Katarzyna Dworecka i kolekcja do przytulania [wywiad]

Katarzyna Dworecka i kolekcja do przytulania [wywiad]
Jej kolekcja „Sunny Side Up” była jednym z odkryć Cracow Fashion Awards – konkursu dyplomów Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru. Przez cały Cracow Fashion Week rozmawiano o wymyślonych przez nią poduszkowych ubraniach, kolorowych kaloszach i szalonych wzorach, które zdobią tkaninę. Wygrana w konkursie to jej pierwszy krok w stronę świata mody, w którym chciałaby mówić optymistycznym, pełnym energii językiem.
Z Katarzyną Dworecką rozmawia Rafał Stanowski

 

„Sunny Side Up” to symboliczny powrót w czasy dzieciństwa, które było pierwszoplanową inspiracją w czasie tworzenia tej kolekcji. Dlaczego postanowiłaś odbyć ten powrót do przeszłości?

Myśląc nad koncepcją kolekcji dyplomowej od razu zakładałam, że to będzie coś optymistycznego, kolorowego, bardzo energetycznego. Chciałam przekazać ludziom radość, którą czułam w dzieciństwie. To był dla mnie bardzo szczęśliwy czas, w którym oglądałam wiele bajek, czytałam mnóstwo książek, to wszystko wywarło na mnie wielki wpływ.

 

Twoja ulubiona bajka?

Mama często czytała mi baśnie Andersena i braci Grimm.

To akurat niezbyt radosna proza…

(śmiech) Niektórych bardzo się bałam. Wywarły mocny wpływ na to, kim jestem, ukształtowały moją wyobraźnię. Drugą ważną inspiracją były filmy, uwielbiam chodzić do kina, to moja wielka miłość. Myślę, że w tych ubraniach zakodowałam coś z Wesa Andersona czy Tima Burtona, a przede wszystkim z kolorowych kadrów Pedra Almodovara.

 

Żyjemy w czasach dość niepokojących, w których wyczuwalne jest społeczne napięcie. Czy ta optymistyczna kolekcja powstała trochę w kontrze do tych wszystkich złych wiadomości, które zalewają nas z lewej i prawej?

Tak, włożyłam w nią całą swoją pozytywną energię. W naszych czasach nie potrzebujemy więcej się smucić, trzeba pokazać, że jest nadzieja na lepszą przyszłość. Choć uprzedzę pytanie, nie jestem kimś, kto przez cały czas emanuje pozytywną energią, też miewam chwile zwątpienia.

 

I ubrałaś się dzisiaj na czarno…

Czarny jest kolorem, który bardzo lubię, często zakładam ciemne rzeczy. Lubię w nich to, że są bezpieczne, człowiek może stać się trochę niewidzialny. Ale nie potrafię projektować czarnych ubrań. Wszystko, co wymyślam, jest zawsze wielobarwne.

Twoja kolekcja jest tego najlepszym przykładem, nie tylko jeśli chodzi o materiały, ale też wielobarwne wzory.

Chciałam, aby ten print naśladował dziecięce, bezmyślne bazgroły. To jest ciekawe, że jako dziecko często nie zastanawiamy się, czy to, co tworzymy, jest dobre, czy się komuś spodoba, po prostu to robimy. Wraz z okresem dorastania przychodzi strach przed tym, czy nasza praca zyska uznanie innych osób. Chciałam się wyzbyć tego lęku, który nas ogranicza i nie pozwala się twórczo otworzyć. Dlatego moje ubrania są zabawne, kolorowe, jakby bezmyślne. Print był pierwszy, dopiero gdy go zaprojektowałam, zajęłam się wyborem tkanin.

 

Tu również zaryzykowałaś, materiały zostały zmanipulowane metodą shibori, która pochodzi z Japonii i służy do tworzenia efektownych wzorów na tkaninach.

Początkowo zastanawiałam się nad użyciem folii bąbelkowej. Potem jednak postanowiłam iść dalej – stworzyć samemu tkaninę, która będzie przypominać folię. Inspirowałam się zajęciami z farbowania materiałów, które w SAPU prowadziła Anna Niemczyk. Zawijałam kapsle od butelek w tkaninę, potem ją gotowałam, dzięki czemu powstała faktura przypominająca bąble. Zrobiłam bardzo wiele prób, bo materiał mocno się kurczył.

 

A jak stworzyłaś te pięknie malowane kalosze?

Kalosze powstawały również metodą prób i błędów. Psikałam powierzchnię farbą na bazie żywicy, potem zanurzałam buty w wodzie, gdy je wyciągałam, farba rozlewała się po kaloszach, tworząc nieregularne wzory.

