Dorota Roqueplo – kobieta, która ubierała Twojego Vincenta [wywiad]

Dorota Roqueplo - kobieta, która ubierała Twojego Vincenta [wywiad]
Dorota Roqueplo uchodzi za najbardziej cenioną kostiumografkę w naszym kraju. Na swoim koncie ma wiele nagród i jeszcze więcej ciekawych projektów, również w zanadrzu. To ona ubierała bohaterów „Miasta 44”, „Młyna i Krzyża”, „Hiszpanki” czy nominowanego do Oscara „Twojego Vincenta”. Z panią Dorotą spotkaliśmy się w jej pięknie urządzonym – jak na ten zawód przystało – mieszkaniu na warszawskiej Pradze-Północ, a rozmowie Kuby Armaty uważnie przysłuchiwały się dwa koty.
Projektuje Pani kostiumy do filmów, których akcja dzieje się w różnych epokach. Ma Pani swoją ulubioną?

Lubię kino historyczne. Po pierwsze dlatego, że zawsze chciałabym wiedzieć, co ci ludzie tak naprawdę czuli. Interesuje się nie tylko historią, ale i człowiekiem. To właśnie ze względu na niego wykonuję ten zawód, a nie z uwagi na modę. Kino historyczne może być oparte na faktach bądź bazować na wymyślonej przez nas opowieści, rozgrywającej się w określonych realiach. Przez przypadek obejrzałam niedawno znowu „Co się wydarzyło w Madison County” Clinta Eastwooda. Mam wrażenie, że ten film musiał rozgrywać się właśnie w tamtych latach, ale reżyser zrobił to bardzo subtelnie, delikatnie. W efekcie z dużą uwagą patrzyłam na wszystko, co otacza głównych bohaterów. Podoba mi się osadzanie człowieka w jego historii. To szalenie ciekawe. Co oczywiście nie oznacza, że nie lubię współczesności. Ona też może być interesująca. Najmniej atrakcyjna, co nie znaczy oczywiście, że wcale, jest moim zdaniem ta najbliższa mnie historia. Patrząc na modę lat 80. i 90. powiedzmy sobie szczerze – wyglądaliśmy wtedy niespecjalnie.

A jak teraz wyglądamy?

Cudowną rzeczą jest to, że możemy wyglądać, jak chcemy. Są ludzie, którzy chodzą w ciuchach z lat 50. Inni z kolei ubrani są bardzo modnie, co często oznacza po prostu przywiązanie do danego projektanta. Jeszcze inni wszystko ze sobą mieszają. Byłabym ostrożna z użyciem słowa „oryginalność”, ale na pewno ulica jest ciekawsza niż kiedyś.

A gdyby ją porównać z paryską?

Z uwagi na globalizację mamy coraz więcej wspólnych cech. Paryż jest pod tym względem specyficznych miastem, bo wszystko zależy w nim od dzielnicy. Bardzo lubię te afrykańskie, gdzie widać ludzi ubranych zupełnie tak jak w swoim kraju. Pięknie, kolorowo, co pomieszane z europejskim sznytem robi naprawdę duże wrażenie. Przemieszanie kultur jest dla mnie najciekawsze. Wychodzą z tego bardzo interesujące kombinacje modowe. U nas niestety tego nie ma. Na szczęście trochę się to zmienia, choć wciąż jesteśmy nieco czarno-biali. Z drugiej strony wraca teraz taka moda!

Czym dla pani różni się zawód kostiumografa od bycia projektantem mody?

Każdy z tych zawodów jest inny. Projektant może sobie wymyślić kukuryku na głowie, nie myśląc o danej postaci z krwi i kości, ale też nie będąc zobligowany do tego, by przekazywać prawdę. Dobrym tego przykładem może być Alexander McQueen. Jego prace to kompletne szaleństwo. Niesamowicie go podziwiam, bo to człowiek, który miał ogromną wiedzę historyczną, którą widać było na każdym kroku. Jednocześnie to bardzo smutna postać. Przyznaję, że uciekłam z jego wystawy w Londynie. Nie mogłam tam zostać, bo z każdej strony czułam jego cierpienie. W każdym kostiumie. Bardzo dziwne uczucie. Wychodząc z wystawy, wiedziałam, że musiał popełnić samobójstwo. McQueen to był fenomen totalny.

