Festiwal ze skandalem w tle – Gdynia 2018

Festiwal ze skandalem w tle - Gdynia 2018
To była naprawdę dobra edycja Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Szkoda tylko, że w pewnym momencie artystyczne walory kolejnych prezentowanych tytułów zeszły na drugi plan, a na czoło, jak to często bywa, wysunęła się polityka. W dodatku, pokazując swoją najgorszą twarz.

O tym, że nowy film Wojciecha Smarzowskiego „Kler” wzbudzi kontrowersje wiadomo było od dawna. Prowadzona od pewnego czasu nagonka na Twitterze, pierwsze krytyczne wypowiedzi duchownych. Z drugiej jednak strony Facebookowa akcja zachęcająca do masowego oglądania filmu Smarzowskiego. Tego co wydarzyło się w Gdyni nie spodziewał się chyba jednak nikt.

Jedną z przyznawanych od dawna na festiwalu nagród jest Złoty Klakier.

To wyróżnienie, które każdego roku trafia do filmu najdłużej oklaskiwanego przez publiczność. Tak się złożyło, że podczas tej edycji był nim właśnie „Kler”, co jedynie pokazuje jak ważna i oczekiwana w naszym kraju to produkcja. Nie wszystkim było z tym po drodze, a już na pewno nie fundatorowi nagrody, którym był prezes Radia Gdańsk. Wymyślając zupełnie kuriozalne wytłumaczenie postanowił odwołać wyróżnienie.

Ostatecznie reżyser odebrał Nagrodę Specjalną („za podjęcie ważnego tematu”) i laur publiczności, ale jakby tego było mało, jego wypowiedź została ocenzurowana podczas retransmisji gali na TVP Kultura.

Wiele mówiło się o tym, że gdyński konkurs jest w tym roku rozstrzygnięty jeszcze przed jego rozpoczęciem.

Teza wygłaszana nieco z przymrużeniem oka, ale finalnie znalazła swoje potwierdzenie w werdykcie jury. Złote Lwy powędrowały do Pawła Pawlikowskiego za „Zimną wojnę”. Niezależnie od tego, że konkurs stał na dość wysokim poziomie, doprawdy trudno było spodziewać się innego rozwiązania.

Wiele mówiło się o tym, że czarnym koniem może być niezwykle udana oraz wysmakowana wizualnie „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej. Ostatecznie otrzymała ona nagrodę w kategorii „debiut reżyserski lub drugi film”. Do zabawnej sytuacji doszło podczas wręczania lauru za główną rolę męską. Otrzymał ją wyraźnie zaskoczony Adam Woronowicz, który w „Kamerdynerze” Filipa Bajona wystąpił, ale… na drugim planie.

Kontrowersje wszelakiej natury nie zmieniły faktu, że polskie kino wciąż odważnie poszukuje. Twórcy nie kalkulują, zarówno w doborze tematów, jak i formie w jakiej chcą przedstawić widzowi swoje historie. A te są różne. Jedne rozgrywają się w średniowieczu (jak „Krew Boga” Bartka Konopki), inne w pierwszej połowie XX wieku na Kaszubach („Kamerdyner”), a jeszcze inne w dzisiejszej Warszawie („Nina” Olgi Chajdas).

Czas i miejsce to jedno, ale obrazowane problemy wiele się od siebie nie różnią.

Poszukiwanie akceptacji, kwestie tożsamościowe, próba okiełznania samotności powracają w kolejnych filmach jak bumerang. Mimo to, rodzimi twórcy nie pozwalają  swoim widzom nudzić się, czego najlepszym przykładem były nadkomplety na większości festiwalowych projekcji. Oby trwało to jak najdłużej!

Kuba Armata

Komentarze