Kamil Czuba – facet z charakterem

Nie lubi rysować żurnali, nie zależy mu na tym, by ubierać celebrytów, a projektowaniem zajął się… przez przypadek. Z Kamilem Czubą, finalistą programu Projektanci Na Start rozmawiam o tym, co zyskał dzięki udziałowi w show, dlaczego zajął się modą męską oraz co jest potrzebne, by odnieść sukces w branży.

Zaczniemy dość banalnie: skąd wziął się pomysł, żeby projektować ciuchy?

Projektowaniem zająłem się jakieś dwa lata temu. Zaczęło się od uszycia ramoneski; z racji tego, że nie mogłem dobrać odpowiedniego rozmiaru – niestety jestem dość niewymiarowy (śmiech) – sam ją sobie zaprojektowałem i zleciłem jej uszycie mojej krawcowej. To był początek. Efekt tak bardzo spodobał się moim znajomym, że pojawiły się pierwsze zamówienia. Z czasem tych zamówień było coraz więcej – od rodziny, przyjaciół; teraz projektowanie stało się moją pracą, pomysłem na siebie.

Czyli droga od idei do realizacji była bardzo krótka – nie był to twój plan na życie?

Zgadza się, to była bardzo spontaniczna akcja. Właściwie to wszystko przez tę moją niewymiarowość.

Szczęście w nieszczęściu.

Dokładnie tak.

Ukończyłeś kurs na London College of Fashion; czy wedle twoich obserwacji jest duża przepaść między brytyjskim a polskim rynkiem mody? Łatwiej jest tam zaistnieć?

To był kurs związany z Visual Merchandisingiem, rok bodajże 2009. Tam tak naprawdę ujawniła się u mnie ta smykałka do mody. Ja generalnie uwielbiam Londyn, często tam jestem, bo to miasto szalenie mnie inspiruje w realizacji moich własnych projektów; podpatruję styl londyńskich ulic i wplatam czasem pewne jego elementy do swoich kolekcji. Zaistnieć tam z pewnością nie jest łatwo. Żeby choćby dostać się na uczelnię, trzeba być naprawdę dobrym. Ja na London College of Fashion skończyłem tylko kurs, tymczasem na studia myślę, że dostają się najwybitniejsi projektanci.

A zdawałeś?

Zdawałem na inną uczelnię – Middlesex University London, gdzie się dostałem, ale zdecydowałem się zostać w Polsce. I nie żałuję tej decyzji. Wprawdzie zawsze można się zastanawiać, jak potoczyłaby się moja kariera, gdybym wybrał studia zagranicą, czy bardziej bym rozwinął skrzydła…

Na tym polega sztuka wyborów.

No właśnie. Dokonałem wyboru i to tutaj się teraz realizuję.

Uważasz, że programy typu talent show faktycznie otwierają drzwi do kariery? Co dał ci udział w produkcji Projektanci Na Start, której byłeś finalistą?

To była mega przygoda. Ja nawet nie wiedziałem o jego istnieniu – zadzwoniła do mnie koleżanka, powiedziała, że jest taki program i że powinienem się zgłosić. Na uczelni (Akademia Sztuk Pięknych, przyp. red.) też miałem duże wsparcie, namówiono mnie, żebym wysłał zgłoszenie. I tak to się zaczęło. Później dostałem telefon od organizatorów, zaprosili mnie na casting, po czym znalazłem się w dwudziestce wybrańców. To było dla mnie mega zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że do programu zgłosiło się kilkaset osób. Następnie po długich negocjacjach jury przedstawiono finałową dwunastkę, w której szczęśliwie też się znalazłem. Wielkie zaskoczenie i wielka radość, bo to jest ogromna szansa i tak naprawdę znalezienie się w tej czołówce było już sporym osiągnięciem. Ale, jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia…

… a każdy chce wygrać – wszak po to się startuje.

Dokładnie, każdemu marzy się zwycięstwo, a konkurencja w Projektanci Na Start była naprawdę mocna – choćby Kamil Sobczyk, który nie raz wystawiał swoje kolekcje na łódzkim Fashion Weeku. Znaleźli się tam świetni, bardzo utalentowani projektanci, z którymi konkurowanie było nie lada wyzwaniem. Inną trudnością jest specyfika telewizji, a w telewizji wygrywa też osobowość, odpowiednie wykreowanie swojego wizerunku; to, co masz do powiedzenia, jak się sprzedasz…

Ale nie żałujesz, że wystąpiłeś?

Na pewno nie. Myślę, że dla młodego twórcy to jest ogromna szansa i gdybym dzisiaj znowu miał zdecydować, na pewno wysłałbym zgłoszenie raz jeszcze. Poleciłbym zresztą udział w takim programie każdemu młodemu projektantowi, bo to jest nie tylko świetna okazja do pokazania się szerszemu gronu ludzi, ale przede wszystkim okazja do zaistnienia w branży i zdobycia kontaktów wśród ludzi, którzy w tej branży naprawdę dużo znaczą.

