Dolina Loary

Czytelnicy z pokolenia wychowanego na przygodach Pana Samochodzika pamiętają zapewne szóstą część, gdzie dzielny Pan Tomasz walczył z nieuchwytnym Fantomasem. Akcja książki osadzona w zamkach nad Loarą, dawała pewne wyobrażenie o tym regionie. Ale jako że Pan Samochodzik był typem dzielnego skauta, dowiedzieliśmy się sporo o zamkach, a praktycznie niewiele więcej o tym, co oferuje ta niezwykła kraina.

Będąc w komfortowej sytuacji posiadania tam przyjaciela, który kilkakrotnie namawiał do odwiedzin, wystarczyło skrzyknąć odpowiednią ekipę i udać się nie tylko śladami historii, ale także jedzenia i wina. Naszą bazą miało być Tours, stolica Turenii i największe miasto w regionie.

Dolina Loary, najdłuższej rzeki we Francji rozciąga się mniej więcej od Sancerre na wschodzie (słynącego z najlepszych Sauvignon Blanc), aż do Atlantyku, do miasta Nantes. Zamieszkała już w czasach galijskich, prawdziwy rozkwit zaczęła przeżywać od wieku XV, gdy kolejni królowie wracający z wojen w Italii, postanowili naśladować włoski styl i budować zamki na renesansową modłę, zamiast dotychczasowych warownych siedzib. Szlachta, pragnąc pozostać w pobliżu rządzących, budowała swoje rezydencje również wzdłuż rzeki. Z kolei porty nad Loarą były ważnymi ośrodkami, do których przybywały towary z francuskich kolonii. I choć w połowie XVI wieku król Franciszek I przeniósł ośrodek sprawowania władzy do Paryża, Dolina Loary pozostała popularnym miejscem wypoczynku wśród arystokratów.
Dziś, na obszarze około 800 km kwadratowych, znajdziemy ponad 300 wspaniałych zamków i posiadłości. Najczęściej są one w rękach prywatnych. Jednak wielkie koszty utrzymania powodują, że znakomita większość jest udostępniona do zwiedzania.

Z Krakowa do Tours jest ponad 1700 km. Po długiej nocy spędzonej na niemieckich autobahnach dojechaliśmy na miejsce około 10 rano. Dokładnie do Ballan-Miré, malutkiego miasteczka nieopodal stolicy Turenii. Przywitali nas Antoine – Francuz i Cesare – Włoch, starzy kumple z czasów naszych angielskich eskapad. Choć wiedzieli, że noc spędziliśmy w samochodzie nie dali nam dużo czasu na odpoczynek. Po krótkim śniadaniu, pojechaliśmy zwiedzać. Cel pierwszy: Zamek Chenonceau. Ding, ding! Odezwał się dzwonek. Chenonceau nazywany jest również Château des Dames, czyli Zamkiem Dam, ze względu na 6 kobiet, które były jego właścicielkami. Niewiarygodne, pan Samochodzik właśnie tu rezydował w powieści, ale szanse, że wiedział o tym Antoine były znikome. Niemniej jednak wybrał doskonale na sam początek. Zamek leży na rzeką Cher i słynie z pięknych ogrodów, założonych przez królewską faworytę Dianę de Poitiers. Tam również, obok dzieł sztuki, odwiedziliśmy cudownie wyposażoną kuchnię. Dzisiejsze gospodynie posiadając miedziane garnki lub naczynia są szczególnie dumne, gdyż są to utensylia drogie, ale znakomicie sprawdzają się w kuchni. Tamtejsi kucharze, gdyby żyli we współczesnych czasach, mieliby prawdopodobnie najwięcej radości, bo można było zobaczyć wszelakie cuda zrobione z tego cennego metalu.

Obcowanie z historią i sztuką było krzepiące, ale zmęczenia spowodowanego nocą w samochodzie oszukać się nie dało. Wróciliśmy do domu by odpocząć, ale przed snem Antoine zapowiedział mobilizację i wczesną pobudkę, bo następnego dnia, czyli w sobotę, zaplanował garden party, a mówiąc po prostu: grillowanie w ogrodzie.
Poranek przyniósł poprawę pogody. Gdy wstaliśmy Antoine był już po zakupach. Na co dzień sommelier, miał również wyczucie, jeśli chodzi o jedzenie. Jeszcze przed śniadaniem otworzył butelkę cabernet franc od lokalnego producenta z Chinon, Nicolasa Grosbois. Szczodrze dolewając do naszych kieliszków spowodował, że byliśmy gotowi na przyjęcie innych gości już po niecałych dwóch godzinach, tak sprawnie przebiegały przygotowania. Same frykasy: pieczywo z lokalnej boulangerie, steki wołowe, andouillettes czyli lokalna odmiana flaków, choć nie w postaci zupy, ale grillowane i ser Sainte-Maure de Touraine dojrzewający w popiele. A do picia? A do picia były butelki wina Vouvray od François Pinon, do którego wybieraliśmy się dnia następnego. Impreza przeciągnęła się do wieczora, gdy nastąpił przedwczesny finał, ponieważ uczestnicy wspomagani winem od poranka przeszli w odmienne stany świadomości.