Interesuje panią w ogóle moda, pokazy, projektowanie?

Choć uważam ją za sztukę, w ogóle nie jestem modowa. To zupełnie inna rzecz niż to, co sama robię. Choć przykładowo Paco Rabanne zrobił wspaniałe kostiumy do „Barbarelli – królowej galaktyki” Rogera Vadima, ale to jednak specyficzne rzeczy. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ci nawet najbardziej kreatywni ludzie zrobili film współczesny jeden do jednego. Kostiumograf bardziej koncentruje się na człowieku, który w modzie stanowi jedynie dodatek. Ale bez mody nie byłoby ulicy.

Kostium traktuje pani ponoć jak drugą skórę.

Wejście w psychologię postaci wcale dla aktora nie jest łatwe. Donald Sutherland powiedział mi kiedyś, że mogę godzinami z nim pracować, bo daję mu jego narzędzie pracy. Szczegóły związane z kostiumem często są niezwykle ważne dla aktora. Pomagają mu grać, sprawiają, że jest bardziej wyrazisty, wiarygodny. W Polsce zazwyczaj nie ma zbyt dużo pieniędzy na produkcję, wobec czego producenci przekonują, że wystarczy poprosić, by aktor przyszedł we własnych butach. Nie zgadzam się z tym. To nie jest pan X, który jest aktorem, to konkretna filmowa postać. Trzeba to zrozumieć. Bardzo lubię aktorów i wydaje mi się, że oni mi tę sympatię oddają. Czują, że wchodzę w daną postać tak głęboko, iż na pewno nie zrobię im krzywdy. Nawet jeśli ich szpecę, jest w tym jakiś sens.

Jak w ogóle zainteresowała się Pani kinem?

Moja mama co tydzień zabierała mnie do kina w Paryżu na specjalne seanse dla dzieci. Miałam wtedy chyba pięć lat. Widziałam wiele fantastycznych filmów, które mocno zadziałały na moją wyobraźnię. Podobno powiedziałam kiedyś, iż będę robiła ładniejsze kostiumy niż w „Sissy” z Romy Schneider. Później dopiero dowiedziałam się, że były to prawdziwe suknie z epoki (śmiech). Od najmłodszych lat bardzo to lubiłam. Siłą rzeczy nie byłam jeszcze wtedy pewna, czy w tę stronę to pójdzie, ale czułam, że jest w tym coś fascynującego, co mnie przy tym trzymało.

Zaczęła pani z wysokiego C, bo jedną z pierwszych produkcji, przy których pani pracowała, był serial Macieja Wojtyszki „Mistrz i Małgorzata”. Ogromne wyzwanie jak na początek.

Wielką szansę dała mi wtedy Ewa Krauze. Była tam cała sekwencja Jerozolimy, którą powierzyła mi do zaprojektowania. Uważam w ogóle, że człowiek uczy się na planie. Wiedzę i umiejętność rysowania może oczywiście nabyć wcześniej. Niemniej jednak pracy w filmie trzeba nauczyć się właśnie na planie. Krok po kroku, zaczynając od asystentury. Nie wierzę, że od razu można z wszystkim sobie poradzić i być kompletnym kostiumografem. Trzeba cierpliwie przejść przez kolejne szczeble.

Trudniej zrobić kostiumy do filmu historycznego niż współczesnego?

To kompletnie inna rzecz. Choć chyba trudniej zrobić do współczesnego filmu, z uwagi na to, że każdy ma tu jakieś swoje widzimisię. Pamiętam, jak pracowałam przy „Operacji Samum” Władysława Pasikowskiego. Ktoś w pewnym momencie zwrócił mi uwagę, że nie było jeszcze wtedy T-shirtów w V, jakie nosili bohaterowie. Miałam oczywiście tego świadomość, ale koncentrowałam się na tym, że robię jednak kino współczesne. Słyszałam głosy, że to prawdziwa historia i warto byłoby się trzymać prawdy. Zastanawiam się zawsze, czy kostiumograf w takiej sytuacji ma prawo pójść trochę w kreację.

