Filipiny – podróż do najurokliwszego miejsca na ziemi

3064 km filipinskiego czlowieka. Joseph to czterdziestopięcioletni hipis, żyjący w jednym z najurokliwszych miejsc na ziemi. Na Filipinach. Ciągle skromnie nazywa siebie „city boyem“, mimo iż dwa lata z życiorysu świadomie spędził jako członek-elekt jednego z rdzennych plemion południowego Palawanu. Plemienia aktywnie polującego, z wodzem, szamanem, bez elektryczności, sklepów i z chatami zbudowanymi z liści palmowca. Plemienia spoza krawędzi kolorowych pocztówek i preparowanych pod turystów przedstawień na trasie rzecznego rejsu. Tam Joseph nauczył się wszystkiego, co do przetrwania potrzebne, by przez kolejny rok samotnie mierzyć się dzień w dzień z dżunglą. Jej pięknem i swoim lękiem. Tam wskrzesił w sobie na ponów starego, do cna filipińskiego ducha, czyli lakonicznie ujmując jego sentencję przewodnią: śmiech i dystans to całkiem poważne sprawy w życiu człowieka. Zwłaszcza po trzech malariach.

Ponad siedem tysięcy wysp podzielonych na siedemnaście regionów, ulokowanych na przestrzeni ponad trzystu tysięcy kilometrów kwadratowych i tylko trzydzieści dni na muśnięcie lokalnej kultury – to czynniki, które na pewno nie pomagają w poznawaniu takich osobowości jak Joseph. Ale narodowa otwartość Filipińczyków, w krwi im płynąca i w świadomości wyryta, to moje największe błogosławieństwo. Zdejmuje ze mnie brzemię podejmowania decyzji, gdzie – mając irracjonalnie niewiele czasu – udać się, by wedle priorytetów zobaczyć najwięcej, przeżyć dogłębnie i usłyszeć najprawdziwszą człowieczą opowieść. Ludzie wokół pojawiali się sami – nagle i bezinteresownie, a zaufanie, które intuicyjnie wręcz i ku własnemu zdziwieniu pokłada się w ich uczciwości i dobrej woli, praktycznie nigdy nie zostaje zawiedzione. Byli tacy, co mówili dużo, nie zabrakło też i tych, co uparcie milczeli, lecz tak czy siak – zawsze szczerze. Wpuszczali do swoich marzeń, żywotów, i domów. W jednym z nich, w palawańskim dystrykcie Narra, ojciec i mąż, chcąc zaszczepić w najbliższych podstawowe zasady prowadzące do udanego, szczęśliwego życia, użył do tego czarnego flamastra, resztki plastiku z worka od ryżu, sznurka i ściany. Rodzinny siedmiopunktowy szkic kanonu postępowania oświecił i mnie. Skwitował wszystkie niepoukładane dotąd impresje o Filipińczykach w kilku zdaniach.

NEVER HATE

Manila, port przeładunkowy przybyszów spoza granic, leży na północnej wyspie Luzon, największej w kraju. Jak każda inna państwowa stolica, jest czarną owcą wśród plejady innych miast, wyjątkiem od reguły, niejednolitą, rzępolącą (na swój sposób eksperymentalną) muzyką współczesności. Chęć wydostania się z tego zlepka kontrastów jest ludzko oczywista. Obrany kierunek południowy dyktuje pierwszy przystanek – wyspę Mindoro. Dotarcie do jej wybrzeży (do głośnego punktu przeładunkowego Puerto Galera lub trochę spokojniejszego nieopodal Sabang) zajmuje około pięciu godzin i wymaga trzech środków lokomocji. Ale warto. Łatwo oderwać się od zgiełku na prawie wolnej od ludzi plaży Bulabu, do której dostać się można tylko skuterem lub jeepneyem po prawie dziesięciokilometrowym offroadzie. Albo pod kameralnym wodospadem Talipanan, do którego prowadzą mieszkańcy okolicznej wioski przez gęste lasy równikowe. Tak samo jak na sieci nawodnych mostów i pomostów nad bagiennymi terenami wybrzeża z unikalną florą. Przede wszystkim: słychać ciszę. Przynajmniej między drugą nad ranem a drugą popołudniu. Cichną wreszcie napompowane muzyką nocne kluby z setkami spragnionych „przyzwoitego życia na poziomie“ młodych filipińskich striptizerek i tłumem białych rzadko przystojnych i średnio zamożnych mężczyzn. Grubo po czterdziestce.

Nie wiadomo, jak miała naprawdę na imię, ale w klubie go-go, gdzie wybraliśmy się zgłębić fenomen sponsoringu w samym jego zarodku, przedstawiła się nam jako Jane. Niesamowicie urodziwa, kształtna, proporcjonalna. Z burzą ciemnych gęstych długich włosów. Powabna. Jak i piętnaście innych koleżanek po fachu, które nie przyszły tu odstawić tanecznego majstersztyku gibkich ciał, a jedynie pokręcić się bez finezji wokół metalowej rury i puścić kilka oczek do pijanych Amerykanów, Anglików, Australijczyków z końca sali. Nieodparte wrażenie prezentacji towaru jak na targach rasowych psów drugiej kategorii, bo tańszych. Jeśli nie utrafi dziś „sponsora“ na noc, może wyjdzie na swoje z samych napiwków.

