Recenzja „Linii kodu kreskowego” K. Tóth

Najpiękniejsze a jednocześnie najbardziej roztropne 10 zdań o prozie Krisztiny Tóth wyszło spod pióra Weroniki Murek

Ze skrawka strony wrześniowych „Książek” (w sieci tekst dostępny na stronach Gazety Wyborczej), na którym wydrukowano tę krótką recenzję, możemy się dowiedzieć, że Tóth nie przysiada się do banału, nie korzysta z obtłuczonych rekwizytów. Jest precyzyjna, lakoniczna i oszczędna w słowach – pisze autorka „Uprawy roślin południowych metodą Miczurina” – ale szczodra wobec szczegółu; potrafi jednym gestem oporządzić rzeczywistość, postawić świat i stworzyć jego mieszkańców za pomocą zaskakującego porównania czy subtelnej uwagi. Każdemu jego słowo, wszystkiemu jego czas i miejsce.

Każdemu jego słowo i ani słowa o Węgrach Kádára, gulaszowym komunizmie, szkolnych mundurkach w kolorze indygo oraz kodach kreskowych. I bardzo dobrze, bo wszystkie te elementy doświadczenia łączące rzekomo mieszkańców Europy Środkowej, które w oczach krytyki trwożliwie wzięła pod swoje skrzydełka książka Tóth, są tylko obtłuczonym rekwizytem. Świat „Linii kodu kreskowego” jest tymczasem tak mocny i trwały (epitety Murek), że przypiekanie go w rondelku kadaryzmu, charakterystyczne dla wielu wypowiedzi na temat książki, czyni go niestrawnym. Mdłym jak gulyás bez papryki.

1 of 4

Komentarze