Jest korek, znaczy się dobrze [Michał Zębik]

Jest korek, znaczy się dobrze
Żeby była jasność, nie jestem miłośnikiem Walentynek. Rozumiem, że w martwym handlowo okresie trzeba jakoś rozkręcić koniunkturę, ale cała ta komercyjna otoczka skutecznie mnie zniechęca. Jako święto miłości zdecydowanie bardziej przekonuje mnie nasza rodzima Noc Kupały. No, ale jeśli już koniecznie chce się romantycznie spędzić wieczór 14 lutego, proponuję spotkanie z butelką dobrego piwa.

Od razu precyzuję: romantyczny wieczór z ukochaną osobą i butelką dobrego piwa (choć pewnie dla wielu spotkanie z samą butelką też byłoby romantyczne). No i teraz pojawia się pytanie – ale jak to romantyczny wieczór z piwem? Romantyczne to jest czerwone wino. Otóż niekoniecznie, piwo może być na taką okazję trunkiem równie szlachetnym i wyrafinowanym, trzeba tylko wybrać to odpowiednie.

Jest korek, znaczy się dobrze

OK, jest wieczór, jest bukiet róż, puściliśmy już nastrojową muzykę, trzeba otworzyć butelkę. Tu się zgodzę, charakterystyczne pssst towarzyszące otwieranemu kapslowi kojarzy się raczej ze wstępem do wieczoru z kumplami, który i tak skończy się wódką, głupotami i kacem na drugi dzień. A my przecież chcemy oczarować naszą wybrankę, zaskoczyć ją, uwieść nowymi doznaniami. I tu w sukurs (moje ulubione słowo w repertuarze komentatorów sportowych) mogą przyjść piwa belgijskie.

O lambicach chyba już kiedyś pisałem. Poza tym, że fermentowane są przy pomocy dzikich drożdży, cechą która je wyróżnia jest charakterystyczne opakowanie i sposób podawania. W pierwszym wypadku chodzi o smukłą butelkę o, stworzonej do dzielenia się, pojemności 750 ml, często zamykaną korkiem, z gustownym sreberkiem na szyjce. W drugim, o sposób podawania lambica, ale też piw klasztornych czy piw Trapistów, które zazwyczaj leje się do eleganckich kielichów lub gobletów. Na wyrafinowany wieczór idealne. Błysk zaskoczenia, że to też jest piwo, bezcenny.

Tak naprawdę, jako towarzysz romantycznego wieczoru może sprawdzić się też każde inne piwo, trzeba tylko wiedzieć w jakich smakach gustuje nasz partner. Może jakieś przyjemnie nachmielone APA o cytrusowym aromacie, a może pszeniczny Witbier ze skórką gorzkiej pomarańczy i kolendrą. Na pewno doskonale do tego, by trafić w serce ukochanej czy ukochanego, sprawdzi się także własnoręcznie uwarzone piwo, jakie by ono nie było. Trzeba tylko pamiętać, że potem oprócz piwa, ważne są także inne rzeczy…

A może afrodyzjaczek?

Gdzieś, kiedyś czytałem, że chmiel w piwie bywa uważany za afrodyzjak. Myślę, że chyba jednak bardziej chodzi tu o alkohol. Wiadomo, jak po butelce czy dwóch trochę zaszumi w głowie to od razu robi się gorętsza atmosfera. Tym niemniej, pojawiło się w zeszłym roku na polskim rynku piwo, w którym o użyciu afrodyzjaków powiedziano wprost. Przy czym od razu z grubej rury.

Uwarzone przez śląski Browar Kraftwerk piwo zwało się „Orgasmatron” i powstało w 2015 roku na kolejną edycję Festiwalu „Beer Geek Madness” we Wrocławiu. Motywem przewodnim imprezy było niemieckie piwowarstwo rzemieślnicze. No cóż, ja tam też byłem i „Orgasmatron” między innymi również wypiłem. Smakiem jakoś szczególnie się nie zachwyciłem, a co do innych właściwości to trudno powiedzieć. Może degustacyjny pokal był zbyt małą dawką, a może po prostu miłość nie potrzebuje dopalaczy.

Ale co o samym festiwalowym piwie napisali browarnicy z Kraftwerk? Hasło przewodnie imprezy to Przekraczanie Granic, a my właśnie przekroczyliśmy granice naszej dojrzałości przy niemieckim kinie 😀 Dlatego też mając w pamięci te wydarzenia postanowiliśmy uwarzyć coś co będzie nawiązywać do tamtych wydarzeń. Z dedykacją naszym rówieśnikom i miłośnikom niemieckiej kinematografii oraz wszystkim tym, którym „konar już nie płonie” 

Czy ich West Coast German IPA z dodatkiem roślin uważanych za afrodyzjaki tj. Catuaba oraz Liść Damiana okazał się w tej materii skuteczny, każdy sam ocenił. Jakaś moc chyba jednak musiała w tym być skoro na etykiecie napisano: nie stosować u osób z chorobami psychicznymi, cukrzycą oraz alergią. A skoro już o chorobach, to wróćmy do naszego świętego Walentego. Poza tym, że jest on patronem zakochanych, jest też patronem epileptyków. I nawet dobrze się składa, bo jedni i drudzy mają ze sobą wiele wspólnego, zwłaszcza, że epilepsja jest nieuleczalna.

Tak samo jak miłość.

Twoje zdrowie I.

Michał Zębik

zebempokuflu@gmail.com

Komentarze