Anna Pięta: „Światem mody rządzi krótkowzroczny zysk” [wywiad]

Anna Pięta: "Światem mody rządzi krótkowzroczny zysk" [wywiad]
Czy wierzysz jeszcze, że moda ma sens?

To nie jest kwestia wiary lub nie, to raczej wybór jedynej dla mnie słusznej drogi. Współczesna moda zjada własny ogon i dlatego jedyny sensowny kierunek, to zastanowienie się nad etyką, nad tym jak dać drugie życie produktom tekstylnym, przetwarzać je zgodnie z duchem ekologii, jak ulepszyć proces produkcji i transportu. Chciałbym zmniejszyć wpływ mody na środowisko, które nas otacza.

 

Dlatego długo prowadziłaś w mediach społecznościowych kampanię proekologiczną, a teraz zajmujesz się tymi tematami w nowej marce NAGO, która w swoim DNA ma wpisane hasło zrównoważonego rozwoju. Czyli jednak wierzysz?

Ludzie nie mogą być ciągle na detoksie. Pewnie nie uda mi się odwrócić całego systemu, na wielką skalę wszystko będzie działać podobnie jak dotychczas. Wkurza mnie tylko, że z powodu nadprodukcji ubrań rośnie stos śmieci. Jeśli w ubraniach znajduje się 70 procent sztucznych włókien, oznacza to, że po wyrzuceniu powiększają stos odpadów zanieczyszczających ekosystem.

Często wydaje nam się, że wystarczy nie nosić futer czy skóry i już jesteśmy eko, a to przecież nieprawda.

Nie zawsze eko oznacza eko. Poliester nylon czy spandex, nie każdy ale może się tak zdarzyć, bo to materiały z plastiku i produkty z ropy naftowej,są naszymi największymi wrogami, nie tylko jeśli chodzi o ich utylizację. Mają przede wszystkim bardzo niekorzystny wpływ na ciało, przyczyniają się do zachorowań na raka piersi. Dla mnie sens ma tylko ten rodzaj mody, który albo sprząta świat z odpadów, albo myśli o tym, co wydarzy się w przyszłości. Współczesna moda nie myśli do przodu.

Wielkie koncerny produkują do 45 dropów kolekcji w czasie jednego roku, który liczy 54 tygodni. Czyli sklepy zarzuca się nowymi rzeczami, nie czekając aż stare się znoszą i zużyją. Jesteśmy nieustannie nakłaniani do kupowania i wyrzucania. Światem mody rządzi krótkowzroczny zysk. Zbyt mało osóbmyśli do przodu i nie zastanawia się, że to kosztuje czyjeś życie.

 

Z drugiej strony każda marka musi zarabiać, nawet taka jak Nago. Nie można popaść w skrajność, bo zwyczajnie zbankrutujecie. Jak sobie z tym radzicie?

Oczywiście, wszyscy musimy zarabiać. Czuję jednak dysonans, że takie marki jak Nago ponoszą nieporównywalne koszty w stosunku do wielkich koncernów. Podejmujemy nierówną grę. Molochy, choć dysponują gigantycznymi środkami, inwestują o wiele mniej w jakość produkcji i narzucają rynkowi swoje marże.

Pytanie, czy polski klient jest gotowy na to, co proponujesz. Mam wrażenie, że u nas liczy się przede wszystkim cena i promocja. Generalnie nie jesteśmy społeczeństwem gotowym na wprowadzenie eko „dobrej zmiany”. Oczywiście są grupy trendsetterów, ale to ciągle jest mniejszość.

Polski klient oczekuje niemożliwego – niskiej ceny i wysokiej jakości. Świadomość stanu, o którym opowiadam, mają na razie mikro grupy. Gdy codziennie idę przez Saską Kępę, widzę sznur samochodów zastawiających chodnik, choć wiadomo, że to wpływa fatalnie na powietrze w mieście. Mam wrażenie, że nie potrafimy przekładać haseł na konkretne, indywidualne działania.

Ludzie nie spodziewają się, że w ciuchach kryje się tak wiele zła. Rzadko zadają sobie pytania, „kto zrobił twoje ubranie” albo „w jaki sposób zostało wyprodukowane”. Trzeba zastanowić się, czy sukienka za 30 zł mogła powstać w etycznych warunkach. Nie zjemy przecież dobrego posiłku za 2 zł. Nie chodzi tylko o walkę z polityką globalnych koncernów, także wiele mniejszych firm idzie na łatwiznę. Na ostatnich targach HUSH Warsaw, które współorganizowałam, zobaczyłam mnóstwo sztucznych ubrań, które nie powstały w Chinach lecz w Polsce. Pomyślałam „jak możemy sobie to robić”.

 

Rozmawiałem niedawno z Zuzą Skalską, która dostrzega jeszcze jeden ważny trend – ludzie przestają kupować z uwagi na wygląd, a zaczynają szukać historii marki i dowiadywać się, jak powstają rzeczy. Zmienia się mentalność konsumenta, który staje się coraz bardziej odpowiedzialny w swoich wyborach. Do nas ta tendencja także nieśmiało zagląda i pewnie za jakiś czas będzie istotnym trendem.

