Dom za miastem – marzenie i przekleństwo

Fot. Marcin Furtak
Zwolennicy mieszkania z dala od wielkomiejskiego zgiełku znajdą przeróżne argumenty za takim rozwiązaniem. Wszechobecność przyrody, własny ogród, cisza, intymność, lepsze powietrze. Do tego doliczą święty spokój od uciążliwych sąsiadów i miejsce, gdzie dzieci i pies mogą się zmęczyć beztroskim bieganiem.

Tyle samo jest mankamentów.

Słabsza infrastruktura, gorsze szkoły, odległości i czas stracony na drogach dojazdowych mierzony tygodniami w skali roku.

Część czytelników doda trudności w utrzymywaniu znajomości i niemożność wypicia dobrej kawy na Kazimierzu.

Nie rozstrzygniemy tego ani dziś, ani jutro. Przykłady rozlewania się miast, czyli tzw. eksurbanizacji (ang. sprawl), nie niosą wcale optymistycznych doświadczeń. Nawet Melbourne uznane przez „The Economist” za najlepsze miasto do mieszkania na świecie (konkurs w latach 2011-2015) ma swoje problemy wynikające z olbrzymiej powierzchni.

Szerokość pomiędzy wschodnią i zachodnią granicą miasta przekracza 100 km, a sporych rozmiarów dom na obrzeżach kosztuje do dziesięciu razy mniej niż niewielki i wcale nie luksusowy apartament w downtown.

Jeśli jednak decydujemy się na dom i wybór ten wynika z względów racjonalnych, a nie ambicjonalnych („bo zawsze marzeniem był dom!”), to warto przyjrzeć się nowoczesnym tendencjom kształtowania naszych villa suburbana.

1 of 5

Komentarze