M.I.A. – Buntowniczka z wyboru [wywiad]

M.I.A. - Buntowniczka z wyboru [wywiad]
Pochodząca ze Sri Lanki brytyjska wokalistka, autorka piosenek, kompozytorka, producentka, projektantka ubrań, aktywistka. W równej mierze znana ze swojej twórczości i takich hitów jak „Paper Plans”, „Bad Girls” czy „Borders”, co kontrowersji, które co jakiś czas wywołuje. Ameryka stanęła na głowie, gdy podczas występu na Super Bowl pokazała do kamer środkowy palec. Znana pod swoim artystycznym pseudo M.I.A. stała się bohaterką wyjątkowego dokumentu, który zobaczyć można podczas festiwalu Millenium Doc Against Gravity (Warszawa, 11-20 maja), gdzie sama zresztą przyjedzie. Na wywiad podczas Berlinale nieco się spóźniła, wprost tłumacząc się potężnym kacem po premierze. Poprosiła o szklankę wody i na początek dodała: „Prawdopodobnie będę teraz dość emocjonalna”.

Z Mathangi Arulpragasam, czyli M.I.A. rozmawia Kuba Armata

Jak się poczułaś, kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś dokument „Matangi/Maya/M.I.A.” zrealizowany przez twojego szkolnego przyjaciela Stephena Loveridge’a?

Niewiele kojarzę z tego pierwszego razu, chyba wówczas jeszcze tego do siebie nie przyjmowałam. Pamiętam natomiast, że wkurzyłam się trochę i nie do końca mi się podobało (śmiech). Zresztą skupiałam się wtedy na zupełnie innych rzeczach. Byłam pod wrażeniem, że oglądamy film w Ameryce i nikt nie czeka na mnie przed kinem, żeby mnie aresztować i umieścić w więzieniu. Jak wiesz, moje relacje z tym krajem raczej do łatwych nie należą. Nie chodziło zatem wtedy o sam film, a o mnie. Czułam, że gdyby Stephen zrobił godzinny dokument o tym, jak robię zakupy w centrum handlowym, też wywołałby to tam kontrowersje. Natomiast po drugim pokazie, na festiwalu w Berlinie, byłam mocno zapłakana. To było naprawdę ciężkie przeżycie.

Trudno się dziwić, w końcu na sali była część twojej rodziny.

Właśnie dlatego się upiłam. Nie miałam wcześniej w tym roku alkoholu w ustach, a wczoraj piłam, paliłam i oto jestem (śmiech).

Myślisz, że ten film może zmienić recepcję twojej osoby, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych?

Szczerze mówiąc, nie jestem tego pewna. Stephen wyraża raczej co do tego większe nadzieje niż ja. Ta historia nie była łatwa do oglądania zarówno dla mnie, jak i dla mojej rodziny. Poczułam jednak, że muszę to zrobić dla wyższych celów. Dlatego nie zakładam, że kiedy ktoś, idąc na seans, nie lubił M.I.A., po oglądnięciu filmu wyjdzie z kina i nagle stwierdzi, że kompletnie zmienia swoje nastawienie. Bardziej liczę na to, że otworzy się na pewne sprawy, trochę o nich pomyśli – i wcale nie musi to dotyczyć mojej osoby. Będąc w Stanach Zjednoczonych, przekonałam się, że są bardzo precyzyjne reguły określające, jak być tam aktywistą. A ja wolę eksplorować, często jadę po bandzie i te granice testuję. W publicznej recepcji nie zawsze wychodzi mi to na dobre. To pewnie wynika z jakichś różnic kulturowych, tego, jak się pojmuje niektóre sprawy. Mój kod kulturowy zawiera aż trzy kontynenty. Urodziłam się na Sri Lance, później żyłam w Anglii, a następnie w Stanach. Tymczasem amerykańscy muzycy czy celebryci często mają korzenie związane tylko z tym jednym miejscem. Moje zachowanie, gesty, słowa nie wynikają z kunktatorstwa i nie robię tego dla rozgłosu, reklamy. Po prostu niektóre rzeczy rozumiem zupełnie inaczej niż inni, po swojemu.

Wielu ludzi cię w tym wspiera?

Są w moim życiu ludzie, którzy mi na różnych etapach wiele pomogli i jestem im za to bardzo wdzięczna. Nie oceniali mnie na podstawie rasy, płci, przekonań. Interesowały ich zupełnie inne rzeczy i to zazwyczaj odbywało się dość spontanicznie. Nie był dla nich ważny mój kolor skóry. Po prostu nie podchodzili do tego tak, że na przykład gdybym była Meksykanką, wtedy musielibyśmy rozmawiać o tacos.

Film składa się w dużej mierze z osobistych materiałów, które zresztą od lat sama nagrywałaś. W jednym z nich powiedziałaś, że jesteś zainteresowana dokumentem, ale mam wrażenie, że potem poszło to w stronę pamiętnika, rozmowy z samą sobą.

