JK Simmons – Od sadysty do żółtego M&Ms’a [wywiad]

JK Simmons - Od sadysty do żółtego M&Ms’a [wywiad]
Z JK Simmonsem rozmawia Kuba Armata

Choć na aktorskiej scenie obecny jest od blisko 25 lat, prawdziwą karierę zaczął dopiero w 2014 roku. Wtedy na ekranach kin pojawił się „Whiplash” w reżyserii Damiena Chazelle’a. J.K. Simmons wcielił się w nim w rolę sadystycznego dyrygenta szkolnej orkiestry, który nie cofnie się absolutnie przed niczym, by osiągnąć swój cel. Kreacja ta była na ustach publiczności, krytyków, w efekcie przyniosła aktorowi pierwszego w karierze Oscara. Najsłynniejsza scena z filmu, z kultowym już zdaniem: „Not quite my tempo”, na portalu YouTube ma kilka milionów wyświetleń. To dowód na to, jak wiele zmienić może jedna rola. „Wcześniej moja kariera budowana była tak, że sporo ludzi znało moją twarz, ale nie każdy wiedział, jak się nazywam” – przekonywał mnie amerykański aktor, który przez kilka dni gościł w Polsce na zaproszenie festiwalu Camerimage, promując film swojej żony Michelle.

Prywatnie jest całkowitym przeciwieństwem Terrence’a Fletchera, czyli postaci z „Whiplash”. Uśmiechnięty, serdeczny, co rusz wybuchający głośnym śmiechem, otwarty. „Nie wiem o Polsce jeszcze zbyt wiele, ale póki co mniej więcej przyswoiłem sobie, jak mówi się w waszym języku: ‚Thank You’. ‚Dziękuja?’ – coś takiego, prawda?” – dopytywał aktor, który za swoją jedną z najlepszych ról uważa podkładanie głosu pod żółtego M&Ms’a. Na antenie HBO pokazywany był niedawnoserial „Odpowiednik”, w którym Simmons gra główną rolę.

Przyjechał Pan do Polski wraz z żoną promować jej film „I’m Not Here”, w którym gra Pan zresztą główną rolę. Całkiem niedawno mogliśmy Pana zobaczyć w wysokobudżetowej „Lidze Sprawiedliwości” Zacka Snydera, a w polskim HBO pokazywany był niedawnoserial „Odpowiednik”. Przeczytałem, że kolejne pięć tytułów, w których wziął Pan udział jest na ukończeniu, a następne już w planach. Jak udaje się znaleźć na to wszystko czas?

Wiem, że może to wyglądać, jakbym był bardzo zajęty, ale szczerze mówiąc, w ostatnich kilku latach starałem się zrobić sobie trochę wolnego (śmiech). Przynajmniej w porównaniu do tego, z jaką częstotliwością pracowałem wcześniej. Zawód aktora polega na tym, że przez jakiś czas nie ma nic do roboty, a potem filmy trafiają się jeden po drugim. Tak jest i w moim przypadku. Niedługo będzie można mnie zobaczyć w kilku tytułach, które wejdą do kin na całym świecie, choć część z nich kręciliśmy dość dawno. Pamiętajmy, że produkcja filmu zajmuje często kilka lat, więc to wrażenie nadmiernej zawodowej aktywności może być nieco złudne. Prawda jest też taka, że w niektórych z nich nie gram wcale zbyt dużych ról i na ekranie pojawiam się ledwie na chwilę.

Na planie „Ligi Sprawiedliwości” ostatecznie spędziłem tylko tydzień. Jednym z błogosławieństw całego szumu, jaki stworzył się kilka lat temu wokół „Whiplash”Damiena Chazelle’a, był – co może cię zaskoczyć – luksus niepracowania. Miałem nagle komfort, że odrzucenie jakiejś propozycji nie wiązało się z większymi konsekwencjami. Wiedziałem, że prędzej czy później będą kolejne. Wcześniej wcale nie było to takie oczywiste. Ta świadomość jest ważna, bo wiem, że dla mnie i żony to ostatnie kilka lat spędzone wspólnie w domu z dziećmi, zanim zaczną dorosłe życie. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

To trudne, by połączyć taką zawodową aktywność z rolą męża, a przede wszystkim ojca?