I co Pani sądzi?

To niełatwa do rozstrzygnięcia kwestia. Czasami fotografuję ludzi na ulicy i wiele z tego mnie zaskakuje. Reflektuję się jednak, że nie mogę pokazać tego w filmie, bo kieruje się on innymi kategoriami. W niektórych sytuacjach to, co funkcjonuje w życiu, na ekranie wygląda tak, jakby było przesadzone. Staram się trzymać tej reguły, choć z drugiej strony lubię łamać prawdę. Wydaje się, że przy takim filmie jak „Miasto 44” Jana Komasy nie było na to miejsca, ale nie jestem też przekonana, czy jedna z bohaterek, Biedronka, włożyłaby w tamtej sytuacji akurat taką suknię. Stworzyłam tam pewną koncepcję bohaterki hołubionej przez rodziców, dziewczynki z dobrego domu, która wraz z postępującą akcją przemienia się w osobę bohaterską i wchodzi w pewien rodzaj służebności. Dlatego ma na sobie, niewiele przerobiony, kostium służb maltańskich.

Wracając do zdjęć, które robi Pani na ulicy. Często stanowią one inspiracje do pracy?

Nie wiem, czy mnie to inspiruje, ale na pewno lubię oglądać. Uważam, że kostiumograf to zawód polegający na ciągłej obserwacji i wtapianiu się w tłum. To nie moda. Moda to styliści, projektanci, a kostiumograf to człowiek, ulica. Kiedy pracuje się nad filmem współczesnym, powinno się wchodzić w różne środowiska. To szalenie ciekawe. Tak naprawdę niewiele wiemy, jak ludzie żyją. Szukając dla siebie mieszkania, odwiedziłam ich naprawdę wiele. Momentami nie wierzyłam, że tak można funkcjonować. W bardzo różnym wymiarze, chociażby bałaganu czy nagromadzenia tysiąca rzeczy, które przecież nie są nam potrzebne. Tym, co posiadam w największej liczbie, są książki. To prawdziwe źródło moich inspiracji. Internet jest w porządku, ale nie zawsze. Trzeba zdać sobie sprawę, że jest powierzchowny i w przeciwieństwie do książek nigdy nie znajdziemy w nim wszystkiego. Pamiętam, że wchodziłam do takich domów, gdzie nie było ani jednej książki.

Jak przygotowuje się pani do swojej pracy? Pamiętam, jak jakiś czas temu Xavier Dolan opowiadał mi, że tworzy lookbook złożony z wycinków, rysunków, ksera, będący wyrazem jego wizualnych fascynacji.

Pracuję trochę inaczej. Pewne rzeczy oczywiście gromadzę, ale bardziej chyba wchodzi mi to wszystko do głowy. Mam tam tysiące szufladek, które powoli się wypełniają. Kiedy czytam scenariusz, pojawiają się pierwsze obrazy, które są tam przez cały czas. Nawet jeżeli pomysły ewoluują, wracam do tych z samego początku. Pierwsze pomysły, myśli często okazują się najlepsze. Trudność mojego zawodu polega na przelaniu tego wszystkiego na papier. Jeżeli tego nie zrobię, mam poczucie, że coś jest niedokończone. Zdarzają się sytuacje, kiedy czuję, że „mam” już kostium, rysuję go i dopiero wtedy przekonuję się, że czegoś brakuje.

Kostiumy są szyte czy raczej szuka ich Pani w magazynach w całej Europie?