Jane różniła się czymś od swoich współpracowniczek. Nie prężyła się na sto procent i nie spieszyła na podest, mimo iż była fizycznym ideałem kobiecego seksapilu. Niemożliwe, by wróciła dziś sama do domu. Po dłuższej wymianie spojrzeń, nie dało się ukryć smutku bijącego z ogromnych brązowych oczu. Odczucie potęgowane wielokrotnie brakiem nawet scenicznej wersji uśmiechu. Żal w czystej postaci. Zaprosiliśmy ją do stolika, z baru bacznie czuwała nad konwersacją „mamuśka“. Wiedziała, że wypije przy nas tyle, ile chce, ale nocnymi igraszkami to się nie skończy. Zostając z nami, by opowiedzieć coś o sobie, straciła tego dnia trzy tysiące peso, czyli w przeliczeniu około dwieście pięćdziesiąt złotych. W zasadzie osiemdziesiąt, bo z całej sumy widzi jedynie trzydzieści procent. Ku naszemu zdziwieniu, ta poważna z wyglądu kobieta miała dziewiętnaście lat, piątkę rodzeństwa i przybyła tu z Manili. Żyła z innymi koleżankami po fachu piętnaście kilometrów dalej, w jeszcze większej wsi, ale nie narzekała, bo tu „przynajmniej ma za co żyć” i może „wesprzeć rodzinę“. Na pewno chciałaby się zakochać w kimś, kto jej za to nie płaci. Na pewno chciałaby uciec w romantyczne miejsce skuterem ze swoim przyszłym mężem. Na pewno myślała o trzymaniu za rękę, czułości i niewymuszonym seksie, jak każda młoda dziewczyna. Filipińska kobieta – z natury swojej wyposażona w niepoprawny romantyzm i głód miłości. Gdzieś pomiędzy zdaniami, płynnie acz cichutko wplecione, usłyszałam  zdanie: „czasem nie ma się wyboru“. Chciałam zostać z nią w kontakcie, dałam wizytówkę z numerem telefonu, którego nigdy nie użyje i z mailem, na który może mogłaby napisać.

– Szybko, schowaj to… – przeraziła się
– Ale dlaczego?
– Nie możemy. Patrzą. Napisz na chusteczce w toalecie, a potem zostaw odwróconą wierzchem do blatu na naszym stoliku. Może się uda.
Gdy zamykali klub i nim „mamuśka“ szarpnęła ją za rękę do wyjścia, zdążyłam jej na szybko szepnąć do ucha: „jeśli nie masz wyboru, to w tym braku wyboru przynajmniej wybieraj młodszych, przystojnych i miłych“. Zaśmiała się, jak każda Filipinka zasłaniając niepotrzebnie powalający na kolana uśmiech. „I tego też nie rób, Jane. Weź tę rękę z ust. I zawsze stój wyprostowana“.

Zasada numer jeden – nigdy nie nienawidź. Nie potępiaj. Tam jest człowiek.

DON’T WORRY AND ALWAYS SMILE

Jeśli chce się docierać w odległe regiony świata, nie pozostaje nic innego jak tylko kombinowanie, by dostać się tam jak najtaniej. Imperatywne z wnętrza pragnienie doświadczania inności wzmaga też czujność na aletry promocji biletowych. Niekiedy śmiesznie tanich, choć nie zawsze z miejsca zamieszkania. Rozmowa telefoniczna, Warszawa – czeska Praga, trzydziesty września:

– Cieszę się, że dotarliście cało i macie jeszcze dzień przed długim lotem do wykorzystania. Widziałam alert na stronie MSZ.
– Jaki alert? – zapytałam – Przecież tajfun był ponad dwa miesiące temu, kończy się pora deszczowa… To nielogiczne.
– Żebyś nie jechała w rejon… Poczekaj… Mindanao i Sulu.
– Islamscy separatyści?
– Aha. Dokładnie. Nie jedziesz tam, prawda?
– Tam nie. Niedaleko.

Bohol ma ogromne szczęście być końcową stacją centralnych Visayas – trzeciego głównego dystryktu administracyjnego w kraju i kompleksu wysp przeróżnej wielkości. Wystarczy pokonać Morze Boholskie, by z (w przeważającej większości) katolickiego społeczeństwa trafić na islamski krąg kulturowy. Już od lat sześćdziesiątych islamscy separatyści i ekstermiści walczą o swoją odrębność – terytorialną i religijną. Prawie dwadzieścia lat temu w drodze kompromisu przyznano im częściową autonomię. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Gdy rząd filipiński popierany jest przez Stany Zjednoczone, pionkami w grze i przetargach stają się turyści. Rząd polski przestrzega przed zapuszczaniem się na południe.