To zdecydowanie największe wyzwanie, jakiemu muszę stawić czoła. Choć wiele się w tej kwestii zmieniło od czasu „Whiplash”. Niektórym producentom zależy na mnie do tego stopnia, że częściowo mogą przenieść plan w inne – niż pierwotnie zakładano – miejsce, bym był bliżej rodziny. Tak było chociażby w przypadku wspomnianego „Odpowiednika”, gdzie gram pracownika jednej z agencji ONZ. Początkowo w całości miał być realizowany w Europie, ale udało nam się dogadać i część kręcimy w Stanach. Dzięki czemu większość czasu spędzam w Los Angeles z rodziną. To ważne, bo nawet jeżeli jestem na planie cały dzień, to wiem, że w przerwach czy wieczorem zawsze zobaczę żonę i dzieciaki. To daje duży komfort i mam spokojną głowę.

 

Jakim doświadczeniem było dla Pana spotkanie z żoną na planie? Roman Polański, odnosząc się do swojego ostatniego filmu „Prawdziwa historia”, w którym wystąpiła jego żona Emmanuelle Seigner, żartobliwie stwierdził, że na planie szło gładko, a problemy zaczynały się dopiero po powrocie do domu.

(głośny śmiech) U nas chyba obyło się bez większych dramatów, także kiedy wracaliśmy do domu. Poszło w miarę gładko, choć to nie było nasze pierwsze takie doświadczenie. Przed tym filmem przez kilka lat Michelle realizowała krótkie metraże, w które byłem zaangażowany. Wcześniej pracowała w teatrze, gdzie się zresztą poznaliśmy. Gdy urodził się nasz pierwszy potomek, który skończył właśnie 19 lat, zdecydowała zawiesić zawodową karierę, bo chciała spełnić się w roli matki i poświęcić synowi maksimum uwagi.

Kilka lat temu, kiedy nasze drugie dziecko poszło wreszcie do szkoły, Michelle znów miała o wiele więcej czasu i potrzebowała znaleźć jakieś ujście dla kreatywnej energii, która w niej się gromadziła. Z grupą przyjaciół zrealizowała kilka krótkometrażówek, przy których pomagałem. Precyzując, byłem tylko aktorem, bo nigdy nie czułem się specjalnie utalentowany, jeżeli chodzi o pisanie, reżyserię, produkcję czy montaż. Czyli we wszystkich tych rolach, w których moja żona odnajduje się naprawdę nieźle. Trochę to pewnie skomplikowałem, ale chciałem powiedzieć, że odnalazłem wiele przyjemności w byciu reżyserowanym przez nią. A nawet montowanym, choć to znacznie trudniejszy etap (śmiech).

To ciekawe, bo pracował Pan z grupą świetnych reżyserów, takich jak Woody Allen, bracia Coen czy Damien Chazelle. Naprawdę nigdy nie zakiełkowała w głowie myśl, żeby samemu spróbować sił za kamerą? Wielu aktorów właśnie tam szuka nowych wyzwań.

Szczerze mówiąc – nie, choć lata temu wyreżyserowałem kilka sztuk w teatrze. Myślę, że w tej roli prędzej bym się odnalazł niż w kinie. Biorąc jednak pod uwagę fakt, jak wiele pochłania to czasu,  nie byłoby to pewnie zbyt korzystne, jeśli się myśli o rodzinie. Przez lata, gdy pracowałem w teatrze, nie miałem w zasadzie żadnych obowiązków, poza dbaniem o samego siebie. Miałem 41 lat, kiedy wzięliśmy ślub z Michelle, dwa lata później urodziło się nasze pierwsze dziecko. Zacząłem zarabiać całkiem niezłe pieniądze w filmie i telewizji, co zapewniało nam względną stabilizację.