Podróżując, człowiek dochodzi do wniosku, że jedną z najgenialniejszych rzeczy jest możliwość spróbowania tego, co wytwarzają tubylcy. François Pinon to człowiek, który również rozsławił Dolinę Loary, choć nie miał nic wspólnego z budowaniem zamków. Jadąc na wschód od Tours dojedziemy do Vernou-sur-Brenne, gdzie powstaje jedno z najlepszych win zrobionych w całości z chenin blanc. Ci, którzy lubią to winogrono w południowoafrykańskim wydaniu, byliby zdziwieni, jak inna może być jego francuska wersja. Vouvray, bo o nim mowa, jest apelacją, w której wytwarza się białe wina w całej palecie. Od wytrawnych po musujące i likierowo słodkie, niezwykła kwasowość chenin blanc pozwala im osiągać nieprzeciętny potencjał starzenia. Są udokumentowane przypadki picia Vouvray niemal stuletniego (sic!) i nadal będącego w najwyższej formie. François jest zwolennikiem organicznego traktowania wina, tylko ręcznych zbiorów i długiego leżakowania. A jednak ceny jakich żąda są nieprzyzwoicie niskie. Całe szczęście, Antoine zaaranżował nasz przyjazd wcześniej, bo Pinon jest zapracowanym człowiekiem. Część piwnic urządzona jest w wyżłobionej przez naturę jaskini skalnej. Po zwiedzaniu nastąpiła część praktyczna, gdzie gospodarz przygotował kilkanaście butelek. Reszta jest milczeniem, ale 100% uczestników dopisała Vouvray do swojej listy ulubionych win.

Kolejny dzień nie dawał wytchnienia. Saumur jest odległe od Tours jakieś 80 km. Słynie z dwóch rzeczy: wspaniałego zamku i musującego wina. Niewiarygodna koincydencja: te dwie rzeczy znajdowały się również w kręgu naszych zainteresowań.
Choć system autostrad we Francji jest dobrze dopracowany, Cesare zaproponował drogę alternatywną. Chłopaki razem pracują prowadząc dwie knajpy i tego dnia Antoine musiał wracać do pracy, a Chez (jak nazywają go przyjaciele) chciał się wybrać z nami. Trasa, którą zasugerował wiodła cały czas wśród Loary, przez malownicze miasteczka. Niespieszne 90 km/h na asfalcie gładkim jak stół do cymbergaja, przypomniało, że samo prowadzenie auta to również frajda. Cóż, poligonowy stan polskich dróg na to nie pozwala. Na miejscu, a pogoda była przepiękna, podziwialiśmy widoki z zamkowego tarasu, bo rezydencja w Saumur położona jest na wzgórzu. Potem, schodząc spacerem na Plac Saint-Pierre przekonaliśmy się, że naprawdę nie trzeba przepłacać za szampana, by skosztować przedniego wina musującego jakim bez wątpienia jest Saumur mousseux. Późnym popołudniem, wracając do Tours zajrzeliśmy jeszcze do Château de Langeais. Naprawdę, nie da rady długo szukać lub specjalnie zbaczać z drogi, by znaleźć interesujące miejsca.