Ikoną Boholu jest małe zwierzątko, którego szeroko otwierające się oczy na youtube’owym video, obiegły świat pod hasłem: lemur. Lecz to nie lemur. To tarsier – ssak, który potrafi wykonać głową obrót o sto osiemdziesiąt stopni i przeskakuje czterdziestokrotnie swoją długość. Bohol to także Czekoladowe Wzgórza – pasmo ponad tysiąca dwustu małych wapiennych wzniesień, wypiętrzonych bardzo blisko siebie, w okresie pory suchej przybierających brązowawy odcień. Kto by tam zajmował się geologią, kiedy legenda wyraźnie mówi i kłócić się nie ma co – to zastygłe łzy wielkoluda Arogo, płaczącego po śmierci ukochanej. Sanktuarium motyli. Podwodne bogactwo Panglao. I wiele siły wewnętrznej jej mieszkańców, którzy przetrwali trzęsienie ziemi z października 2013 roku. W skali Richtera osiągnęło 7,2. W skali ludzkiej wyobraźni – w ciągu roku takich samych na całym globie występuje średnio piętnaście. Zabiło prawie dwustu ludzi, ponad tysiąc zraniło, wielu pozbawiło dachu nad głową, zniszczyło dziesiątki zabytkowych kościołów, a także porty i lotniska. Rocznicę tego wydarzenia spędziliśmy z Paulem, przyjacielem poznanego dwa dni wcześniej George’a, który w rocznicę tego wydarzenia zgodził się być naszym kierowcą.

Paul obwiózł nas szlakiem zniszczonych kościołów. Z niektórych pozostawały jedynie pojedyncze ściany, gdzieniegdzie zamajaczyły samotne drewniane ławki, fragmenty kapliczek, figur świętych, ołtarzy, portyków, dachówek, dzwonnic. Ogromna część gruzów została jedynie uprzątnięta na bok. W późniejszej fazie będą stanowić częściowy budulec przy rekonstrukcji świątyń. W oczekiwaniu na powrót do odtworzonych murów kościelnych, wierni zebrali dostępne materiały, by w poligonowych warunkach stworzyć dom modlitwy od podstaw – foliowe płachty wspierane stemplami imitują dach, plastikowe krzesełka turystyczne zastępują ławki, a co ładniejsze zabytkowe stoły z drewna pełnią funkcję tymczasowego ołtarza. W jednym z kościołów – Santa Monica w miejscowości Alburquerque – amerykański proboszcz wydał fiestę ku chwale przetrwania. W pobliskich arkadach przygotował wyjątkową wystawę artefaktów i innych wiekowych pozostałości sakralnych, podświetlił, wystawił stare zdjęcia budowli, zadbał o oprawę muzyczną. Dość skoczną i energetyczną. Entuzjastki parafialnych aktywności całą noc gotowały potrawy na poczęstunek, na który zostaliśmy zaproszeni. Dochód z datków przeznaczony na cel oczywisty. To nie zwykła kwesta. To celebracja życia, radość z wyjścia z trudnej sytuacji, wdzięczność względem boga, że ich przed tym uchronił. I ogromna determinacja, by ten czas na ziemi dobrze wykorzystać.

Wracaliśmy autem w milczeniu przez dłuższą chwilę. Zbierałam w całość współczucie dla mieszkańców Boholu i niewyobrażalny podziw dla ich siły i nieposkromionej woli do zaczynania wszystkiego od początku. Zagaiłam Paula swoją refleksją.

– Cieszę się, że żyję. Wszyscy płakaliśmy. Byliśmy przerażeni. Mieszkańcy zbierali się w większe grupy na placach i przy ruinach kościołów. Dużo się modlili. Ale też dziękowali Bogu, bo mogło być gorzej. A potem ciężko pracowali, by powoli opanować zniszczenia.
To musiało być straszne przeżycie, Paul. A twoja rodzina?
– Nie mam rodziny. Jestem… Jak to się mówi? Singlem – zaśmiał się delikatnie, niepewnie, kącikiem ust
– Chciałbyś mieć rodzinę?
– Oczywiście. Ale najpierw chciałbym mieć po prostu żonę – wyraźnie posmutniał, próbując nie dać temu znać – A ty masz męża?
– Nie.
– Ale ty masz jeszcze czas. Jesteś bardzo młoda.
– A ty nie masz? – zapytałam
– Mam czterdzieści cztery lata. Trudno stwierdzić.
– Nie martw się, Paul – jedyne, co umiałam mu w tej sytuacji odrzec.

Tym razem jego śmiech był niepowstrzymany i naturalny, nieświadomie odpędziłam jego melancholię.

Tak mowią Filipińczycy. Nie martw się.

1 of 3

Komentarze

3064 km filipinskiego czlowieka. Joseph to czterdziestopięcioletni hipis, żyjący w jednym z najurokliwszych miejsc na ziemi. Na Filipinach. Ciągle skromnie nazywa siebie „city boyem“, mimo iż dwa lata z życiorysu...
" />