 

Pochłonęła mnie rodzina, zacząłem nagle myśleć o zupełnie innych sprawach niż praca, więc nie zawracałem sobie głowy reżyserią. A w obecnej życiowej sytuacji chyba nie chcę aż tak ciężko pracować (śmiech). Druga sprawa, pewnie równie istotna, nie mam przekonania, czy zostałbym dobrym reżyserem lubscenarzystą filmowym. Stałem się niezłym współpracownikiem dla tych osób, lecz jako aktor. Wiem, że mogę pomóc im rozwiązać pewne fabularne zagwozdki, wyklarować sporną kwestię w scenariuszu z punktu widzenia postaci, w którą się wcielam. Ale to chyba tyle.

Wspomniał Pan o przeszłości teatralnej, lecz w swoim życiu zarabiał pan także głosem, podkładając go w wielu reklamach czy filmach. Z tego okresu zostały dobre wspomnienia?

Oczywiście, a na pewno nie postrzegam tego w kategorii ujmy na aktorskim honorze. Zacząłem się tym zajmować lata temu, kiedy mieszkałem w Nowym Jorku. Większość rzeczy, jakie tam się robi, mówiąc o tej branży, to właśnie reklamy telewizyjne. Skądinąd całkiem nieźle płatne. Z kolei kiedy przeprowadziliśmy się z Michelle do Los Angeles, bardzo mocno rozwinęła się animacja i było duże zapotrzebowanie na aktorów podkładających głosy pod ekranowe postaci. To z kolei stało się sporym wyzwaniem i było wielką frajdą. Uważam jednak, że moją najlepszą robotą, w której podkładałem głos, była reklama M&M’sów. Wyobraź sobie, że przez blisko 20 lat byłem żółtym M&M’sem! Okazało się to świetną zabawą, zwłaszcza kiedy nie miałem jeszcze ciekawych ofert filmowych. Dobrze było mieć poczucie, że jest coś na kształt regularnej pracy (śmiech).

Choć jest Pan bardzo doświadczonym aktorem, w większości produkcji pojawiał się Pan na drugim planie bądź w epizodach. „Whiplash” Damiena Chazelle’a był zatem prawdziwym przełomem?

Z pewnością, zwłaszcza jeżeli chodzi o publiczną percepcję i stopień rozpoznawalności mojej osoby. Wcześniej moja kariera budowana była tak, że sporo ludzi znało moją twarz, ale nie każdy wiedział, jak się nazywam (śmiech). Nie miałem też w sobie nigdy jakiejś nadmiernej ambicji, żeby być cały czas na świeczniku, kolekcjonować aktorskie nagrody i brylować na ściankach. „Whiplash” przyniósł mi Oscara i nie mogę tego nie doceniać, ale przede wszystkim to dla mnie piękny, znakomicie napisany i świetnie wyreżyserowany film. To jedna z tych produkcji, gdzie wszystko ze sobą się sprzęga i do siebie pasuje. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem scenariusz, nie myślałem o tym wyłącznie w kategoriach, czy ani jak to jest dobre. Od razu podświadomie zadałem sobie pytanie, czy w jakiś sposób z tym rezonuję – psychologicznie, emocjonalnie, intelektualnie, duchowo, ale też muzycznie. Każdy aspekt postaci, w którą miałem się wcielić w ten czy inny sposób, do mnie przemawiał.

 

Czy fakt, że ma Pan wykształcenie muzyczne, a z muzyką związany był też Pana ojciec, wiele ułatwił?

Myślę, że tak, choć, co ciekawe, Damien (Chazelle – przyp. aut.) nie miał o tym pojęcia, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Pamiętam, że starał się mnie uspokoić, bym nie czuł się przytłoczony muzycznym aspektem filmu. Od tego zaczął naszą rozmowę. Trochę go wyczekałem i powiedziałem o moim muzycznym zapleczu (śmiech). Popatrzył na mnie, na jego twarzy rysowało się poczucie ulgi, i stwierdził, że to chyba rodzaj przeznaczenia. Podobnie zresztą było w przypadku Milesa Tellera. Damien też nie wiedział, że grał on na perkusji, kiedy miał 15 lat. Myślę, że to była jedna z tych rzeczy, które finalnie miały znaczenie dla kształtu filmu

Wielu aktorów staje się zakładnikami swoich ról. Myślę chociażby o Danielu Radcliffe i postaci Harry’ego Pottera czy Elijahu Woodzie i roli Frodo Bagginsa. Pan mógł zostać zakładnikiem ledwie jednego zdania z „Whiplash”: „Not quite my tempo”. Wiele razy musiał je Pan później powtarzać?

