Czy warto było to zmyślać? Dead drop z „Jetlagiem”

Drażni mnie nowa proza polska, która za temat obiera sobie lemingi, hipsterię, prekariat, popkulturę, fejsbunia, starbunia, Mordor i Wilanów, a potem podbija to nieudolnie bitem Taco Hamingwaya, lepiąc krzywy obraz nowego strasznego mieszczaństwa.

Drażnią mnie łatwe chwyty krytyczne. Wystarczy podsłuchać dysforyczny bełkot korpoludków albo posiedzieć na Placu Zbawiciela, a następnie publicznie zatęsknić za czasami sprzed Snapa, gdy zdjęcia wywoływało się w zakładzie fotograficznym, relacje były głębokie i autentyczne a życie pełne sensu wypowiadanego polszczyzną Doroszewskiego. Nasza „nowa proza magnetofonowa” gęsta jest od postaci skleconych z podsłuchanego, zepsutego języka. Z alfabetu Roberta Mazurka. Mają nas programowo rozśmieszyć swoją śmiesznością i odstręczyć swoją karykaturalnością. Płaskie to wszystko jak naleśnik i do bólu zgrane jak dwójkowy kabareton.

Wszystko, co przeczytałam o „Jetlagu” Michała R. Wiśniewskiego zaraz przed i długo po premierze książki ciążyło raczej ku takiej właśnie interpretacji, okraszonej gdzieniegdzie odniesieniem do Williama Gibsona i jego „Rozpoznania wzorca”. Hashtag cyberpunk unosił odrobinę Wiśniewskiego ponad poziom zwykłej burczymuchy. Recenzje książki rozłożyły się po równo (in plus) pomiędzy miłośnikami sitcomu i kabaretu, którzy na prozie magnetofonowej lubią prawdopodobnie podbudować poczucie własnej analogowej wartości oraz (in minus) malkontentami, których tego typu pisanina najzwyczajniej nuży. No to jak to z tym „Jetlagiem” jest? Sprawdzamy!

Początek ambiwalentny, jak lubię. Bo z jednej strony oczywiście śmierdzi zewsząd miastem-kalafiorem, ale już za chwilę schodzimy do podziemnego przejścia, gdzie czekają na nas inne wonie. Zejście w głąb – brzuch miasta – brzuch – pożądanie – stara kloszardka i jej opozycja – Maga / Dziewczyna z Dredami – poszukiwania Magi / Dziewczyny w mieście – „Czy udałoby mi się spotkać Magę?” Zejście pod skórę miasta zaraz na pierwszych stronach książki Wiśniewskiego wydobyło mi nagle z tyłu głowy „Grę w klasy” Julio Cortázara i to skojarzenie otworzyło mnie na „Jetlag”.

To tekst niezwykle gęsty, pełen odniesień – jakbyśmy trafili do kulturowej serwerowni. Ale nie tylko, bo na tym – przynajmniej dla mnie – zabawa się nie kończy. Można pójść tropem (pop)kultury, inspiracji, cytatów. Ale z tego przejścia podziemnego wychodzi się na powierzchnię miasta i lektury jednym z kilkunastu możliwych wyjść niczym spod stacji metra Nepliget w Budapeszcie. Można podążyć za wspomnianym Gibsonem, czy Cortázarem, który przecież szukał w Paryżu znaków ukrytych w murze, dead dropów, które wyznaczają rytm opowieści, ale można pójść śladem „Człowieka, który śpi” Pereca i też będzie git.
„Jetlag” na pierwszych stronach rozkłada swoje bebechy i każe coś z nich dla siebie wygrzebać, czegoś się chwycić. Potem jest już z górki.

Postaci, z pozoru tylko papierowe i płaskie, w cudowny sposób w trakcie lektury ożywają, wyłażą z tła, są mięsne jak chińskie cukierki przywiezione przez jednego z bohaterów z podróży służbowej do Chin. Mają smak. I pachną CK One. Albo Eau de Cartier. A może innym uniseksem. Czas obszedł się z nimi różnie. Ale wbrew temu, co pisano o tej książce, „Jetlag” nie jest żadnym „utyskiwaniem na świat bez konturów i ludzi bez charakteru”. Ten świat ma kontury tak mocne, że aż oczy bolą. I ten świat na ludziach Wiśniewskiego z całą mocą odcisnął właśnie swoje piętno / piękno (niepotrzebne skreślić).
„Jetlag” to może być książka o miłości. O takich miejscach w Twoim mieście, o których nie masz pojęcia. To może być też książka o innych książkach. Nie tylko tych z nurtu cyberpunkowego. To może być wreszcie książka o Tobie, tak. Jeśli poczujesz, że Wiśniewski wtłacza Ci swoją narrację w sposób podobny do tego, w jaki próbują robić to korporacje, na zasadzie „teraz ty jesteś sprite”.

Jak mi ktoś poleca jakąś powieść, to pytam „Przepraszam, a warto było to zmyślać?”. I jak mój rozmówca mnie przekona, że warto, to ja wtedy jestem gotowy to przeczytać – powiedział w jednym z wywiadów Mariusz Szczygieł. To ja, gdyby mnie tak Szczygieł zagadnął przypadkiem o „Jetlag”, odpowiedziałabym, że warto. Warto było zmyślić „Jetlag”.
W tym wywiadzie, poprzedzającym premierę „Projektu: prawda”, Szczygieł wyznał coś jeszcze. Otóż powiedział, że życie nie ma według niego żadnego sensu: Widzę tylko jeden wielki absurd, wielką niewiadomą. Co zatem zrobić z tym fantem, Mistrzu? – rodzi się pytanie. Każdy rozsądny człowiek powinien po prostu dążyć do jakiejś prawdy, starać się odkryć w swoim życiu jedną, bodaj najmniejszą. W przeciwnym razie życie jego wydawać się może zmarnowane. Do takiej prawdy dążą właśnie, z towarzyszącym poczuciem bezsensu, bohaterowie Wiśniewskiego. Ich (nasze?) życie składa się po prostu z serii przypadków i wiele (wszystko?) zależy od tego, którego dead dropa (prawdę) sobie skopiujemy. Jego zawartość nada bowiem wydarzeniom formę, a forma, jak wiadomo, „jest ratunkiem dla mózgu, biednego, opuszczonego mózgu.” Bez niej smutek byłby bezwstydny.

Monika Ochędowska

„Jetlag”, Michał R. WIśniewski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Komentarze

Drażni mnie nowa proza polska, która za temat obiera sobie lemingi, hipsterię, prekariat, popkulturę, fejsbunia, starbunia, Mordor i Wilanów, a potem podbija to nieudolnie bitem Taco Hamingwaya, lepiąc...
" />