Era nie takich głupich jasiów [Michał Massa Masior]

Michał Massa Masior -fotograf mody i reklamy, blogger. Technikę szlifował w Getty Images i International Center of Photography w Nowym Jorku. Na co dzień pracuje w Krakowie. Specjalizuje się w nietypowych portretach i koncepcyjnych sesjach. Im większe wyzwanie, tym lepiej. Górski szczyt, wnętrze szafy czy miejskie studio to równie dobre plany zdjęciowe - liczy się pomysł i jakość wykonania. Jego styl to charakterystycznie doświetlone zdjęcia, nasycone i pełne kolory, dbałość o detal oraz wyrazista dynamika obrazu.- madmassa.com - madmassa.blogspot.com - madmassa.fotoblogia.pl

Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych budzi we mnie kilka skojarzeń. Szarość i brud na ulicach, beztroska młodość pod znakiem BMXów i pierwszych rowerów górskich, moja mama płacząca ze szczęścia, kiedy nowo zaprzysiężony premier Tadeusz Mazowiecki stanął na mównicy sejmowej z charakterystycznym gestem wiktorii i towarzyszącymi jej owacjami na stojąco, a potem nastoletnie uniesienia, najpierw muzyczne, niewiele później także miłosne.

Fotograficznie czas ten kojarzy mi sie równie ciekawie. Napływ tak zwanych „głupich jasiów” z zachodu. Dostęp mieliśmy przede wszystkim do tych najtańszych. Pamiętam mój pierwszy aparat marki Braun (aparat, nie golarka elektryczna), czerwony, cały plastikowy. Koledzy mi go zazdrościli chyba głównie z powodu miniaturyzacji i koloru. Ostrość zdjęć była raczej umowna, choć pewnie nie bez wpływu na jakość pozostawały zakłady wywołujące filmy. Naświetloną rolkę z wakacji nosiłem do tzw. fotografa, choć człowiek obsługujący maszynę, która wywoływała film w procesie C41, prawdopodobnie z fotografem wiele wspólnego nie miał. Po kilku dniach (choć na każdym zakładzie widniał napis „zdjęcia w godzinę”) odbierało się gotowe odbitki w formacie 9×13 lub 10×15, błysk lub mat. Pieczołowicie wkładało się je do albumów, które później przekazywane były z rąk do rąk podczas spotkań towarzyskich. I tym sposobem fotografia trafiła pod strzechy odrapanych, zaniedbanych i oznaczonych przez koty starych, prywatnych kamienic wielu miast polskich.

Mały, kompaktowy aparat fotograficzny stał się must have’em obok wideoodtwarzacza (można było na nim zobaczyć „Rambo”, „Rocky” „Karate Kid” lub „Krwawy Sport”) i, dla tych bardziej majętnych, kamery wideo wielkości kuchenki mikrofalowej, noszonej na ramieniu ojców filmujących komunię dzieci. To wspomnienie „głupich jasiów” wydaje się być odrobinę znajome w kontekście nowoczesnych smartfonów. Dzisiaj każdy fotografuje, a telefony wyposażone w aparat fotograficzny przejęły rolę „idiotenkamer”, które dominowały w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Zastanawiają mnie jednak różnice między nimi.

PO PIERWSZE

Albumy fotograficzne oglądane przez kuzynostwo na imieninach cioci i kolegów na przerwie między lekcjami zostały zamienione na albumy w portalach społecznościowych dostępne dla dużo szerszego grona. Nie pokazujemy już pełnej relacji z wakacji, ale raczej wrzucamy pojedyncze zdjęcia, pokazujące nasz styl życia. Czy to źle? Chyba nie, jest po prostu inaczej. Domowe albumy pełne były zdjęć w klimacie „ja i zabytek”. Dzisiaj królują kadry „ja i kawa”, „ja i jedzenie”, „ja i wielki świat”.

PO DRUGIE

„Przepraszam, czy mógłby mi pan zrobić zdjęcie? Oooo, tu trzeba wcisnąć. Tak, żeby było widać mnie i zamek”. Coraz rzadziej to słyszymy. W erze samotności przypadkowego przechodnia zastąpiliśmy kawałkiem tandetnego patyka z uchwytem do przypięcia telefonu, sprzedawanego przez ulicznych handlarzy na każdym rogu w turystycznych miejscowościach.

Nie lubię selfie sticków, uważam je za chwilową modę, trochę mnie śmieszą. Z drugiej strony jednak nie jest to takie złe rozwiązanie, kiedy chcemy być samowystarczalni. W czasach przed fotografią cyfrową mój licealny kolega poproszony o zrobienie zdjęcia zawsze ucinał głowy bohaterom fotografii. Wielu turystów dzięki niemu zamiast uśmiechniętego zdjęcia na krakowskim rynku z Kościołem Mariackim w tle, oglądało w domu fotografie swoich nóg z tłem marmurowych płyt chodnikowych.

PO TRZECIE I NAJWAŻNIEJSZE

Nie chodzimy już do wspomnianego wyżej „fotografa”, czyli dzisiejszego „labu”. Kolejne zakłady zamykają się, a te, które jeszcze istnieją, starają się ciąć koszty, oczywiście kosztem słabszej jakości odbitek. Nie oglądamy już zatem wielu fizycznych fotografii, a albumy zarezerwowane są dla odrobinę staromodnych pasjonatów i fotografów ślubnych. 

Świat fotografii stał się bardzo narcystyczny. Klasyczne już wrzucenie zdjęcia z wakacji w poniedziałkowej porze śniadaniowej, kiedy wszyscy sięgając po kanapkę uruchamiają swoje „ajfony”, samsungi i inne „hułaleje”, ma za zadanie pokazać znajomym – patrz, gdzie jestem! 

Trochę tęsknię do czasów, kiedy dom był pełen gości. Nie trzeba było umawiać się tydzień wcześniej i wpisywać do kalendarzy dat spotkań towarzyskich. Przelewowy ekspres do kawy był co jakiś czas uzupełniany nowym ładunkiem kawy, bo wiadomo było, że zaraz przyjdzie jeden bądź drugi sąsiad. Albumy ze zdjęciami przechodziły z rąk do rąk, a spotkania polegały na niekończących się rozmowach, zamiast na wspólnym scrollowaniu smartfonów.

Komentarze