Kiedyś również patrzyłam na design ubrań, teraz interesuje mnie, jak będą wpływać na moje ciało i środowisko. Nie kupię rzeczy z poliestru, choćby wyglądała oszałamiająco! Myślę, że zmiana, o której mówimy, nastąpi, ale trzeba poczekać na transformację przyzwyczajeń konsumenckich. Ludzie muszą oduczyć się kupować dużo tanio, jak w supermarkecie.

Chciałabym, aby częściej wymieniali się rzeczami, odwiedzali vintage sklepy. Ja sama od roku nie kupiłam sukienki na jedną imprezę, jeśli takiej potrzebuję, dzwonię do koleżanek i pożyczam. Polacy są jako naród pragmatyczni i oszczędni, uważam, że to nasza zaleta, ale musimy też zacząć zastanawiać się częściej, czy ktoś inny nie cierpi z powodu niskiej ceny.

 

Kiedy to się może zmienić?

Nie jestem marzycielką – Anią z Zielonego Wzgórza. Duże firmy kręcą rynkiem mody, więc przede wszystkim one muszą przewartościować priorytety. Nasze działania to kropelka wrzucona w ocean.

 

Wierzę w siłę polskiego rzemiosła. Jesteśmy narodem złotych rączek, wiele potrafimy zrobić sami, od mebli, przez traktor, po budowę domu. Ta zaradność, wynikająca z historycznych konieczności, może być energią, którą możemy wnieść do współczesnego, rozleniwionego konsumpcją świata.

Ale popatrz, co się dzieje, zamknięto szkoły zawodowe, manualne umiejętności zanikają. W Warszawie na przykład skończyło się na gadaniu, że trzeba przywrócić modę na rzemiosło, wszyscy chcieli zostać managerami. Musimy coś zrobić, by zachować to „polskie pozytywne zacofanie”. Mam wrażenie, że w naszym kraju nie udało się zautomatyzować wielu procesów. Mamy ostatni moment, żeby o to zadbać. Tak stało się z jedzeniem, jesteśmy coraz bardziej świadomi, popatrz jak pięknie rozwijają się browary rzemieślnicze czy ekologiczne uprawy. Ludzie kupili ten trend z korzyścią dla samych siebie.

No właśnie, trzeba to przenieść na pole mody!

Ale to się nie uda, jeśli nie będzie już rzemieślników posiadających umiejętności do naprawiania rzeczy i przywracania im życia. Ludzi takich jak niezapomniany Pan Słodowy, który potrafił zrobić coś z niczego. Moje pokolenie to jeszcze pamięta, musimy to przekazać młodym ludziom, tym wszystkim ygrekom, którzy wychowują się w czasach nadprodukcji i nadkonsumpcji. Tania produkcja wykręciła cały system i musimy coś z tym zrobić.

 

Czy na etapie projektowania rzeczy Nago udało Wam się uniknąć rozmaitych raf, choćby przy doborze materiałów? Znalezienie lokalnych tkanin dobrej jakości w sensownej cenie jest często szukaniem igły w stogu siana.

Wiele czasu zabrało nam szukanie, sprawdzanie, testowanie. Przez kilka miesięcy najpierw szperaliśmy po świecie, potem zeszliśmy na ziemię, widząc jakie trudności przed nami rosną. Okazało się, że coś, co jest eko w jednym miejscu, przestaje być korzystne dla środowiska w drugim.

 

Na przykład?

Wegańskie tkaniny – w teorii są bardzo ekologiczne, ale okazuje się, że przy ich produkcji zużywa się znacznie więcej wody niż w przypadku innych materiałów. Dlatego nie tłumaczę słowa „sustainable” jako „zrównoważony”, wolę określać rzeczy Nago słowem „rozsądny”. Czasami trzeba przymknąć na coś oko, zastanowić się, co ma większy sens, by iść do przodu.

 

Ale nie korzystacie z materiałów chińskich?

Nie, stamtąd nic nie mamy, wszystko powstaje w Europie i posiada eko certyfikaty –  z nimi był problem w polskich szwalniach, które tym pytaniem były często zaskoczone. Przymknęliśmy oko na materiały pochodzące z Turcji, bo po prostu inaczej się nie dało. Stosujemy organiczną bawełnę, jest niesamowicie przyjemna w dotyku, nie można jej w żaden sposób porównać ze sztucznymi tkaninami. Cieszę się, że udało nam się prawie w stu procentach uniknąć plastiku w Nago, nie znajdziecie go ani w metkach, ani w guzikach, ani w opakowaniach. Rzeczy pakujemy w uszyte dla nas materiałowe woreczki, które można wielokrotnie wykorzystywać.

Czy powstanie Nago oznacza definitywny koniec targów HUSH Warsaw?

Nasze drogi się rozeszły. HUSH był dla mnie zamknięty zanim jeszcze powstało Nago. Straciła dla mnie sens sprzedaż ciuchów sama w sobie, taka sztuka dla sztuki i nakręcanie konsumpcji, która tylko rośnie i nie wprowadza większej zmiany. HUSH przestał być dla mnie miejscem na rewolucję w modzie, choć był huraganem, który przetoczył się przez moje życie i pięknym projektem, z którego zawsze będę dumna.

Od dziś moja rewolucja to rozsądne i zrównoważone podejście do zasobów, jakie mamy. Wciąż jest ich wiele, a ja bardzo chcę, byśmy przestali marnować , co zostało. Mam za sobą nakręcanie rynku mody w Polsce. Teraz chcę go zmieniać rynek.

 

Rozmawiał Rafał Stanowski

Komentarze