Anna Halarewicz: Ilustruję bez względu na narodowość [wywiad]

Anna Halarewicz: Ilustruję bez względu na narodowość [wywiad]
Należy do najlepszych polskich ilustratorek mody. Właśnie ma dwie indywidualne wystawy w Paryżu i Warszawie. Jej malarstwo, które możecie zobaczyć na naszej okładce, jest zawieszone między oniryczną nocą i światłami wybiegu. Z Anną Halarewicz rozmawia Rafał Stanowski

 

Ulubiony projektant, którego ilustrowałaś to…

„Zilustrowałam” wielu „ulubionych” projektantów, najwięcej ilustracji powstało na podstawie pokazu Alexandra McQueena z 2009 r. „Horn of plenty”. Niestety, to ilustracje na podstawie filmu z YouTube’a, a nie z pierwszego rzędu. Poświeciłam temu pokazowi ponad 200 ilustracji, więc łatwo policzyć, ile razy analizowałam malarsko każdą sylwetkę. Ten pokaz do dzisiaj wzbudza we mnie dreszcz emocji.

Wolisz ilustrować modę polską czy światową?

Nie ma to dla mnie różnicy, ilustruję to co mnie zachwyci, bez względu na narodowość. Do mody polskiej mam lepszy „dostęp”.

Czy ilustrator mody musi kochać i interesować się modą?

Na szczęście nikt mnie do niczego nie zmusza, ale poświęcając jednej dziedzinie tyle czasu byłoby dziwne, gdyby w ogóle mnie nie interesowała. Co do miłości, to zbyt wielkie słowo, miłość bywa ślepa (śmiech), a ja staram się patrzeć zarówno na modę, jak i na swoje prace z dystansem. Wszelki przymus rodzi barierę i chęć sprzeciwu, bardziej niż ciekawość, a ja jestem mody ciekawa.

Jak bardzo twoja szafa odbija styl twoich ilustracji?

Moja szafa jest czarna, z małymi wyjątkami, ale czerń ma wiele odcieni. W moich rysunkach też jest jej sporo. Teraz jestem w Paryżu i mam na sobie czerwony beret, wielki czerwony sweter i czerwoną torbę, czuję się świetnie, chociaż to wszystkie „małe wyjątki” kolorystyczne z mojej szafy. Lubię nosić tych projektantów, w których czuję się dobrze.

Często, jak wiem, pracujesz w nocy. Dlatego, że tak lubisz, czy może czujesz wtedy lepszy klimat do tworzenia? Mam wrażenie, że twoje ilustracje w pewien sposób są bardzo „nocne” w swoim wyrazie.

Tak, pracuję „późnym” wieczorem, mniej więcej w takich godzinach, kiedy nie dzwonią już telefony i mogę poświęcić się tylko pracy. Kiedyś dla odmiany były to bardzo wczesne poranki. Podoba mi się określenie „ilustracje nocne w swoim wyrazie”, ale myślę, że byłyby takie same w dzień, te „nokturny” po prostu są we mnie, niezależnie od pory dnia, czy nocy.

Jaką modę lubisz ilustrować? Taką, która jest bliska twojej estetyce czy taką, która wchodzi z twoją estetyką w polemikę?

Ponieważ nie boję się pracy i to tej która wykracza poza popularną „strefę komfortu”, ilustruję zarówno modę bliską memu sercu jak i taką, która znajduje się na przeciwległym biegunie. Kocham malować i z wielu tematów potrafię czerpać radość, jako ilustrator w pewnym sensie muszę odpowiedzieć na zadany temat, ale jako „malarz” mogę dać upust swojej wrażliwości. Konsekwentnie łączę malarstwo wielkoformatowe z ilustracją. Na pierwszy rzut oka, obydwa te światy, różnią się u mnie mocno, ale przyglądając się bliżej, wchodząc w nie głębiej, można dostrzec wspólny mianownik.

Twoje ilustracje budują zawsze pewną historię, gdy na nie patrzę, uruchamiają moją imaginację. Czy ty również je postrzegasz w taki sposób, powiedziałbym nieco fabularny? Czy wchodzisz na przykład dialog z postaciami, które tworzysz, zastanawiasz się, kim są, co myślą, jak się zachowują?

Tworzę cykle malarskie, różnią się one „formalnie”, często sama forma buduje narrację. A ilustracja to opowieść o czymś, staram się jednak odchodzić od „gadulstwa” i budować niedopowiedzenia. Wolę, żeby odbiorca dopowiedział sobie sam historie, które widzi, niż żeby dostał absolutnie skończony i jednoznaczny obraz.

Czy pamiętasz jeszcze swoją pierwszą ilustrację mody?

Pewnie, że pamiętam, przedszkole, starszaki, malowałam księżniczki i wróżki w strojach wyjściowych, więc mogłabym śmiało odpowiedzieć że ta fascynacja trwa już prawie 30 lat (śmiech). Choc moda stanowi dla mnie inspirujący świat, staram się nie stracić człowieka, który ją „nosi”. Od dyplomu pogłębiam temat czasu i przemijania, moda jest jedną z warstw, tą najbardziej zewnętrzną.

Ostatnio miałaś dwie indywidualne wystawy – w Paryżu i Warszawie. Czy trudno było opowiedzieć przy ich pomocy dwie odmienne historie?

Znowu nawiążę do formy. Różnią się techniką, ale w temacie jestem od kilku lat monotematyczna, maluję głównie kobiety. Wystawa w Paryżu była bardziej zróżnicowana stylistycznie. Pokazuję tam akwarele, suche igły (grafiki) i przestrzenne kolaże. W Warszawie pokazałam najnowsze prace. Od kilku lat w grudniu, organizuję wystawy „urodzinowe”. Stąd ich tajemnicze tytuły, 31, 32, 33, a w tym roku 34. Ciekawa była też ekspozycja. Nie lubię wieszać prac standardowo, myślę, że dla niektórych, mogło to być zaskoczenie.

Który ze stylów jest ci bliższy – ten nocny oniryczny czy może kolorowy, bardziej glamour?

Oczywiście, że oniryczny (śmiech), ale nie mówię kolorom „nie”. Zresztą, czerń to też kolor i ma wiele odcieni.

Ostatnie pytanie: czy ilustrowałaś już swojego kota?

Myślałam, że się temu oprę, ale parę razy położył się na stole, prawie na mojej kartce i ewidentnie pozował – nie było wyjścia.

Rozmawiał Rafał Stanowski
Fot. Michał Ciechanowski

Komentarze