Skoro jesteśmy przy dobrych radach – co jeszcze mógłbyś wskazać aspirującym projektantom, którym marzy się kariera w świecie mody, ale kompletnie nie wiedzą od czego zacząć?

Rynek mody się teraz w Polsce bardzo dynamicznie rozwija. To oczywiście świetnie, ale z drugiej strony mamy pewien paradoks, bo właściwie każdy, kto zrobi banalny T-shirt nazywa siebie projektantem, blogerem, albo stylistą. Ja się z tym nie zgadzam, bo projektowanie to jest naprawdę ciężka praca, która pochłania mnóstwo czasu i energii. No i funduszy. A więc odpowiadając na twoje pytanie: początkujący projektanci muszą mieć przede wszystkim jakiś konkretny pomysł na siebie. I to jest chyba najważniejsze – żeby wiedzieć dokładnie co się chce robić i dla kogo, bo wokół tego tak naprawdę kręci się rynek mody. Trzeba mieć dla kogo szyć, mieć komu sprzedawać swoje ubrania. Bez pomysłu na siebie i określenia konkretnych celów, do których realizacji będziemy dążyć, nic się w tej branży nie osiągnie.

Wracając na moment do programów typu talent show: ostatnio powstała kolejna produkcja z udziałem młodych designerów, Project Runaway. Jak oceniasz poziom, w porównaniu do Projektantów Na Start?

Sam pomysł, idea tych dwóch programów jest bardzo podobna, ale Project Runaway ma zupełnie inny zasięg; telewizja, która go emituje zapewnia uczestnikom dużo większy rozgłos, niż miało to miejsce w przypadku Projektantów Na Start, zdecydowanie więcej ludzi to ogląda. W dwóch odcinkach, które się do tej pory ukazały, wymagano od uczestników posiadania nietypowych pomysłów, niekoniecznie zdolności.

A bywały to pomysły raczej kuriozalne…

Umówmy się, o talencie projektanta nie świadczy to, czy umie wykonać kreację z plastikowych kubków…

Dochodzi jeszcze przecież kwestia użytkowości.

Dlatego ja w swoich projektach stawiam właśnie na użytkowość. Klient jest teraz bardzo świadomy, wie doskonale, co nadaje się do noszenia, a co nie. Świadomość społeczna w tej dziedzinie jest coraz większa – między innymi dzięki takim programom. Pod względem wartości użytkowej mody prezentowanej w programach, o których mówimy, Project Runaway zdecydowanie przegrywa, natomiast trzeba przyznać, że dużo bardziej pomaga w promocji uczestników.

A zatem uważasz, że to dobrze, że powstają takie programy – że po tańcu i gotowaniu przyszła kolej na modę?

Myślę, że to ma bardzo pozytywny wpływ na rozwijanie zainteresowania modą w społeczeństwie, zwiększanie świadomości. Do tej pory była ona raczej traktowana po macoszemu, dopiero od niedawna to się zmienia. Niestety nadal brakuje w Polsce uczelni z prawdziwego zdarzenia, na których młodzi ludzie uczyliby się projektowania. Same zdolności nie wystarczą, potrzebna jest wiedza techniczna – konstrukcja, żurnal, nie wspominając o szyciu. Bo projektant bez krawcowej jest jak… policjant bez pistoletu! (śmiech). A krawcowa to obecnie niestety umierający zawód, nie cieszący się zbyt dużym szacunkiem społecznym.

Co do owej wiedzy technicznej – jak u ciebie wygląda proces konstruowania projektów?

Osobiście preferuję robić rysunki w Corelu. Mało rysuję typowych żurnali, zdecydowanie wolę tworzyć rysunki techniczne z dokładnym opisem, które następnie przekazuję mojej krawcowej. Na etapie konstrukcji razem te projekty urzeczywistniamy. W kwestii szycia nie mam niestety dużego doświadczenia, więc ufam mojej krawcowej, która ma za sobą lata praktyki. Krawcowa jest w ogóle moją prawą ręką i doradcą – konsultuję z nią, co np. lepiej będzie w danym miejscu uszyć, co będzie lepiej funkcjonowało. Polegam na niej całkowicie.

Małe podsumowanie: co jest naprawdę potrzebne, by odnieść sukces jako projektant – wykształcenie, umiejętność trafienia w gusta jak największej liczby osób?

Najważniejsza jest osobowość i charyzma, które w rankingu zalet górują nad zdolnościami. No i, co muszę przyznać ze smutkiem, liczą się też znajomości.

Mógłbyś rozwinąć?

Środowisko mody jest wyjątkowo hermetyczne, podobnie jak każde środowisko artystyczne. Kiedyś tańczyłem i mogę powiedzieć, że w tym obszarze jest dokładnie tak samo. Wszyscy o wszystkich wiedzieli… wszystko.

Już nie tańczysz?

Niestety miałem kontuzję. Tańczyłem parę ładnych lat, jeździłem na turnieje, ale później wydarzyła się kontuzja, więc musiałem wybrać: albo taniec, albo zdrowie. Wybrałem oczywiście zdrowie.