 

A skąd w ogóle pomysł z kaloszami?

Kojarzą mi się z dziecięcą radością. Gdy pada deszcz, dzieci biegają w nich, rozchlapując kałuże.

 

Uwagę zwracają też „poduszkowe”, nadmuchane elementy, które przypominają o tym, jak ważnym miejscem z dzieciństwa jest łóżko. Jesteś śpiochem?

Bardzo lubię spać, nie jestem w stanie funkcjonować, jeśli się dobrze nie wyśpię (śmiech). Chciałam, aby kolekcja sprawiała wrażenie miękkości, aby chciało się do niej przytulić jak do ukochanego misia z dzieciństwa.

 

Jak trafiłaś do SAPU, by uczyć się projektowania mody?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaczęłam od zupełnie innej dziedziny, najpierw studiowałam finanse. Moda zawsze była ważna w moim życiu, jej świat mnie przyciągał, choć długo bałam się do niego wejść, wydawał mi się nieprzystępny. Gdy skończyłam tamte studia, poczułam, że muszę coś zmienić, a jeśli tego nie zrobię, będzie za późno na podążenie za swoją pasją. Nie do końca jednak wierzyłam w swój talent projektanta, więc zapisałam się do Szkoły Visual Merchandisingu. To był punkt zwrotny, dzięki któremu wkręciłam się w świat mody, zostałam nawet głównym visual merchandiserem marki Bytom. Kiedy oświadczyłam, że to wszystko rzucam, by studiować projektowanie mody w SAPU, moi bliscy byli bardzo zaskoczeni. Na szczęście mama bardzo mnie wspierała.

 

Pewnie jesteś jeszcze w szoku po tym, co się wydarzyło – otrzymałaś nagrodę Rady Mediów, w której zasiadali dziennikarze piszący dla najważniejszych magazynów mody, Twoją kolekcję na Instagramie pokazała też Nawie Kuiper, dyrektor słynnego Fashionclash Festivalu. Powiedz, co dalej? Jak patrzysz na modę, bardziej jako projektant czy niedoszły finansista?

Zawsze myślałam o założeniu swojej marki, jej powstanie byłoby dla mnie wielkim sukcesem. Chciałbym się skupić na tkaninach, które sama uwielbiam, wybierać te naturalne, dobrej jakości. Marzę też o tym, by wszystko powstawało tutaj, w Polsce, by ubrania były tu projektowane, konstruowane i szyte.

 

Z drugiej strony polski klient może nie być do końca gotowy na Twoją dawkę optymizmu. Wystarczy spojrzeć na szarość naszej ulicy, która z nieśmiałością podchodzi do kolorów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trochę się tego obawiałam, ale moja kolekcja została tak dobrze przyjęta, co napawa mnie wiarą, że może coś się zmienia. Może ludzie będą coraz bardziej odważni w swoich wyborach dotyczących mody? Mam nadzieję, że za kilka lat nasza ulica będzie bardziej kolorowa. Moja marka ma być skierowana do młodych osób, a one są coraz bardziej otwarte.

 

Założyłaś już fanpage swojej marki Mindless, więc traktujesz to raczej poważnie?

Na razie zamierzam startować w konkursach, by pokazać moją kolekcję szerokiemu gronu osób związanych z modą. Dopiero zaczynam myśleć o produkcji i sprzedaży. Wiem, że to ogromne wyzwanie, do którego trzeba się przygotować. Wolę zrobić coś wolniej, ale lepiej. Nie chciałabym wypuścić do sprzedaży ubrań, które nie będą do końca odpowiadały temu, co czuję i co chcę powiedzieć. Chciałbym tworzyć tak jak Pat Guzik, która wkłada wiele serca w swoje projekty i to naprawdę się czuje.

 

Lubisz kupować rzeczy od polskich projektantów?

Oczywiście, teraz na przykład mam na sobie Nenukko. Lepiej kupić jedną, fajną rzecz od naszego projektanta niż kilka z sieciówki. Trzeba wspierać rozwój naszej mody.

 

Nie boisz się konfrontacji z rynkiem?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Staram się o tym nie myśleć, bo im więcej się analizuje, tym trudniej potem coś zrobić. Stąd nazwa Mindless, trochę na przekór mojej analitycznej naturze, która często włącza strach przed działaniem. Dlatego lepiej działać z naiwnością dziecka.

Rozmawiał Rafał Stanowski

Komentarze