Publicznie? O tak, ludzie naprawdę często o to prosili (śmiech). Nie było mnie na Sundance Film Festival, na którym film miał swoją premierę, a to było pierwsze miejsce, gdzie tak to wszystko zaskoczyło. Znajomi opowiadali mi, że to zdanie powtarzano potem przy wielu różnych okazjach w całym mieście, ludzie imitowali też charakterystyczny gest, którym przerywałem co rusz Milesowi w tej scenie. Myślę, że dużo większa w tym zasługa Damiena niż mnie, bo to on tak świetnie napisał tę postać. Dzięki czemu te najważniejsze czy najbardziej charakterystyczne momenty w filmie na dłuższy czas zostały w głowach widzów.

A jak się czuje aktor, który zagrał w najsłynniejszej scenie rzucania krzesłem w kinie w ostatnich latach?

O tak, to było coś (śmiech). Wydaje mi się, że „Whiplash” wciąż wywołuje w ludziach wiele emocji i na nich oddziałuje. Zdobyliśmy sporo prestiżowych nagród, choć jednocześnie film nie podbił box office’u. Mam wrażenie, że wcale nie tak dużo ludzi widziało go w całości, a zobaczyło właśnie losowo wybrane fragmenty przy okazji oscarowej gali czy ceremonii rozdania innych nagród. Zaczęło to do mnie docierać właśnie przez pryzmat rzeczy, o których rozmawiamy. Zachęcam wszystkich, by zobaczyli „Whiplash” w całości.

To świetnie przemyślana i skonstruowana opowieść, która nie pozostawia widza obojętnym. Wywołuje wiele dyskusji. To była druga rzecz, po muzyce, o której rozmawialiśmy z Damienem na naszym spotkaniu. Chciałem mieć pewność, że nie będzie on starał się narzucić widzowi określonych schematów myślenia, opowiadania się po którejś ze stron. Niech widzowie sami zdecydują, czy moja postać jest kompletnym psychopatą i znęcającym się draniem, czy może w jakiś sposób jest to czymś usprawiedliwione.

Terrence Fletcher to dla mnie nowa wersja sierżanta Hartmana z „Full Metal Jacket” Stanleya Kubricka. Nawet fizycznie jesteście dość podobni. Kiedy oglądałem na YouTube scenę pana ostrej przemowy z „Whiplash”, jednym z najpopularniejszych komentarzy użytkowników był ten, że „zamiast nauczyciela muzyki powinieneś być pieprzonym instruktorem Navy Seals”.

To właśnie część debaty, jaka wywiązała się po premierze „Whiplash”. Czy strategia, jaką posługuje się ten człowiek, przynależna jest w ogóle do świata sztuki? Może zamiast tego powinien on szkolić żołnierzy albo zostać trenerem futbolu amerykańskiego. To były najbliższe mi wzory w kreowaniu tej postaci. Osoby z jednej strony bardzo wymagające, z drugiej mocno apodyktyczne, gdzie pasja szybko może zamienić się w coś toksycznego. Choć w przypadku sytuacji życia i śmierci, a to codzienność żołnierzy Navy Seals, uważam, że takie zachowanie jest absolutnie konieczne. Oni muszą mieć maksymalny poziom dyscypliny i poświęcenia, żeby osiągnąć perfekcję w tym, co robią. To w sytuacji krytycznej może uratować im życie. W innym przypadku rozumiem, że ten rodzaj priorytetów dla wielu ludzi może wydać się niewłaściwy. To też napędza moją postać. Mimo tego, że nie do końca się z nią identyfikuję, jestem w stanie to zrozumieć.

Kiedy dostaje Pan scenariusz taki jak „Whiplash” czy wcześniej „Juno” Jasona Reitmana, ma pan wrażenie, że to coś wyjątkowego? Oba te filmy stały się ikonami amerykańskiego kina niezależnego.