Widocznie przeznaczona ci była moda, a nie taniec.

Dokładnie, moda mnie wzywała – też tak to sobie tłumaczę.

A wracając do składowych sukcesu: powiedziałeś o wyrazistej osobowości i odpowiednich znajomościach. Co jeszcze warto mieć?

Na pewno konkretny budżet. Zdarzają się fantastyczni, utalentowani projektanci, którzy nie dysponują wystarczającymi środkami, a bez tego się nie obejdzie. Ja mam to szczęście, że pomagają mi rodzice. Dzięki temu mogę zainwestować pewien kapitał, który przy dobrych wiatrach zwróci się na tyle, żeby wyjść na zero… Okrutny jest to biznes i, jak to mówią moi znajomi, dość niesprawiedliwy. Czasem nieważna jest jakość twoich ubrań, ale to, kto się w nich pokazał na tej czy innej imprezie.

A ty masz ambicje, żeby ubierali się u ciebie celebryci? Czy raczej stawiasz na przeciętnego Kowalskiego?

Mam pewną określoną grupę ludzi, do których adresuję swoje projekty. Nie jest dla mnie ważne, czy założy to ktoś, kto pokaże się w tym później na ściance, czy właśnie przeciętny Kowalski, który moje ubrania będzie nosił na co dzień. Wiadomo, że celebryta jest najlepszą reklamą marki, ale mnie nie o to chodzi. Chciałbym po prostu ubierać ludzi, którzy noszą te ubrania, bo je lubią, a nie dlatego, że w danej chwili jest fame na tę czy inną markę.

Dlaczego zdecydowałeś się na modę męską? Czyżbyś dostrzegł lukę na polskim rynku modowym?

Można powiedzieć, że wyczułem niszę. Nie będę ukrywał, był to swego rodzaju chwyt marketingowy. No bo spójrzmy na polskich projektantów – mało kto szyje ubrania dla mężczyzn. A prawda jest taka, że jest całe mnóstwo facetów, którzy posiadają zmysł stylizacyjny, gust i po prostu chcą dobrze wyglądać, jednocześnie wyróżniając się z szarego tłumu. Jako że nie ma dla nich w Polsce zbyt wielu propozycji, staram się tę lukę wypełnić, by każdy facet mógł w moich kolekcjach znaleźć coś, co podkreśli jego męskość, ale jednocześnie będzie pasować do jego stylu i osobowości. Z perspektywy projektanta nie jest to łatwe zadanie, bo jest olbrzymia różnorodność i wielość oczekiwań klientów, ale po to są m. in. ulice, street style, żeby obserwować i wychodzić tym oczekiwaniom naprzeciw.

À propos polskich ulic – czy faktycznie z gustem Polaków jest aż tak źle? Mam tu na myśli szczególnie styl facetów, na których śniadaniowi styliści nie zostawiają suchej nitki.

Myślę, że wręcz przeciwnie. Z gustem Polaków jest coraz lepiej i to widać właśnie na ulicy. Szczególnie młodsze pokolenie jest bardziej świadome, zwraca uwagę na to, co nosi. Oczywiście u kobiet sytuacja nadal dużo lepiej wygląda, ale jeśli chodzi o tę modę męską, to nie byłbym aż takim pesymistą. W dużych miastach widuje się na co dzień mnóstwo świetnie ubranych mężczyzn – Kraków i Warszawa zdecydowanie przodują. Szkoda, że w mniejszych miejscowościach nic w tej materii się nie dzieje – nie ma blogerów, nikt tego nie pcha do przodu. A jeśli ktoś ubierze się bardziej ekstrawagancko, zaraz zostanie skrytykowany.

Tak jak wspomniałem wcześniej, staram się regularnie odwiedzać Londyn i inspirować się tamtejszym stylem ulicznym. Tam każdy jest niepowtarzalny, bo nie chodzi o to, żeby być non stop na bieżąco z trendami, ale żeby mieć własny styl – świadomość, co do nas pasuje, co na nas dobrze leży, co nas wyraża.

Kim jest facet ubierający się u Kamila Czuby?

Jest to na pewno facet świadomy, który ceni sobie dobry wygląd. Moi klienci to niekoniecznie ludzie ze świata show biznesu, ale na pewno tacy, którzy mają ugruntowaną pozycję zawodową, a przede wszystkim posiadający wyrazistą osobowość.

Ludzie z charakterem?

Zdecydowanie tak. Myślę, że moje ubrania mają w sobie charakter i do takich klientów – indywidualistów posiadających własny styl, są adresowane.

Rozmawiała Iwona Oszmaniec

Więcej informacji na stronie projektanta

Komentarze

Nie lubi rysować żurnali, nie zależy mu na tym, by ubierać celebrytów, a projektowaniem zajął się… przez przypadek. Z Kamilem Czubą, finalistą programu Projektanci Na Start rozmawiam o tym, co zyskał dzięki udziałowi...
" />