Białe kozaczki [Harel]

Harel
Opowiem Wam dziś o białych kozaczkach. Leżą ukryte głęboko, a ja udaję, że wcale ich nie kupiłam. Od paru miesięcy próbuję się ich pozbyć, ale ludzie nie chcą ich nawet za darmo. Co mnie podkusiło? Moda, wiadomo.

To były początki blogów w ogóle. Lata fotoblogów i blogów osobistych, wirtualnych pamiętników. Dla równowagi również blogów prześmiewczych, które powstawały równie szybko, co te całkiem poważne i, podobnie jak one, znajdowały się na różnych poziomach. Trzy najlepsze były tak brzydkie, że aż piękne. A może po prostu do bólu naturalistyczne.

Bez nadmiernej złośliwości, za to celnie w punkt, dokumentowały naszą rzeczywistość na ulicach oraz… pod bluzkami. Zdjęcia takiej jakości, na jaką było nas wówczas stać, zabłocone chodniki, dyskusyjnej urody ciuchy i krótkie, trafne opisy. Mowa o „Białych kozaczkach”, „Faszyn from Raszyn” i… „Poka cycki”. Ten ostatni działa do dziś i wciąż wygląda, jakby był rok 2007. Ale nie o nim mam zamiar, tylko o pierwszym wymienionym.

Tytułowe białe kozaczki przez długie lata stanowiły synonim złego gustu. Nawet nie kiczu, bo ten momentami potrafi się obronić. Gustu nuworyszowskiego, dyskotekowego, bez krztyny klasy. Najczęściej z plastiku, najczęściej na cieniutkim obcasie, najczęściej do mini spódniczki, budziły skojarzenia z najstarszym zawodem świata. Mimo to, czemu dowodził nieistniejący już blog, cieszyły się niezwykłą popularnością.

 

Czy to konotacje erotyczne?

Czy miały stanowić swoisty magnes na chwilową (czy nawet godzinną) drugą połówkę? A może po prostu mogły się podobać, bez podtekstów, tylko ja, w swoim zapatrzeniu na ładną stronę mody, nie mogłam tego sobie ułożyć? Do tej pory nie mogę rozgryźć fenomenu, wiem tylko, że fascynowały mnie kiedyś i fascynują dziś. W międzyczasie dostały się na wybiegi, co było najdziwniejsze, choć w sumie nieuniknione. Aż nadszedł dzień, w którym zaczęły mi się naprawdę i całkiem na serio podobać.

Oczywiście co innego kozaczki ze skaju na metalowej szpili, a co innego skórzana wersja na słupku, noszona do obszernego płaszcza z wielbłądziej wełny i szerokich garniturowych spodni. Albo do letniej sukienki w kwiaty, jak to robią Skandynawki. Bezbłędnie! Postanowiłam więc, że dopasuję je sobie do szarego garnituru w kratę. To się nie mogło nie udać. Zakupy zrobiłam przez internet i on może być tu głównym winnym, bardziej winnym niż nieszczęsne buty. Już w momencie wyciągania ich z pudełka pojawiły się wątpliwości.

 

Skóra była śnieżnobiała i ta biel kłuła w oczy.

Nie miała w sobie nic szlachetnego, wyglądała jakby tylko czekała na pierwsze plamy z błota pośniegowego. Obcas z kolei, choć dość niski, swoim kształtem przywodził na myśl praktyki sado maso. Stwierdziłam jednak, że to tylko moje uprzedzenia, spakowałam walizkę i pojechałam uczestniczyć w całkiem publicznym wydarzeniu, podczas którego usadzono mnie brawurowo w pierwszym rzędzie. Pech chciał, że oświetlenie sali miało w sobie coś ultrafioletowego. Wyobrażacie sobie, który element widział dosłownie każdy?

Niestety… Przełknęłam porażkę i do końca wieczoru udawałam, że właśnie tak miało być. Przyjmowałam też ze śmiechem niewybredne żarty, w końcu sama sobie byłam winna.

Tak, zdecydowanie z białymi kozaczkami najlepiej wychodzi się na zdjęciu.

Zdjęciu odpowiednio oświetlonym i ustawionym, w zapierających dech w piersiach wnętrzach egzotycznie urządzonej willi lub mega nowoczesnego muzeum. Warto do tego być modelką albo przynajmniej mieć na sobie minimalistyczny zestaw za dziesiątki tysięcy dolarów. I makijaż udający, że go nie ma. I gładką fryzurę, jakby od niechcenia przeczesaną, lecz idealną. Każde inne warunki skazują nas na niepowodzenie. Z nielicznymi wyjątkami w postaci rodzimych lub nieco dalszych blogerek czy kilku modelek w warunkach wybiegowych, od stereotypu nie da się uciec.

To było dziwne uczucie. Jak w baśni Andersena o nagim królu. Buty udawały, że są gustowne, ja udawałam, że mają rację. Sporo moich kochanych znajomych udawało razem ze mną, za co uwielbiam ich po dziś dzień. Nie obroniłam się, o czym przypominają mi nieliczne, na całe szczęście, zdjęcia z owego wydarzenia. Białe kozaczki miałam na sobie tylko raz. O jeden raz za dużo. I na własnej skórze przekonuję się teraz, że internet nie zapomina… Ale błagam, nie szukajcie tych fotek. Udawajcie wraz ze mną, że to się nigdy nie wydarzyło. Pewne sytuacje powinny na zawsze pozostać tajemnicą.

 

Harel

Komentarze