Wszystko zależy od filmu. W przypadku „Twojego Vincenta” kostiumy wszystkich postaci pierwszoplanowych były szyte. Z kolei całe tło było wypożyczone z Paryża. W przypadku „Miasta 44” również cały pierwszy plan był szyty. Wspomniana Biedronka miała przykładowo osiem sztuk jednej sukienki. Mogłam posłużyć się prawdziwymi kostiumami z epoki, ale musiałabym mieć pewność, że nie zostaną zniszczone, a nawet pobrudzone. W tym przypadku takiej możliwości nie było. Jedynie w pierwszych scenach można zobaczyć kilka prawdziwych kostiumów wypożyczonych z Francji. Zresztą wiąże się z tym niesamowita historia. Moje asystentki wyciągały kostiumy, które wspólnie wybrałyśmy w Paryżu, i nagle jedna z nich trafiła na kaszkiet. Była w nim złożona gazeta z 1920 roku. Kiedy ją wyprasowaliśmy, okazało się, że można tam przeczytać o Polakach, którzy obronili się przed atakiem Sowietów. To był znak. Zwracam na nie zresztą dużą uwagę.

Na przykład?

Trzeba wsłuchiwać się w to, co nas otacza. Siedziałam kiedyś w moim mieszkaniu przy biurku i czytałam scenariusz „Miasta 44”. Był kwiecień, godzina 20, dość ciemno za oknem. Nagle aura światła gwałtownie się zmieniła, ale trochę sztucznie. Podniosłam się znad biurka i okazało się, że niedaleko płonęła kamienica. Czytać o powstaniu i widzieć zza okna płonącą kamienicę to dość mocny obraz. Gaszono ją przez osiem godzin, a ja w tym czasie czytałam o tym, jak cała Warszawa płonęła. Niewiarygodne. Zastanawiałam się, czy to nie zdarzyło się przypadkiem, żebym miała większą świadomość tego miasta. Często gdy robię ważne filmy, dzieje się coś takiego, że człowiek przystaje i zaczyna się zastanawiać.

Praca nad animowanym „Twoim Vincentem” wiele różniła się od tej przy jakimkolwiek innym filmie?

Podeszłam do tego jak do prawdziwego filmu. Początkowo pomysł był taki, by na drugim planie bohaterowie ubrani byli w jeansy i koszulę. Uparłam się jednak, żeby było inaczej. W końcu robiliśmy film o Van Goghu. Musieliśmy zatem oddać to, co on widział, a nie to, co my widzimy. Nie pracuję w animacji, więc do samego końca nie wiedziałam, co z tego wyjdzie. Mam jednak poczucie, że warto było się upierać i myśleć też o Van Goghu. Robienie filmu o takim artyście wymaga pokory. To też odnosi się do uznania, że żył on w konkretnej epoce.

Filmy malarskie są chyba pani bliskie. Obok „Twojego Vincenta” to także „Młyn i Krzyż” Lecha Majewskiego, czyli spojrzenie na dzieła Pietera Bruegla.

Uważam, że mariaż malarstwa i kina to wspaniała rzecz. Dotknąć czyjegoś malarstwa poprzez kostium daje dużą frajdę. Bruegla zresztą bardzo lubię i cenię jako malarza. Imponuje mi świat, jaki pokazywał. Kiedy dostałam tę propozycję od Lecha, poczułam, że to jakaś magia. Trochę się sprzeczaliśmy na planie, ale artystycznie dogadaliśmy się niesamowicie. Poza tym ja szalenie lubię średniowiecze i wcale nie uważam, że jest nieciekawe czy zacofane, a wiem, że taka opinia panuje.

Trudniej ubrać człowieka czy awatar? Mam na myśli współpracę z Janem Komasą przy „Sali samobójców”.

O wiele łatwiej awatar. To było nowe i bardzo ciekawe doświadczenie. Janek to reżyser, który cały czas poszukuje, a ja lubię rysować i kombinować. W tej postaci wiele jest zresztą z historii kostiumu. Jak się dobrze przyjrzeć, Dominik jest dandysem z epoki tuż po rewolucji. Młodzi nosili wtedy szaliki, udając, że boli ich gardło. Robili sobie garba, tak jak my dzisiaj robimy tatuaże. Dekadencja. Taka była moda. Wiele jest tam takich smaczków.

Rozmawiał Kuba Armata

Komentarze