Kobiecy orgazm – diametralnie różny od męskiego?

Kiedyś wszystko wydawało się takie proste. Uważano, że orgazm kobiecy można osiągnąć według prostego schematu, identycznego jak w przypadku mężczyzny.

Najpierw pieszczoty wzmagające podniecenie, potem plateau, czyli przyśpieszony oddech, mocne bicie serca i napięcie mięśni sygnalizujące nadchodzącą rozkosz, wreszcie intensywny orgazm i odprężenie. Mężczyznom wydawało się, że kobiety przeżywają kolejne etapy stosunku tak samo, jak oni, natomiast kobiety próbowały jakoś zmieścić się w tym schemacie, zazwyczaj głośno sygnalizując przejście z jednej fazy w drugą, by dać partnerowi satysfakcję. Tylko… po co? W świetle najnowszych badań okazuje się, że było to zupełnie niepotrzebne, bo kobieta przeżywa orgazm  inaczej niż jej partner. A zrozumienie tego procesu z pewnością może poziom doznawanych przyjemności znacznie podnieść.

Przyczyny nieporozumień

Podstawowym problemem w badaniach nad kobiecą seksualnością jest ich niemal całkowity brak przed przełomem XIX i XX wieku, a ich pojawienie się wraz z teoriami Freuda od razu wiązało się z całą serią nieporozumień. Co prawda już w latach 20. Wilhelm Reich łączył kobiecy orgazm z funkcjami seksualnymi, a w połowie wieku XX Alfred Kinsey gruntownie zgłębiał tajemnice kobiecej seksualności, jednak w powszechnej świadomości utrwaliły się stereotypy głoszące, że orgazm męski i kobiecy przebiega podobnie, a łechtaczka jest takim miniaturowym fallusem, z punktu widzenia biologa-ewolucjonisty zupełnie niepotrzebnym, bo nie służącym prokreacji.

W latach 60. ostatecznie wykrystalizował się model orgazmu Masters-Johnson (pamiętacie Masters of Sex ;)), który opiera się na czterech fazach: podniecenie, plateau, orgazm, odprężenie. Z dzisiejszego punktu widzenia – znacznie zbyt uproszczony i zakładający, że kobiety i mężczyźni przeżywają orgazm mniej więcej podobnie. Trzeba jednak dwójce badaczy oddać honor: dokonali przełomu, bo oparli swoje badania nie na spekulacjach, lecz na metodzie naukowej (obserwowali mniej więcej 11 tysięcy orgazmów) i sprawili, że seks przestał być tematem tabu. Z drugiej jednak strony dziś stan naszej wiedzy na temat kobiecego szczytowania znacznie się zmienił, możemy zatem dowiedzieć się o nim znacznie więcej.

Najnowsze doniesienia na temat orgazmu

Model Masters-Johnson był szeroko dyskutowany i poszerzany już wcześniej, np. Helen Kaplan dodała do niego jeszcze jeden, z dzisiejszego punktu widzenia kluczowy element – pożądanie. Jednak dopiero po 2000 roku (!) powstała teoria, która czterofazowy model orgazmu całkowicie obaliła. Mowa tu o pracy Rosemary Basson, która stanowczo podważyła twierdzenie, że orgazm jest naturalnym następstwem kolejnych faz stosunku. Na czym zatem jego natura polega?

Rosemary Basson w miejsce linearnego modelu kobiecego orgazmu, który miał być logicznym następstwem poprzedzających go faz, wprowadza model cykliczny. W jej ujęciu plateau wcale nie musi prowadzić do orgazmu, który może pojawić się w zupełnie innej fazie stosunku, a nawet w ogóle nie musi się pojawić – i wcale nie będzie to oznaczać niezadowolenia kobiety z seksu. Bo według badaczki poziom zadowolenia z życia erotycznego zależy przede wszystkim od dwóch podstawowych czynników: bliskości emocjonalnej pomiędzy parterami oraz satysfakcji ze związku. Oczywiście, seks może być satysfakcjonujący także dla partnerów, którzy są dopiero w początkowej fazie znajomości. Tu o poziomie osiąganej przyjemności decyduje ich kompatybilność.

Oznacza to przede wszystkim, że orgazm nie jest najważniejszym wyznacznikiem udanego seksu. Kobieta może być zadowolona ze stosunku nawet wtedy, gdy do orgazmu nie dojdzie. Z drugiej strony, można się go spodziewać także w tych fazach stosunku, w których nie jest to umotywowane następstwem kolejnych faz. Wystarczy zmienić punkt widzenia – zamiast dążyć do orgazmu za wszelką cenę, lepiej cieszyć się wszystkimi doznaniami, jakie seks ze sobą niesie. A wtedy istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdy już orgazm nastąpi, będzie naprawdę wyjątkowy.

Czułe miejsca

Skoro wiemy już, że występowanie orgazmu wcale nie musi być warunkiem koniecznym każdego stosunku, lepiej skupić się na tym, co zagwarantuje nam najwięcej przyjemności. Nie przypadkiem dalekowschodnie szkoły sztuki kochania mówią o korzyściach płynących z koncentracji na ciele własnym i partnera, wadze kontaktu wzrokowego oraz otwieraniu się na doznania zmysłowe płynące z dotyku, węchu i smaku. Nie zaszkodzi też poszukać najwrażliwszych w naszym ciele miejsc. I nie chodzi tylko o legendarny (choć rzeczywiście istniejący) punkt G. Takich punktów jest więcej.

Punkt G to lekko chropowate wybrzuszenie na przedniej ścianie pochwy, natomiast głębiej za nim znajduje się strefa AFE, której stymulacja podczas głębokiej penetracji może doprowadzić do intensywnej kobiecej ejakulacji. Zresztą, oba te miejsca odpowiednio pieszczone mogą być źródłem kobiecego wytrysku. Występuje on również wtedy, gdy pochwa staje się wilgotna wskutek podniecenia. Czy nie lepiej celebrować te momenty, zamiast dążyć do realizowania nudnego podręcznikowego schematu? 

Z najnowszych doniesień na temat natury kobiecego orgazmu płynie jeszcze jeden, wcale nie taki oczywisty wniosek. Skoro właśnie okazało się, że wcześniejsze teorie poświęcone kobiecemu orgazmowi można z powodzeniem obalić, to na pewno nie wiemy jeszcze o nim wszystkiego. Może to być zachętą do eksperymentów, uważnego śledzenia swojego ciała i zwrócenia uwagi na to, co wcześniej nam umykało – na przykład na wzrost intensywności orgazmów doznawanych przez kobietę wraz umacnianiem się związku.

Nie czekajmy na badania seksuologów, tylko zgłębiajmy zagadnienie we własnym łóżku – na pewno dostarczy nam to sporo przyjemności!

Weronika Holeniewska, Sklep Intymny

 

Komentarze