Kiedy byłam na Sri Lance, czułam, że muszę wyjaśnić pewne rzeczy, bo nie wszyscy wiedzą, o co chodzi. To było dla mnie ważne doświadczenie. Wcześniej z racji tego, że miałam dostęp do kamery, filmowałam moją rodzinę, ponieważ chciałam odkryć, jak mogę rozwiązać pewne problemy z nimi związane. Przez dłuższy czas w Anglii nie było z nami mojego taty, brat z kolei wpadł w kłopoty, kiedy miał szesnaście lat. Za pomocą kamery chciałam mu uświadomić, jak się zachowuje, i pomóc w tym, żeby sam siebie zrozumiał. Starałam się, żeby kamera coś zmieniła w naszym życiu, miała wpływ na to, co się dzieje wokół mnie. Traktowałam to trochę jako formę terapii dla siebie i moich bliskich. Nie zdawałam sobie sprawy, że te materiały znajdą się finalnie w dokumencie Stephena. Początkowo myślałam, że bardziej skupi się on na samym procesie artystycznej kreacji.

Wiele dowiedziałaś się o sobie z „Matangi/Maya/M.I.A.”?

Tak… (dłuższa chwila zamyślenia). Tak (śmiech).

A czego konkretnie?

To naprawdę trudne pytanie. W zasadzie cały czas się nad tym zastanawiam. To taki proces, który podejrzewam, że chwilę potrwa. Wiele na pewno dowiedziałam się o naszej przyjaźni ze Stephenem, a znamy się jeszcze z czasów szkoły. Wiedziałam, że to mądry gość, ale nie podejrzewałam, że do takiego stopnia (śmiech). Pierwszą rzeczą, jaka przyszła mi do głowy, było to, że jest to na pewno nie taki film, jaki sama bym zrobiła. Pamiętam, że przekazując Stephenowi nagrywane przeze mnie materiały, dałam mu listę podpowiedzi. Przebrnięcie przez to wszystko nie było łatwe. W 2013 roku dostałam od niego wycięty 10-minutowy fragment. Gdy to zobaczyłam, byłam chora, wymiotowałam przez cztery dni, miałam gorączkę, depresję i ogólnie wszystko co najgorsze. To było okropne. Pomyślałam wtedy, że nigdy nie zrobimy tego filmu (śmiech).

Zwłaszcza że sama masz konkretne wizje swoich teledysków, które robią duże wrażenie, ale jednocześnie wywołują wiele kontrowersji. Myślę przede wszystkim o „Born Free”, który w związku z eksponowaną tam przemocą usunięty został z YouTube’a.

To naprawdę dziwne, co się wtedy stało, zwłaszcza że teledysk był mocno związany z piosenką. Wydaje mi się, że wynikało to z tego, że miałam wtedy trudny moment w Ameryce. Poza tym „Born Free” wylądował dokładnie w tej samej szufladce „pop music video” co na przykład Lady Gaga. Między tymi utworami można było przejść za sprawą dwóch kliknięć. Teledyski to dla mnie ważna forma artystycznej ekspresji. Będąc w szkole artystycznej, szaleliśmy na ich punkcie ze Stevenem. Zwłaszcza inspirowały nas te z lat 90. Chcieliśmy robić takie wideoklipy, tyle że nikt nie dał nam pracy. Umówmy się, że dziewczyna ze Sri Lanki i gej to nie było najlepsze połączenie. Stephen żartował, że muszę zostać piosenkarką, żeby mieć nad tym jakąś kontrolę. I popatrz, tak się właśnie stało (śmiech).

Wspomniałaś o trudnym momencie w Stanach Zjednoczonych, który związany był z Super Bowl, absolutną sportową świętością dla Amerykanów. Podczas gdy ty, występując u boku Madonny, pokazałaś wszystkim środkowy palec. W efekcie czego wybuchł ogromny skandal. Żałujesz?

Nigdy niczego nie żałuję. Choć nie ukrywam, że z Madonną nie mam dzisiaj żadnego kontaktu (śmiech). Moi znajomi powiedzieli mi, że Super Bowl to było takie prestiżowe, spektakularne wesele. A ja tam po prostu weszłam i je zepsułam. I tyle.

Jak twój polityczny aktywizm współgrał z postępującą sławą i coraz większymi pieniędzmi? Mam wrażenie, że ludzie często krytykowali cię za styl życia i przez to nie traktowali poważnie.

O to cały czas toczy się walka. Przecież na dobrą sprawę nie zrobiłam nic złego, nie zraniłam nikogo, do nikogo nie strzelałam, a po prostu niejednokrotnie miałam odwagę głośno wypowiedzieć pewne rzeczy. I potem za to solidnie mi się obrywało. Nie szłam po trupach do celu, moje życie nie było podporządkowane temu, żeby zostać milionerką. A tak mnie właśnie w pewnym momencie odbierano. To mi się nie podobało w tym, jak funkcjonował przemysł muzyczny.  Starałam się być normalna, mieć zwyczajny związek i dziecko. A wszyscy dookoła mówili: „Co ty, kurwa, robisz? Dlaczego jesteś w Beverly Hills?”. Rok później, po wspomnianym incydencie, dostałam kopa i znalazłam się poza całym systemem. Nagle usłyszałam, że jestem beznadziejną artystką, nikt mnie nie lubi. Tam w ogóle jest takie postrzeganie, że jeśli nikt nie ogląda twoich wideoklipów i nie masz swojego szamponu do włosów, to znaczy, że nawaliłaś jako osoba. Ten system nigdy mnie nie zadowolił, ale ja też nie zadowoliłam jego. Bo nagle okazuje się, że sukces i zaangażowanie w ważniejsze sprawy to sprzeczności. Choć mam wrażenie, że dzisiaj aktywizm stał się po prostu modny.

Rozmawiał Kuba Armata

Komentarze