną potrawę. Jednak mało skorzystałam z tej rady. Nie odnajdziecie tu klasycznych hiszpańskich smaków, za to sajgonki z kaczki z sosem hoisin są znakomite. Idąc dalej w azjatyckie regiony – tuńczyk w japońskim stylu to zdecydowanie strzał w dziesiątkę, a puree z selera podawane do łososia to „niebo w buzi”. Mimo tego, że angielski kelnera nie był na takim poziomie jak same dania, ale mimiką i ogromnym uśmiechem, mocno, ale to mocno zasugerował, że koniecznie muszę spróbować ciasta czekoladowego. Jako, że prawie nigdy nie odmawiam deserowi, tym razem nie zrobiłam wyjątku. Była to bardzo dobra decyzja, ale warto też wspomnieć o proponowanych tam drinkach, które również mogą posłużyć jako deser. Barman zadba o to, by pasowały one do naszych preferencji i kubków smakowych.

Zrzut ekranu 2016-04-01 o 13.45.33

Mój pierwszy wyjazd do Madrytu to była przystawka.. Druga to był dobry tapas, dzięki któremu w małej dawce można poznać coś nowego. Z niecierpliwością czekam jednak na danie główne. I deser, bo deseru się po prostu nie odmawia.

Adriana Cybulska

Zdjecia: Adrianna Cybulska

Komentarze