Katarzyna Cerekwicka: Z uśmiechem i muzyką przez życie

fot. Iza Grzybowska
Jest jedną z najpopularniejszych polskich wokalistek ostatnich lat. Charyzmatyczna, utalentowana i pogodna – tak pokrótce można opisać naszą bohaterkę. Dlaczego warto zrobić sobie pięcioletnią przerwę od nagrywania płyt, co znajduje się „Między słowami”, za co lubi „Monty Pythona” oraz czy powinniśmy się śmiać nawet w najmniej radosnych chwilach naszego życia – o to wszystko zapytaliśmy Kasię Cerekwicką.
Kasiu, od pojawienia się Twojego ostatniego albumu minęło pięć lat. Skąd taka przerwa? Czy mogłabyś uchylić nam rąbka tajemnicy i zdradzić, co działo się u Ciebie przez cały ten okres?

Przez ten czas dużo koncertowałam. Poszukiwałam również inspiracji do stworzenia kolejnego albumu. Chciałam, by ta płyta brzmiała inaczej niż moje poprzednie krążki, dlatego też spotykałam się z różnymi producentami, eksperymentowałam z muzyką. Jestem osobą, która nie kalkuluje, nie stara się robić czegoś pod publikę i dopiero powrót do współpracy z Piotrem Siejką pozwolił mi stworzyć utwory, które w pełni odzwierciedlały moje uczucia. Dał mi też wolną rękę, jeśli chodzi o decydowanie o formie płyty, aranżacjach, a nawet miksach utworów. Poza tym, przez ostatnie lata uczyłam też w szkole wokalistyki, a oprócz tego rozpoczęłam studia psychologiczne.

Kiedy w 2006 roku mój tata po raz pierwszy usłyszał „Na Kolana”, powiedział do mnie: „Mamy wreszcie polską Mariah Carey!”. Którzy artyści są dla Ciebie największą inspiracją i co najbardziej urzekło Cię w ich twórczości?

Miałam ogromne szczęście, że wychowywałam się w czasach, kiedy rządziły wielkie głosy – Toni Braxton, Celine Dion, Whitney Houston czy właśnie Mariah Carey. Oprócz tego, fascynowałam się soulowymi brzmieniami, stąd moja ogromna sympatia do Arethy Franklin, Anity Baker, Elli Fitzgerald, a także jazzu z lat 50., 60. Choć trudno mi powiedzieć o takiej jednej idolce, to najbliższa memu sercu, ze względu na emocjonalność i szczerość, była i jest Mary J. Blige. To właśnie dzięki niej rozkochałam się w bardziej syntetycznych brzmieniach i r&b. Mam ogromną nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać na jej koncert.

26 maja miała miejsce premiera Twojego najmłodszego muzycznego dziecka, nad którym pracowałaś z wcześniej wspomnianym producentem, Piotrem Siejką oraz takimi muzykami jak Przemek Maciołek , Marek Buchowicz i Robert Luty. Czym krążek „Między słowami” różni się od Twoich poprzednich płyt? Jaka atmosfera panowała w studiu podczas waszych sesji nagraniowych?

Tak, to bardzo symboliczna data (śmiech). Można powiedzieć, że każda płyta to takie dziecko dla artysty, choć w przypadku powstawania albumu, to czasem trwa dłużej niż 9 miesięcy. Bardzo chciałam nagrać płytę z żywymi instrumentami. Dzięki moim wspaniałym kolegom, którzy wnieśli w pracę nad tym krążkiem dużo pozytywnej energii i ciepła, udało się stworzyć pełne życia dzieło, z którego jestem naprawdę zadowolona. Słuchając moich poprzednich płyt doszłam do wniosku, że w wielu piosenkach było sporo żalu, smutku. To była pewna forma buntu, spowodowana prawdopodobnie pośpiechem, jaki miał miejsce przy powstawaniu tych utworów, dlatego też postanowiłam sobie, że tym razem postaram się tworzyć w bardziej refleksyjny, przemyślany sposób. Tak sobie wymyśliłam, że głównym zadaniem tej płyty będzie danie słuchaczom nadziei, pozytywnych emocji i możliwości odpoczynku od problemów dnia codziennego. Myślę, że każdy może znaleźć tu cząstkę siebie i uważnie wsłuchując się w zawartość albumu, odnajdzie to, co ukryte jest „Między słowami”.

Słuchając tego albumu odnoszę wrażenie, że to bardzo dojrzałe dzieło. Dotychczas kojarzono Cię głównie z nurtem r&b, a tu mamy wycieczki w rejony popu rodem z lat 80., czego przykładem jest chociażby utwór „Głód” oraz bardziej funkowych brzmień (piosenki „Ideał”, „Niewyraźny”). Skąd taka różnorodność i spójność zarazem? Czy śledzisz to, co dzieje się na polskiej i światowej scenie, czy raczej pozostajesz w kręgu wyłącznie własnych pomysłów?

Tworząc tę płytę, nie szukaliśmy żadnych wzorców, chcieliśmy nagrać tym razem po prostu coś, co określam „szlachetnym popem”. Byłam już lekko znudzona brzmieniem r&b, z którym silnie mnie kojarzono, postanowiłam więc stworzyć krążek z dosyć oszczędnymi aranżami, mający w sobie dużo spokoju, równowagi. Słucham oczywiście tego, co się dzieje obecnie na rynku, ale skupiam się bardziej na rzeczach, których raczej nie prezentuje się w rozgłośniach radiowych. Jestem takim szperaczem, który wynajduje, przesłuchuje i kupuje sobie różne nowości muzyczne w internecie. Staram się jednak zachowywać swoją oryginalność i pomysły, nie czerpiąc zbytnio z twórczości innych, bo to byłoby już coś na kształt – mówiąc pół żartem, pół serio – papugowania.

Kilka lat temu przylgnęła do Ciebie zabawna łatka dziewczyny śpiewającej wyłącznie o smutnych aspektach relacji damsko-męskich. Stwierdzenie to podważają słowa, które padają w tekście piosenki „Puls”: „Ramię w ramię, ręka w ręka, w pojedynkę nie po drodze nam… Jeszcze nie wszystko stracone, dopóki serca w ten sam biją takt”. Czy postać mężczyzny w Twoich tekstach to alegoria Twoich emocji i doświadczeń?

Ta łatka silnej dziewczyny, walczącą z facetami przylgnęła do mnie przez piosenkę „Na kolana”. Nazywano mnie feministką, singielką, która wojuje z całym światem. W rzeczywistości jestem osobą, która ma zupełnie inną naturę. Jestem generalnie nieśmiała, nie rozpycham się łokciami, i mimo iż twardo stąpam po ziemi, to dużo we mnie wrażliwości i delikatności. Najbardziej zabawne w tym wszystkim jest to, że niewiele osób zrozumiało, że „Na kolana” było utworem skierowanym do mężczyzny, który zdradza swoją kobietę. Wcale nie chodziło o to, żeby rzucać każdego faceta np. za to, że nie wywiesił prania danego dnia (śmiech). Wbrew pozorom, już na poprzednich płytach śpiewałam o pozytywnych aspektach relacji damsko-męskich, np. w „Potrafię kochać” czy „Szukamy siebie”. Te stereotypy na mój temat wzięły się prawdopodobnie z faktu, iż niektóre osoby nie słuchały w całości moich płyt.

1 of 2

Komentarze