Dhanush: „Moi rodzice walczyli o godne życie” [wywiad]

Dhanush: "Moi rodzice walczyli o godne życie" [wywiad]
 O wymowie słowa „wunderbar”, karmie oraz wizerunku Indii w filmach realizowanych przez zagranicznych reżyserów z Dhanushem, gwiazdą kina indyjskiego, rozmawia Kuba Armata

W Europie nieznany, w Indiach wielbiony i wynoszony na piedestał. Gwiazda produkcji tollywoodzkich oraz bollywoodzkich, które przecież przed kilkoma laty w Polsce święciły niebywałe triumfy, a nazwiska Shah Rukh Khana czy Amitabha Bachchana na stałe zagościły w świadomości rodzimego widza.

Dhanush, który wciela się w głównego bohatera w „Niezwykłej podróży fakira, który utknął w szafie” Kena Scotta (film od 20 lipca w polskich kinach), jak przystało na aktora z Indii, nie tylko dobrze gra, ale też świetnie tańczy oraz śpiewa. Jest w końcu autorem wielu popularnych w swojej ojczyźnie piosenek, a niektóre z nich biły rekordy popularności na YouTube. Prywatnie bardzo skromny, uprzejmy, pogodny. Człowiek, w którym nie ma nawet krzty gwiazdorstwa.

W Indiach jesteś prawdziwą gwiazdą. Masz na koncie ponad 40 ról w popularnych tollywoodzkich oraz bollywoodzkich produkcjach, za które zresztą dostałeś wiele nagród. Nam – Europejczykom przedstawiasz się dopiero za sprawą „Niezwykłej podróży fakira…”.

To prawda, recepcja mojej osoby w Indiach a w Europie jest zupełnie inna. Chcąc się przedstawić, muszę powiedzieć, że przede wszystkim zajmuję się aktorstwem. Pochodzę z Ćennaj, miasta na Wybrzeżu Koromandelskim nad Zatoką Bengalską. To największy ośrodek kulturalny, ekonomiczny i edukacyjny południowych Indii. Tam przede wszystkim też pracuję. Mam zresztą swoją firmę producencką, bo i w tę działkę przemysłu filmowego od jakiegoś czasu mocno się zaangażowałem. Choć sama nazwa firmy nie ma z Indiami zbyt wiele wspólnego, bo to „Wunderbar Films”.

Dobrze słyszę? Niemieckie „Wunderbar”?

Dokładnie (śmiech). Słowo, które po niemiecku oznacza „wspaniale”. Wiąże się z tym dość zabawna historia. Kiedy zajmowałem się jeszcze krótkim metrażem, zastanawiałem się, jak można by nazwać własną firmę. Nic nie przychodziło mi do głowy. Pewnego dnia wraz ze znajomym poszliśmy do kina na „Bękarty wojny” w reżyserii Quentina Tarantino. A tam co chwilę krzyczą z tym charakterystycznym akcentem: „wunderbar, wunderbar”. Za każdym razem bardzo nas to bawiło.

Co więcej, spodobał nam się dźwięk tego słowa, ale i to, co ono oznacza. Trochę na zasadzie żartu postanowiłem nazwać tak moją firmę. Kiedy zacząłem angażować się w znacznie większe projekty i założyłem firmę producencką z prawdziwego zdarzenia, pomyślałem, że w kwestii nazwy nie warto nic zmieniać (śmiech).

Jak w ogóle zainteresowałeś się aktorstwem?

W dość niespodziewany sposób. Zacząłem się tym zajmować w wieku 16 lat. Uczyłem się wtedy jeszcze w szkole i w pewnym sensie w tę stronę popchnął mnie mój ojciec. W tamtym momencie aktorstwo nie było czymś, co specjalnie mnie interesowało. Tymczasem ojciec wierzył, że mam talent i mogę coś w tej materii osiągnąć. Nie studiowałem aktorstwa, po prostu zacząłem to robić. To chyba najlepsza szkoła, z której wiele czerpałem i czerpię po dziś dzień.

Nadszedł w końcu moment, kiedy zaczęło mi to sprawiać naprawdę dużą przyjemność. Pamiętam, że wtedy podziękowałem ojcu za to, że wcześniej rozumiał mnie dużo lepiej niż ja sam. Wiedział zresztą, co mówi, bo sam był reżyserem.

To wiele pomogło?

Na pewno, zacząłem od ról w jego filmach. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest wielu bardziej utalentowanych i lepiej wyglądających aktorów, ale ja po prostu miałem szczęście. A to w tym zawodzie jest naprawdę ważne. Spotykałem na swojej drodze właściwych ludzi we właściwym czasie. Wielu rzeczy się od nich uczyłem, a ich być może ujmowało to, że chyba jestem dość pojętnym uczniem.

Wspomniałeś o swojej debiutanckiej roli u ojca. Co to był za film?

To była dość poważna opowieść o grupie nastolatków, którzy czują się mocno pogubieni w społeczeństwie, w jakim przyszło im funkcjonować. Film dotykał wielu społecznych problemów, pokazując chociażby, jak złe doświadczenia z młodości i nieodpowiedzialne rodzicielstwo wpływać może na dalsze losy młodych bohaterów.

