Emir Kusturica: „Dokument o Trumpie? Nie ma mowy!” [wywiad]

Dokument o Trumpie? Nie ma mowy!
Jeżeli ktoś mówi: „reżyser z Bałkanów”, na myśl natychmiast przychodzi Emir Kusturica. To bez wątpienia jeden z najbardziej oryginalnych twórców w europejskim kinie począwszy od drugiej połowy lat 80.

Człowiek, który w takich filmach, jak „Czas Cyganów” (1988), „Underground” (1995), „Czarny kot, biały kot” (1998) czy „Życie jest cudem” (2004) stworzył własny, natychmiast rozpoznawalny styl. Nagradzany na największych festiwalach – w Cannes, Berlinie czy Wenecji. Kusturica to człowiek wielu talentów, bo jest nie tylko cenionym filmowcem, ale także muzykiem i pisarzem.

O swoim nowym filmie, świecie przeżartym korupcją, sympatii do Władimira Putina i specjalnym rodzaju masochizmu z Emirem Kusturicą rozmawia Kuba Armata.

Słynie Pan nie tylko z wyrazistego kina, ale i wyrazistych poglądów. Dowodem jednego i drugiego jest pana najnowszy dokument poświęcony byłemu urugwajskiemu prezydentowi oraz zapalonemu socjaliście, jakim jest Pepe Mujica.

Obecnie jesteśmy niestety przeżarci korupcją. Dotyczy to zwłaszcza świata polityki. Co ważne, mój bohater doszedł do władzy bez tego. I okazuje się, że można. W świecie pełnym korupcji mamy nagle człowieka, który nie bierze w łapę. To był pierwszy impuls do tego, by zrobić film.

Jak on zareagował, kiedy zaproponował mu pan realizację dokumentu?

Problem w tym, że ja niczego nie proponowałem. Oni sami do mnie przyszli, co w gruncie rzeczy jest dość zabawne. Po tym, jak dziesięć lat temu zrobiłem film o Maradonie, okazało się, że jestem postrzegany jako specjalista od portretowania latynoamerykańskich legend (śmiech). Co ciekawe, żona Pepe przeczytała dwie moje książki i była przekonana, że jestem odpowiednim człowiekiem, by się tego podjąć.

Wiele zaskoczyło Pana w tym człowieku?

Chociażby to, że u niego nie występuje taki system bezpieczeństwa, jaki spotyka się w Europie. Większość rzeczy Pepe robi sam. Nie ma żadnego powodu, by mieć ochronę. Jest przy nim tylko jeden gość z sąsiedztwa i drugi spełniający raczej rolę szofera. Kiedy się zastanawiasz, z czego to wynika, szybko dochodzisz do wniosku, że to człowiek, który się po prostu niczego nie boi. W świecie polityki to coś zupełnie wyjątkowego.

To prawda! Współczesna polityka lubi się odgradzać od ludzi, zamiast wyciągać do nich ręce.

Pepe przypomina mi trochę głównego bohatera „Taksówkarza” Martina Scorsese. To były bojownik, anarchista, który sam w przeszłości zmuszony był do zabijania czy porywania. A jednocześnie to człowiek wciąż powtarzający, że najgorszą rzeczą na świecie są banki i tak naprawdę zbrodnią nie jest rabowanie takiej placówki, co też mu się zdarzyło, a budowanie jej.

Pepe jako polityk to człowiek, który ma głowę na karku. Przykładowo zalegalizował w Urugwaju marihuanę. Oczywiście każdy z nas wie, że może ona być uzależniająca, ale zazwyczaj tak się dzieje w europejskich krajach, gdzie jest zakazana. Pepe korzystał z wolności, jaką udało się wykształcić w dzisiejszym świecie, a jednocześnie pokazywał, jak należy żyć.

Myśli Pan, że inni prezydenci mogliby się czegoś od niego nauczyć?

Przede wszystkim powinni być nim dzisiaj zawstydzeni. W dużej mierze dlatego, że spora część z nich jest skorumpowana i pozwala na życie w takim systemie. Odziedziczyli to zresztą po swoich poprzednikach i najwyraźniej jest im z tym na rękę. Nagle okazało się, że jest ktoś zupełnie czysty.

Kiedy mówi Pan, że wszyscy prezydenci są dzisiaj skorumpowani, to zastanawiam się, czy jest ktoś taki w świecie polityki, komu Pan ufa?

Nie mówię, że wszyscy, ale trzeba zauważyć, że jest taki trend. Osobą, której ufam, był dla mnie zawsze Władimir Putin. Jestem człowiekiem, który większość swojego życia funkcjonował w dwubiegunowym świecie. Dopiero teraz widać, w jakim gównie taplaliśmy się za czasów reżimu. Uważam, że Putin jest mądrym gościem. Konieczne jest znalezienie balansu pomiędzy Zachodem a Wschodem. Nie może on być jednak osiągnięty w tak brutalny sposób, do jakiego przywykliśmy.

Jestem zaskoczony! Zachód przez Putina często traktowany jest jak wróg.

Zachód wcale nie jest wrogiem. Sam większość czasu spędziłem na Zachodzie. Chodzi o to, że na samych szczytach są tam często ludzie, którzy robią złe rzeczy. Wierzę w niektórych polityków, takich, którzy są autentyczni, dają szansę na stworzenie dobrego rządu i po prostu rzetelnie pracują. Jestem przekonany, że na całym świecie są ludzie, którzy robią dobre rzeczy.