Wieczorem chłopaki zapraszali na kolację do swojej restauracji. Choć termin ‘restauracja’ zupełnie nie pasuje do miejsca jakim jest „O Lieu dit Vin”. Ze swojej pasji do wina, Antoine spróbował uczynić biznes. Wyobraźcie sobie coś pomiędzy sklepem z winem, lokalnym bistro i popularnym miejscem spotkań w stylu zrelaksowanym. „O Lieu” jest poza centrum, ale bywalcy doskonale je znają. Od wejścia czujesz się jak u siebie, karta menu jest króciutka, bo wszystko jest przygotowywane z lokalnych produktów. Tego wieczoru do wyboru był tatar (receptura Cesare) z parmezanem, domowy pasztet i rillettes. To kolejna potrawa rodem z Turenii, której smak sławił już Balzac. Pokrojone w grubą kostkę mięso świnki gotuje się powoli w wieprzowym lub gęsim smalcu przyprawione solą, pieprzem, jałowcem, podlane winem lub rosołem. Po kilku godzinach w garnku mięso niemal się rozpada. By tłuszcz dobrze wniknął pomiędzy mięsne włókna, trzeba je porozdzielać widelcem. Utworzą potem miękką, soczystą, kremową masę z zaznaczoną fakturą. Gdy płynne rillettes przelewa się do słoika, tłuszcz wypływa na powierzchnię, tworząc konserwującą przykrywkę. Bez lodówki wytrzymuje kilka tygodni. Rozsmarowane na chlebie, posypane posiekaną szalotką, podane z korniszonami idealnie uzupełniały kolejne kieliszki wina, które piliśmy. A było co wspominać: szampan Lallier, Chorey-les-Beaune (czyli jeden z naszych ulubionych burgundzkich pinot noir) i niebiański syrah Saint Joseph od Allana Graillot. Siada się gdzie jest miejsce, przy barze, wysokim stoliku lub małej werandzie. A prawdopodobieństwo, że dosiądzie się do Was ktoś z ‘lokalsów’ by pogawędzić jest stuprocentowe. No i te ceny. Antoine uważa, że nie wolno kazać ludziom płacić za dużo, by mogli się napić dobrego wina. A ponieważ na miejscu jest również sklep, można wybierać z kilkuset pozycji.

Nasz pobyt w Turenii dobiegał końca. Został nam jeszcze dzień, bo potem wybieraliśmy się przez Orlean do Szampanii. Jednak nasi gospodarze zadbali o to, by cieszyć się z każdej chwili spędzonej w Dolinie Loary.
Rankiem, po wylosowaniu kierowcy, pojechaliśmy do Château d’Azay-le-Rideau. Ten przepiękny, renesansowy zameczek zbudowany został na rzecznej wysepce, więc jego fundamenty wystają prosto z wody. W słoneczny dzień gładka powierzchnia rzeki pokazuje lustrzane odbicie zamku. W 1905 roku został on kupiony przez rząd francuski i wpisany na listę zabytków. Podczas drugiej wojny światowej był siedzibą Ministerstwa Edukacji, bo naonczas w Paryżu bezpiecznie nie było.
Pożegnalny wieczór zaplanowany był w centrum Tours. Miasto liczy niespełna 150 tys. mieszkańców i ma wiele uroku. Po zwiedzeniu katedry Saint Gatien, licznych mostów i parków, warto zobaczyć w jednym z nich potężny cedr zasadzony przez Napoleona. Idąc w kierunku centrum, dojdziemy do Place Plumereau, by podziwiać średniowieczne budynki, zbudowane cegieł, kamieni i desek. Tam też koncentruje się scena restauracyjno-barowa. Na nas czekał jednak stolik w ‘la Deuvalière’. Antoine powiedział, że choć restauracja nie ma żadnej gwiazdki Michelin, to bez wątpienia na nią zasługuje. Menu jest niezwykle proste i składa się z 5 przystawek, dań głównych i deserów oraz wózka z serami. Zmienia się co 3 miesiące, wraz z porami roku. Goście wybierają czy życzą sobie 2,3 czy 4 daniowy posiłek i voilla. W najdroższej opcji kosztuje to ledwie 35 euro. Ale jak trudno było zdecydować między foie gras z konfiturą z porto, a świeżymi sardynkami z grilla czy potem między pieczoną pulardą a halibutem na kompocie z porów. Całe szczęście, ze wszyscy dzielili się, a apogeum zostało osiągnięte przy serach, by wspomnieć tylko normandzki Brillat-Savarin czy miejscowe, kozie Crotin de Chavignol i Valençay. Wieczór znów zakończył się późno, wspomnieniami i kieliszkiem armagnacu Château de Laubade. Żal było wyjeżdżać. Turenia pokazała, że są miejsca, do których człowiek chciałby się przeprowadzić… choćby dla jedzenia. I chyba po raz kolejny obiecaliśmy sobie jak Boguś Linda ‘…że jeszcze tu k…a wrócimy’

Tekst i zdjęcia: Janusz Szaniawski

Komentarze