Big Mango

10 Jedzenie
8 Wnętrze
7 Obsługa
8 Ceny
8.3

Jeszcze nie tak dawno trudno było mi się otrząsnąć po bardzo rozczarowującej wizycie w Samui, bo wiedziałam, że prędko nie rozsmakuję się już w dobrej tajskiej kuchni w Krakowie. Gdy skreśliłam z listy ten lokal przy ulicy Wiślnej, właściwie nie zostało już nic. Iskierkę nadziei rozpaliło styczniowe otwarcie Big Mango na Bronowickiej i choć nie jest mi po drodze, wybrałam się tam z dużą ciekawością.

Lokal prowadzony jest przez dwie kobiety, Arunothai i Julię, Tajkę i Polkę, które chwalą się składnikami sprowadzanymi prosto z Tajlandii i kuchnią, którą nazywają „autentyczną” i „domową”, będącą swoistym „street foodem Bangkoku” (to do niego właśnie nawiązuje nazwa lokalu). Miejsca jest niewiele, ale przy ogromnym common table i wąskich stolikach przy ciemnoszarej ścianie, oknie i szybie oddzielającej gości od maleńkiej otwartej kuchni (w której na widoku stoi od czasu do czasu używana mikrofala), zdoła pomieścić ze dwadzieścia osób.

W pierwszym momencie to właśnie kuchnia przykuła moją uwagę, gdzie kilkuosobowa ekipa z Arunothai na czele w skupieniu i zabieganiu, ale ze szczerym uśmiechem, przygotowywała posiłki. Także ogromna, gigantyczna micha, z której pewna para pałeczkami wyjadała ze smakiem smażony makaron, zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Tak jak (prawdopodobnie) jedna z właścicielek, która podchodziła do każdego gościa z osobna i spędzała kilka minut wyjaśniając z pasją i zaangażowaniem tajniki tajskich dań i propozycje z karty. W Big Mango od początku czułam dobrą energię i widać było, że indywidualny kontakt z gośćmi jest dla właścicielek niezwykle istotny.

Karta jest króciutka i podobno często zmieniana. Znajdziemy w niej dosłownie kilka dań głównych oraz ze trzy przystawki i desery. Przy zamówieniu dania każdy gość dostaje gratis porcję gorącego, lekko pikantnego bulionu w niedużej miseczce, który pełni rolę zachęcającego, smacznego czekadełka. Przydało się, bo na przystawki czekaliśmy dobre trzydzieści minut, na napoje – sok z mango (13 zł) i napój z trawy cytrynowej (12 zł) – trochę mniej, ale podane zostały w kilkuminutowym odstępie czasu. Zdecydowałam się na jaja słodko-kwaśne (17 zł) podane z kawałkami ananasa (trochę bez smaku, jak z puszki), smażoną, sczerniałą, ale świetną cebulką (uprzedzono nas, że mamy się jej nie bać), małą papryczką chili (której z kolei bać się należy) i świeżą kolendrą. Opanierowane kawałki jajka położone były na przepysznym sosie, który ciekawie komponował się z całością. Natomiast smażone pulpety (14 zł jako przystawka, 28 zł jako danie główne) z leciutką czosnkową nutą odrobinę rozczarowały swą banalnością (jak na oczekiwania w stosunku do kuchni tajskiej) i stopniem nasiąknięcia olejem – jajka zdecydowanie wygrały.

Po kolejnej długiej przerwie podano zielone curry z kurczakiem (32 zł) i dwa talerze, choć nie uprzedziliśmy, że będziemy dzielić się daniem. Porcja była mniejsza niż się spodziewałam (szczególnie za taką cenę), ale danie, a szczególnie genialny sos curry, powaliło nas z nóg! Kawałki kurczaka były pełne smaku, mięciutkie i kruche, ryż doskonale przygotowany i niezwykle smaczny, a sos to prawdziwy majstersztyk – subtelnie wyczuwalne mleczko kokosowe i ostrość, która nie zabijała pozostałych smaków, lecz w doskonały sposób je podkreślała, i choć podniebienie paliło nas niemiłosiernie (w menu ostrość oceniona była na trzy papryczki z pięciu), z żalem patrzyliśmy na znikające z naszych talerzy danie.

Mimo wielkiego zadowolenia z curry, po którym niemal wylizaliśmy resztki sosu, pozytywna energia stopniowo znikała, gdy przez kolejne kilkanaście minut czekaliśmy na danie zamówione przez moją osobę towarzyszącą. Nie wyglądało, by w kuchni ktoś nad nim pracował, więc upomniałam się o niego po raz drugi. Tak jak o sztućce, na które czekaliśmy kilka minut, gdy stygło nasze curry (mówiłam już, że było pyszne?), czy o serwetki, których na naszym stoliku nie było w ogóle. Oj, jest dużo do naprawienia pod względem obsługi, czasu i kolejności wydawania napojów, dań i rachunków, bo choć uśmiechu i smaku w Big Mango nie brakuje, odpowiednia organizacja to podstawa w dobrej restauracji i mam wielką nadzieję, że nasz nowy tajski skarb usprawni swą pracę tak, by nie trzeba spędzać w nim dwóch i pół godziny, które my w nim spędziliśmy.

Gdy w końcu dotarł do nas smażony makaron ryżowy z krewetkami (35 zł), inaczej pad thai, czyli tradycyjne street foodowe tajskie danie (w wersji z kurczakiem za 30 zł, ogromna micha zauważona i wspomniana wyżej – 75 zł) wielkością porcji nie grzeszył i oferował tylko sześć małych krewetek. Miał w sobie, tradycyjnie, posiekane orzeszki ziemne, tofu, szalotkę, jajko, kiełki fasoli mung i niezapomniany, przepyszny sos. Nie znajdę słów, by opisać, jakie to było smaczne, jak doskonałe było to danie, za to odliczam dni do kolejnej wizyty w Big Mango i Wam radzę to samo (rezerwacja miejsc wysoce wskazana)!

Ania | www.dania-kontra.ania.blogspot.com | dania.kontra.ania@gmail.com

Komentarze

Jeszcze nie tak dawno trudno było mi się otrząsnąć po bardzo rozczarowującej wizycie w Samui, bo wiedziałam, że prędko nie rozsmakuję się już w dobrej tajskiej kuchni w Krakowie. Gdy skreśliłam z listy...
" />