Ida wielkim filmem jest

ida wielkim filmem jest
fot. turkiye.culture.pl
Ida wielkim filmem jest. Bez wątpienia. I nawet jeśli nie wzbudzi we wszystkich wielkich emocji, nie skłoni do głębokich przemyśleń, nie wywoła potoku łez albo po prostu zupełnie nie poruszy, reżyser Paweł Pawlikowski i tak postarał się o to, by ciężko było o jej konstruktywną krytykę. Stonowany do granic możliwości nastrój i wysublimowane zdjęcia sprawiają, że ciężko przyczepić się do czegokolwiek od strony warsztatowej.

To dzieło absolutnie kompletne, przemyślane od A do Z. Nie ma tu miejsca na tanie zagrywki, nawet w najbardziej zaskakujących momentach reżyser trzyma się zasady złotego środka i konsekwentnie utrzymuje monotonny, apatyczny ton. Pawlikowski od pierwszego do ostatniego kadru nie wypuszcza z rąk lejców i nie pozwala ponieść się fantazji. Z drugiej strony to nie takie trudne, gdy zamiast galopować, drepcze przed siebie, dostojnie ważąc każdy krok.

Na taki szalony galop zaprosił nas niedawno w głośnym Pokłosiu Władysław Pasikowski. Historia jest w końcu bardzo podobna: powrót do rodzinnej wsi, odkrywanie ponurych tajemnic z przeszłości, mierzenie się z niewygodną prawdą. Reżyserowi kultowych Psów zależało jednak przede wszystkim na „efekcie wow”. Z ogromnym kunsztem, którego nie powstydziliby się najlepsi hollywoodcy rzemieślnicy osnuwa swoją opowieść aurą grozy i tajemniczości, rysuje swoich bohaterów grubą kreską, a do każdej szafy chowa przynajmniej jednego trupa. Rozbuchany i wywołujący ciarki finał wisi w powietrzu od samego początku. Powiedzieć, że Pawlikowski idzie zupełnie inną drogą, to jak nie powiedzieć nic. Ida, choć pozornie jest opowieścią na podobny temat, nie jest, wbrew pozorom, obrazem rozliczeniowym. Tytułowa bohaterka odwiedza wprawdzie swoje rodzinne strony, by dowiedzieć się o swoich żydowski korzeniach i poznać prawdę o przerażających losach swoich rodziców. W przeciwieństwie do bohatera Pokłosia, nikt nie gania jej jednak po wsi z siekierą, a miejscowa brać nie stara się jej wygnać i spalić jej mieszkania. Wręcz przeciwnie, w przerwach między kolejnymi etapami poszukiwań, Ida znajdzie czas, by zatrzymać się z ciotką na pączka w przydrożnym GS-ie i pójść na koncert odwiedzającego miasto zespołu.

Kadr z filmu Pokłosie
Kadr z filmu Pokłosie
Kadr z filmu Ida
Kadr z filmu Ida

Ta znieczulica bohaterek udziela się reżyserowi i rozlewa na widzów. Choć Ida i Wanda, podobnie zresztą jak i każdy sprawny obserwator, zdają sobie sprawę z przerażającej prawdy i na dobrą sprawę szukają tylko jej potwierdzenia, nie szlochają i nie wznoszą okrzyków rozpaczy. Józefowi Kalinie dokopującemu się w Pokłosiu do ostatecznej prawdy towarzyszy rzęsisty deszcz, błoto, morze ludzkich szczątek i przeszywająca muzyka. Ida i Wanda oczekują na ekshumację w ciszy, wsłuchując się w odgłosy wiatru, a po akcie bez słowa wracają do domu.

U Pawlikowskiego nic nie jest takie, jak można przypuszczać. Główna bohaterka jest zakonną nowicjuszką, która odłożyła decyzję o ślubach, a w tajniki swojej przeszłości zagłębia się u boku zniszczonej życiem ciotki, zadeklarowanej ateistki i alkoholiczki. Spodziewalibyśmy się więc klasycznego konfliktu sacrum i profanum, rozmów o nawróceniu i odkupieniu, a w obliczu tragicznej przeszłości, poruszenia wątku teodycei, który powoduje wewnętrzne rozdarcie bohaterki. Nic z tych rzeczy. Wszystkie religijne spięcia między dwiema kobietami sprowadzają się do puszczanych półgębkiem komentarzy Wandy i mało płomiennych i przekonujących odpowiedzi Idy. Nie ma u Pawlikowskiego miejsca na moralizowanie i na biblijne trawestacje pokroju przerysowanego wątku ukrzyżowania w Pokłosiu. Ida nie jest dewotką, nie złorzeczy Bogu za krzywdy, które dotknęły jej rodziny, nikogo nie chce też nawracać, a jej oddanie jest sprawą zupełnie osobistą. Reżysera interesuje nie tyle jej religijna przynależność, co duchowość sama w sobie i zgodność z własnymi przekonaniami.

Ida, poza tym, wydaje się być postacią wyrwaną z zupełnie innego filmowego świata niż reszta postaci. Poznajemy ją w klasztorze, którego wnętrza i atmosfera przywodzą na myśl raczej groteskowe przestrzenie z Matki Joanny od Aniołów; ponure, pełne pustych sal, po których snują się pojedyncze siostrzyczki z pasją oddające się zupełnie nieciekawym aktywnościom. Skojarzenie z magicznym klimatem filmu Kawalerowicza nasila się jeszcze bardziej, gdy Pawlikowski w scenie kąpieli w bieliźnie eksponuje seksualizm młodych nowicjuszek. Ida wyrwana siłą z tego onirycznego świata trafia nagle wprost do szarego i przyziemnego kina moralnego niepokoju i zostaje brutalnie zestawiona z odpalającą jednego papierosa od drugiego komunistyczną sędziną, Wandą. To porównanie pogłębia jeszcze bardziej apatyczny ton filmu. Żadna z kobiet nie reaguje na zastane sytuacje tak, jak zrobiłoby to większość ludzi. Ida wszystkie emocje tłumi w środku, nie ujawnia się z niczym, a Wanda maskę twardej kobiety zdejmuje tylko pod wpływem alkoholu. Jeszcze inny filmowy wymiar wprowadza do widowiska saksofonista Lis. Klasyczny kinowy amant w garniturze, po koncercie ogrywający w wymiętej koszuli jazzowe klasyki jako jedyny wzbudza w Idzie ludzkie uczucia i na kilka krótkich chwil urealnia jej postać. Jednak ogrywane w zadymionych klubach muzycznych sceny z jego udziałem wnoszą na ekran dziwny klimat kina noir i nie do końca współgrają z resztą układanki podporządkowanej raczej pod formę nasuwającą na myśl standardy szkoły polskiej.

Kadr z filmu Matka Joanna od Aniołów
Kadr z filmu Matka Joanna od Aniołów

1 of 2

Komentarze

Ida wielkim filmem jest. Bez wątpienia. I nawet jeśli nie wzbudzi we wszystkich wielkich emocji, nie skłoni do głębokich przemyśleń, nie wywoła potoku łez albo po prostu zupełnie nie poruszy, reżyser Paweł Pawlikowski...
" />