Z dzisiejszej perspektywy, kiedy widzę, jak wpłynęły one na widzów, mogę zgrywać mądrego i tak powiedzieć (śmiech). Ale to nie było najważniejsze, kiedy czytałem te scenariusze. Nie zastanawiałem się wtedy, czym staną się w zderzeniu z publiczną recepcją. Najważniejsze w przypadku tych dwóch historii, lecz też kilku innych filmów, w których wziąłem udział, było poczucie, że obcuję z czymś niezwykłym, ale dla mnie. Mogłem jedynie mieć nadzieję, że dział marketingu wykona dobrze swoją robotę, żeby ludzie mieli okazję się z tym w większym wymiarze zmierzyć (śmiech).

Przed rolą w „Lidze Sprawiedliwości” poddał się Pan bardzo mocnemu treningowi. Internet obiegły zdjęcia z siłowni z imponującą wręczmuskulaturą. Lubi Pan taki rodzaj poświęcenie dla roli?

Wiem, że zrobiło się wokół tego wiele szumu, ale nie do końca było tak, jak wszyscy myślą. Moje aktorskie życie to taka sinusoida związana ze zdrowiem i kondycją. Kilka lat przed „Whiplash” zgodziłem się, z dzisiejszej perspektywy niepotrzebnie, dużo przytyć do jednej z ról. Mocno się zapuściłem i byłem w strasznej formie. „Whiplash” był chyba takim pierwszym momentem, kiedy wróciłem do względnie dobrej wagi w zdrowy sposób. Wcześniej próbowałem osiągnąć ten efekt w sposób bardzo szkodliwy, przechodząc na jakieś radykalne diety, czy mówiąc wprost, głodząc się.

Pewnego dnia, widząc, co się dzieje, żona przemówiła mi do rozsądku i zasugerowała, że muszę do tego podchodzić z głową i robić to krok po kroku. Nie da zrzucić się wielu kilogramów w krótkim czasie bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Zachęciła mnie do tego, żebym trochę mniej jadł, więcej się ruszał, zaczął regularnie ćwiczyć. Wpadłem w rytm, który szybko stał się naturalnym cyklem mojego życia. Wysypiałem się, wstawałem rano, szedłem na siłownię. Relatywnie szybko poczułem, że mam dużo lepsze samopoczucie. Zdjęcia, o których wspomniałeś, nie są związane z „Ligą Sprawiedliwości”, a są pokłosiem „I’m Not Here”. Grałem tam alkoholika, postać, która krok po kroku konsekwentnie się niszczy. Dla Michelle ważne było zaakcentowanie tego od strony fizycznej.

Zatem poświęcenia w drugą stronę.

Tak, musiałem sporo schudnąć. Chodziłem wtedy na siłownię i katowałem się treningami cardio. Różnica między filmem, do którego musiałem w przeszłości przytyć, a „I’m Not Here” wynosiła prawie 40 kilogramów. Nikomu tego nie polecam. Zdjęcia, jakie trafiły do sieci, zostały zrobione kilka tygodni po zakończeniu pracy na planie tego filmu. Co prawda chodziłem na siłownię cały czas, ale były to zupełnie inne zajęcia. Teraz wykonywałem mocne treningi siłowe, dźwigałem ciężary po to, żeby wrócić do formy. Wtedy właśnie mój trener zrobił to słynne zdjęcie i wrzucił na Instagram. A jak wiadomo, w internecie nic nie ginie (śmiech).

W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że interesuje go wyłącznie aktorstwo, a do całej showbiznesowej otoczki nie przywiązuje Pan specjalnej wagi. Patrząc, jak agresywna bywa dzisiaj promocja filmów, można tego w ogóle uniknąć?

Nie da się ukryć, że to część gry. Staram się jednak szukać pozytywów, a takim jest chociażby to, że takie osoby jak ty chcą ze mną porozmawiać o mojej pracy. Ani moją ambicją, ani moim celem nigdy nie było brylowanie w mediach czy bycie znanym, ale może dzięki temu ludzie łatwiej zwracają uwagę na filmy, które sam bardzo lubię. Nie ma co ukrywać, że daje to więcej możliwości dzielenia się tymi historiami z innymi.

Rozmawiał Kuba Armata

Komentarze