Kilka zdań o fotogeniczności [ Michał Massa Mąsior]

„Fotogeniczność” zastanawia mnie od samego początku mojej przygody z fotografią. Co to jest? Czy taka cecha faktycznie istnieje? Co oznacza, kiedy ktoś mówi, że jest niefotogeniczny? A może prawdziwe jest powiedzenie „Nie ma ludzi niefotogenicznych, są tylko źle sfotografowani”? Czy rzeczywiście trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona, czyli kiedy myślę o swoich zdjęciach, to zawsze mam jakieś „ale”, a oglądając sportretowanych znajomych, zazdroszczę im ich wyglądu?

Fotografia jest sztuką i trudno udzielić tu jednoznacznych odpowiedzi, bo i problem wydaje się być złożony. Przecież wiele razy zrobiłem komuś zdjęcie, na którym w mojej opinii wyglądał świetnie, a reakcja samego zainteresowanego nie była aż tak entuzjastyczna… Sam borykam się z problemem pełnej samoakceptacji. Często nie podobam się sobie na zdjęciu i chyba zwykle wybieram portrety, które zrobiłem sobie sam, kontrolując cały proces od początku do końca.  Podobnie jak nie jestem w stanie znieść własnego głosu odtworzonego z nagrania. Przychodzi jednak dzień, w którym trzeba sobie powiedzieć jasno – przecież tak właśnie wyglądam, a mój głos brzmi inaczej, niż go słyszę zazwyczaj.

Myślę, że zasadniczym elementem, który wpływa na ocenę własnej fotogeniczności jest zaakceptowanie swojego wyglądu. Stworzenie z niego waloru. Aktorzy, modele, modelki, ludzie telewizji ćwiczą przed lustrem i kamerą. Tworzą siebie na potrzeby zdjęć. To bardzo zauważalne, kiedy fotografuję osoby znane. Mam wtedy do czynienia z ich pełną świadomością ciała. Wiedzą, kiedy wyglądają dobrze, a co im nie pasuje. Starają się wystrzegać póz mniej atrakcyjnych lub przeciwnie – z „brzydoty” tworzą walor. Wygląd celebrytów to część wykonywanego przez nich zawodu, ale warto też otworzyć umysł nas – zwykłych śmiertelników. Spróbować popatrzeć na siebie inaczej niż na dziubek sfotografowany z lekko uniesionej do góry ręki.

Często odrzucone przez nas zdjęcie może być odbierane przez innych bardzo pozytywnie.

„Wyczyść mi zmarszczki w photoshopie”, to słyszy każdy fotograf. Ale przecież to te zmarszczki często są atutem. Dzięki nim widać charakter, usposobienie, uczucia. Nie bardzo umiem zrozumieć kobiety nadmiernie wygładzające swoją twarz. Jeszcze bardziej nie rozumiem napompowanych poza granice rozsądku ust. To nie podnosi atrakcyjności. Żywy człowiek jest interesujący, nie człowiek – lalka. W pamięci pozostają nam ludzie charakterystyczni, a nie „podobni z twarzy zupełnie do nikogo”.

Oczywiście, każdy z nas ma w towarzystwie kogoś, kto jakkolwiek idiotycznie by się do zdjęcia nie ustawił lub z jak dziwnego kąta nie zostałby zaskoczony przez aparat, zawsze wygląda świetnie. Pamiętajcie jednak, że prawie każdy selekcjonuje swoje zdjęcia, a to, co potem jest dostępne na Facebookach i Instagramach tych fotogenicznych znajomych, to po prostu wybór najlepszych kadrów. Trzeba jednak przyznać, że jest grupa ludzi, których obiektyw rzeczywiście „lubi”. Światło na ich twarzach układa się korzystnie, uwydatnia się to, co trzeba, a chowają się niedoskonałości. I nie trzeba do tego zabiegów retuszerskich. Osoby takie przed obiektywem czują się swobodnie, nie krępuje ich sytuacja zbliżającego się przed nos aparatu fotograficznego, pozostają luźni i nie opuszcza ich codzienna, pozytywna aura. Taki wrodzony talent.

Atut można jednak zrobić nawet z pozornej brzydoty. Uważasz, że jesteś brzydalem?

To pewnie tylko Twoja opinia lub jesteś posiadaczem mniej przystającej do aktualnie lansowanych trendów urody. Wystarczy popatrzeć na kino sprzed dwóch, trzech, pięciu, siedmiu dekad. Każdy okres miał różne typy urody. Zaletą naszych czasów jest, że modne może być wszystko. Pozornie mało interesujący ludzie mogą uchodzić za bardzo atrakcyjnych. Wystarczy odrobina pewności siebie i wyzbycie się kompleksów. Zobaczcie portrety Bruce’a Gildena. Prześledźcie zdjęcia Martina Parra, Diane Arbus czy choćby słynących ze zdjęć pięknych ludzi – Petera Lindbergha lub Helmuta Newtona. Wszyscy oni szukają lub szukali w ludziach czegoś ponad klasycznie akceptowalnym pięknem.

Jedni są bardziej fotogeniczni, inni mniej. Myślę jednak, że problem nie leży w wyglądzie ludzi, a bardziej w ich samoakceptacji, która przekłada się na to, jak wypadają na zdjęciu. Jako fotograf, wyspecjalizowałem się w robieniu zdjęć ludziom. Z jednymi pracuje się łatwiej, inni wymagają większej ilości czasu, by poczuć się swobodnie i atrakcyjnie przed obiektywem. Najtrudniej pracuje się z ludźmi, którzy budują mur i nie chcą współpracować z fotografem. To zawsze mnie dziwi, bo z jednej strony człowiek taki decyduje się na wykonanie zdjęć, z drugiej wcale nie dąży do sukcesu fotograficznego.

Richard Avedon, zanim przystępował do pracy, spędzał długie godziny na rozmowach i przełamaniu barier psychicznych u swoich modeli. Stara polska szkoła portretu mówiła, że zanim włożysz film do aparatu, trzeba przyzwyczaić fotografowanego do nowej sytuacji. Z mojego doświadczenia także wynika, że sposoby te przynoszą świetne rezultaty. Warunkiem efektu końcowego na zdjęciu nie jest więc fotogeniczność, ale czysta chęć zaprezentowania się z jak najlepszej strony i wyzbycie uprzedzeń do samego siebie. Tylko tyle albo aż tyle.

 

 Michał Massa Mąsior

madmassa.blogspot.com

Komentarze