A czy wierzy Pan, tak jak bohater filmu, w ideę socjalizmu?

Wierzę. Jeżeli chcesz się o tym przekonać, to zapraszam na festiwal, który organizuję każdego roku w styczniu. Tak właśnie tam żyjemy. W wiosce, jaką zbudowałem na potrzeby filmu „Życie jest piękne”. Poza tym czuję, że dokument o Pepe to mój wkład do świata polityki.

Poszedłby Pan w politykę, gdyby trafił do takiego miejsca, w jakim funkcjonował Pepe pięćdziesiąt lat temu, czyli kraju w totalnym konflikcie?

Nie miałem za bardzo szansy, by wykorzystać w ten sposób swoje pokłady energii. Wiele osób mówi mi, że skończę jako polityk z uwagi na to, że jestem zainteresowany wieloma innymi rzeczami poza kinem. Myślę, że to mało prawdopodobne, bo w Europie Wschodniej w czasach, kiedy naprawdę można było coś zrobić, władza została oddana w ręce zbrodniarzy. To pewien paradoks, gdyż Pepe i jego kompanii na pierwszy rzut oka robili złe rzeczy – napadali na banki, porywali ludzi. Udało im się jednak osiągnąć to, o co walczyli. Dzięki czemu poziom socjalny jest dziś tam znacznie wyższy, niż był kiedyś.

Widzi Pan jakieś podobieństwa w mentalności ludzi z Bałkanów i Ameryki Południowej?

Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy jest dość podobna. Jestem typem człowieka, dla którego najważniejsza jest wolność. Dotyczy to zarówno życia, jak i filmów. Kiedy przyglądam się temu, jakie produkcje powstają obecnie w Serbii, odnoszę wrażenie, że są dużo gorsze od tych sprzed 40-50 lat. Twórcom nie chodzi o ideologię, a wyłącznie o poprawność polityczną, o to, by przypadkiem nikomu nie podpaść. Niestety, najbardziej widać to właśnie w kinematografii.

Coraz mniej filmów pokazuje prawdziwych ludzi. Zamiast tego dostajemy fałszywe historie o fałszywych bohaterach, które są niewiele warte. Zresztą wydaje mi się, że jest to problem, który dotyczy nie tylko Serbii.

Dlaczego wspiera Pan tak kontrowersyjną osobę, jaką jest Putin?

Rosja zawsze jest przedstawiana jako najbardziej agresywny kraj na świecie. A przecież historia pokazuje, że między XVI a XVIII wiekiem Polska też ją atakowała. Jestem zwolennikiem dwubiegunowego świata. Kiedy ktoś bombarduje Serbię, uważam że potrzebna jest osoba mówiąca stanowczo: „Nie!”. Przecież to, co się wydarzyło w Kosowie, to największa grabież w XX wieku. Splądrowano to miejsce, odcięto nas od wszelkich zasobów. Potrzebny jest ktoś, kto głośno zaprotestuje.

Wyobraża Pan sobie zrobienie dokumentu o kimś, kogo darzy Pan negatywnymi uczuciami? Na przykład Donald Trump?

Dokument o Trumpie? Nie ma mowy. Sympatia w stosunku do bohatera wcale nie jest potrzebna, bo można zrobić satyrę i nieźle o nim pożartować. Kino zawsze jest pewną strukturą bazującą na konflikcie bądź dramacie. Cokolwiek byś nie zrobił, jeśli tego nie ma, zawsze skończysz na  gadających głowach. Tak sobie myślę, że nienawidzić kogoś i mimo to spędzić z nim trzy lata swojego życia, to musi być specjalny rodzaj masochizmu. A ja chyba wciąż nie mam na niego ochoty (śmiech).

Jakiś czas temu mieliśmy okazję zobaczyć zrealizowaną przez Pana po niemal dziesięcioletniej przerwie fabułę „Na mlecznej drodze”. Czy na tym etapie swojego życia, mimo wielu innych aktywności, nadal ma Pan ochotę na kino fabularne, czy raczej kieruje się Pan w stronę takich właśnie biograficznych dokumentów?

Jestem otwarty na fabuły. Niedługo jadę do Chin, by tam realizować film, który oparty będzie na dwóch głośnych powieściach Fiodora Dostojewskiego. Jedną z nich jest „Idiota”, drugą „Zbrodnia i kara”. Chodzi o zestawienie głównych postaci z tych książek, czyli Raskolnikowa i księcia Myszkina. Zastanawia mnie, jak oni mogliby się dzisiaj zmienić.

Myszkin pewnie nie będzie już taki spokojny i zdystansowany, jak to było u Dostojewskiego. Raskolnikow z kolei kieruje się bardziej w stronę religii. Przede mną naprawdę spore wyzwanie, bo czuję, że to będzie duża produkcja. A to przecież moja specjalność (śmiech). W ogóle nie rozumiem, czemu obecnie każdy chce robić mały, kameralny film. Poza tym finiszuję właśnie z kolejną książką. Najpierw zostanie opublikowana właśnie w Chinach.

Wydaje mi się, że chińskie społeczeństwo przechodzi obecnie naprawdę dużą przemianę, ale widzimy to jako całość, nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak oddziałuje to na jednostki.
 

Rozmawiał Kuba Armata

Komentarze