Skąd pochodzi twoja rodzina?

Wychowałem się w środowisku, gdzie jedną z najważniejszych wartości była pokora. Mój ojciec na początku nie miał zupełnie nic. To, dokąd udało mu się dojść, zawdzięcza wyłącznie swojej ciężkiej pracy. Jednocześnie jestem mu ogromnie wdzięczny, bo dał nam wspaniałe życie. A nie było mu łatwo. Podążał od jednej wioski do drugiej w poszukiwaniu pracy, zatem do tego, by zostać filmowcem, musiał przebyć naprawdę długą i krętą drogę. Wydaje mi się, że reżyserem został przede wszystkim dlatego, że zawsze miał w sobie dużo historii do opowiedzenia.

Choć pewnie nigdy nie spodziewał się, że będzie mógł to zrobić za pomocą medium filmowego. Aż w końcu pojawiła się szansa i tak to się wszystko zaczęło. Zatem to chyba kino odnalazło naszą rodzinę. Kiedy się urodziłem, wciąż mieliśmy sporo problemów, moi rodzice walczyli o godne życie. Dzięki nim jestem w miejscu, w którym obecnie się znajduję. Cieszę się, że mój ojciec mógł prowadzić mnie przez życie. Podobnie chciałbym zrobić z moimi dwoma synami.

Wiele zmieniło się, odkąd jesteś gwiazdą?

Trudno powiedzieć. Życie weryfikuje wiele rzeczy. Wciąż mieszkam w Ćennai i tam pracuję. Mam jednego dobrego przyjaciela, z którym znam się od czasów dzieciństwa. Guru, bo tak ma na imię, przeszedł ze mną bardzo dużo. Takie wartości wciąż są dla mnie niezwykle istotne, bez względu na to, co dzieje się wokoło.

Jak na swój wiek masz naprawdę duże aktorskie doświadczenie. W filmie Kena Scotta jest wymagająca, zarówno pod względem choreografii, jak i synchronizacji, scena taneczna. Czy po produkcjach bollywoodzkich, gdzie stanowi to chleb powszedni, było to w ogóle dla ciebie jakimś wyzwaniem?

Skomplikowane choreografie i taniec to ważna część kina, z którym jestem związany. Początkowo za każdym razem stanowiło to dla mnie spore wyzwanie, ale z czasem przyzwyczaiłem się i wydaje mi się, że w tym okrzepłem. Oczywiście i tym razem musiałem się nauczyć nowych ruchów i zrobić to najszybciej, jak tylko potrafiłem, z uwagi chociażby na to, że żaden budżet nie jest z gumy. Chyba poszło jednak całkiem nieźle, bo reżyser mówił, że innym to zajęło sześć tygodni, a mnie w sumie jeden dzień (śmiech).

Film Kena Scotta podejmuje wiele istotnych tematów związanych z hinduską kulturą i tradycją. Jedną z nich jest karma. To ważna część twojego codziennego życia?

Zawsze staram się być otwarty na to, co przede mną i co mnie spotyka. Wierzę, że ludzie stają się dokładnie tymi osobami, którymi pragną być. Duchowość jest dla mnie niezwykle istotna, zatem wierzę w karmę. Staram się, by każdego dnia moje myśli, mój umysł kierowały się w stronę optymistycznych tonów. To bardzo pomaga w codziennym życiu.

W filmie dla twojego bohatera symbolem marzeń o poszerzaniu horyzontów, lepszym świecie jest popularny szwedzki sklep Ikea. Bliskie ci miejsce?

Prawdę mówiąc, to była moja pierwsza interakcja z Ikeą w prawdziwym życiu (śmiech). Nigdy nie  kupowałem tam wyposażenia domu, a nawet nie jeździłem na obiady, choć słyszałem, że to dość popularna praktyka. W Indiach oczywiście mamy takie sklepy, w dodatku cieszą się dość dużą popularnością, ale ja jakoś do tej pory trzymałem się od nich z daleka.

Jak twoi rodacy oceniają sytuacje, gdy reżyserzy z zagranicy robią filmy o Indiach? Mam na myśli chociażby Danny’ego Boyle’a i jego „Slumdog. Milioner z ulicy” czy Johna Maddena i „Hotel Marigold”. Te filmy są popularne czy panuje przekonanie, że pokazuję Indie z nie najlepszej strony?

Filmy, o których wspomniałeś, cieszyły się dużą popularnością w Indiach, zwłaszcza „Slumdog…”. Nie użyłbym chyba stwierdzenia, że pokazują moją ojczyznę ze złej strony, ale na pewno trzeba wziąć poprawkę na to, że jest także druga strona medalu. Piękna, pełna historycznych, kulturalnych wartości. Mam nadzieję, że jakiś reżyser odnajdzie to i pokaże na ekranie, bo zarówno ja, jak i moi rodacy wolelibyśmy zobaczyć tę stronę Indii. Gdybym sam robił taki film, skupiłbym się właśnie na tej wspaniałej różnorodności. To byłby taki feel good movie, o bohaterze, który przyjeżdża do Indii i odkrywa ich piękno.

Rozmawiał Kuba Armata

Komentarze