Andrzej Saramonowicz – kolekcjoner wrażeń

Jednak komentując ten show-biznesowy światek automatycznie w jakimś stopniu staje się jednak Pan jego częścią…

Nie, ani trochę. Ja jestem częścią show-biznesu o tyle, że mój show, czyli ileś tam filmów, które zrobiłem, miał silny wymiar biznesowy. Bo moje filmy – które zelektryzowały wiele milionów widzów – zarobiły też wiele milionów złotych. To jest prawdziwy show-biznes. Ale ja też nigdy nie pozwoliłem sobie na to, by zabierać ludziom czas, przestrzeń i uwagę swoimi garniturami, samochodami, meblami, żonami, psami i całą tą bezużyteczną papką, którą epatują dzisiejsze pseudogwiazdki. Uważam, że artysta – nawet taki, który robi dzieła popularne – powinien żyć bez rozgłosu. I tak staram się żyć. Zatem, kiedy opisuję pustkę świata celebrytów, jestem jak lekarz-onkolog. Wokół niego ocean nowotworów, ale on ich nie ma. Ciągle jeszcze, na szczęście.

Intrygujące jest również Pana spojrzenie na kobiety. „Lejdis”, „Testosteron”, „Idealny facet dla mojej dziewczyny”… We wszystkich tych filmach kobieta jest przedstawiana w dość charakterystycznej formie – nowoczesnej, otwartej, która wie czego chce. Tak właśnie widzi Pan współczesne dziewczyny, takimi najchętniej się Pan otacza?

Nie próbuję nic generalizować. Jeżeli opowiadam jakaś historię, to dotyczy ona jakiegoś konkretnego świata. Jeżeli opowiedziałem historię „Lejdis”, to były to jakieś konkretne postacie z konkretnego, nazwijmy go „wielkomiejskiego” świata. Były jakoś reprezentatywne dla tego świata. Gdyby nie były, nie przyszłoby tylu widzów, dlatego, że musi istnieć jakiś związek przyczynowo-skutkowy między dziełem a światem, który on opisuje. I istnieje, jeśli ludzie chcą tak licznie w tym dziele uczestniczyć. Dla mnie – po latach jak na to patrzę – „Lejdis” ma przede wszystkim wymiar socjologiczny, dużo ciekawszy niż filmowy, bo gdzieś udało się nam w tamtym czasie (2007/2008 rok) opisać i zdefiniować polską kobietę z jej spojrzeniem na siebie. Ten film miał dwa bardzo ciekawe aspekty: z jednej strony był tam silny element opisowy, który gdzieś musiał być prawdziwy; z drugiej zaś miał coś, co mnie do dziś bardzo ciekawi: charakter formacyjny.  Wiele młodych kobiet – co mnie zaskoczyło wtedy – uznało, że Korba i pozostałe bohaterki „Lejdis” są dla nich wzorem do naśladowania. To szalenie ciekawe zjawisko. Zupełnie inaczej natomiast wygląda świat kobiet w „Jak się pozbyć cellulitu?”. Bo bohaterki tego filmu są dużo mniej prawdziwe. Ale tak miało być, bo w tamtym filmie eksplorowałem dowcip abstrakcyjny i byłem ciekaw, jak się w Polsce sprawdzi. Dość słabo.

Natomiast czy ja się otaczam takimi kobietami, jak w swoich filmach?… Od 31 lat mam tę samą żonę, z którą mieszkam pod jednym dachem, z dwoma córkami i psem płci żeńskiej – generalnie więc otacza mnie świat kobiet. Również w pracy. Świat kobiet jest więc mi znany i bliski. Otacza mnie ocean kobiet i relacje z nimi są dla mnie niezwykle cenne. Lubię je. Ja nawet lubię flirtować, nie przekraczając pewnych granic. Więc nie jest tak, że postacie kobiecie, które tworzę, są całkowicie wymyślone. Ale bywa, że na potrzeby komediowej konwencji ich zachowania i psychologia jest u mnie podkręcona.

Niemal wszystkie filmy, do których przyłożył Pan rękę osiągały niesamowity sukces – co  było tym największym przełomem w Pana karierze?

Pierwszy film zdecydowanie, „Pół serio”, który jest najmniej znany, ale dla mnie wielce istotny. Powstał w niezwykły sposób. 16 lat temu miałem program telewizyjny w Telewizji Polskiej, który nazywał się właśnie „Pół serio” i który był programem publicystycznym o tematyce filmowej. Wymyśliliśmy sobie, że dla uatrakcyjnienia będziemy kręcenia do „Pół serio” krótkie scenki fabularne. TVP się zgodziła, ale nie wiedziała, że co miesiąc kręcimy część większej fabularnej całości. Mniej więcej 10 – 15 minut. To trwało rok. W tajemnicy przez redaktorami z TVP kręciliśmy film fabularny w comiesięcznych odcinkach. Potem go zmontowaliśmy, część rzeczy dokręciliśmy sami, przynieśliśmy do telewizji i powiedzieliśmy: „Proszę bardzo, wyprodukowaliście film!”. Boże, to ich zaskoczenie! Wielka radość! W ogromna satysfakcja, że stać nas było na coś takiego, na taki numer! W dodatku to nie było żadne oszustwo, nic nikomu nie ukradliśmy, ten film jest oficjalnie produkcją TVP1 i w 2000 roku na festiwalu filmowym w Gdyni dostał najwięcej nagród. Więc z naszej pasji i aktywności powstało samo dobro. Dla mnie to ciągle powód do sporej dumy. Że nie czekaliśmy, nie byliśmy pasywni, nie oczekiwaliśmy, że coś nam spadnie z nieba, tylko sami to sobie wymyśliliśmy.

Później w mojej karierze wydarzały się rzeczy dużo ważniejsze – które miały większy i szerszy odbiór i były znaczniejszymi sukcesami w wymiarze obiektywnym – ale ten moment, kiedy po raz pierwszy pokazaliśmy ten film publiczności w marcu 2000 roku (w warszawskim Teatrze Rozmaitości) był cudowny. Podczas projekcji stałem wśród tłoczącej się publiczności, nikt nie wiedział kim jestem, więc byłem nierozpoznawalny i słyszałem śmiech z żartów, które napisałem. Potężna satysfakcja. I myślę, że moment kluczowy w moim zawodowy życiu. Dotarło do mnie, że stać mnie na przekroczenie trudnych barier. Takich, których przeskoczenie wydaje się niemożliwe. Kiedy pojawia się ogromna przeszkoda, większość ludzi rezygnuje. Mówi „no, nie przejdę”. To błąd. Trzeba próbować. I taką mam radę dla wszystkich, którzy zaczynają coś robić: sięgajcie po niemożliwe, bo nikt za was waszego życia nie przeżyje. I nawet, jeśli wydaje się wam, że coś jest niemożliwe, starajcie się z tym zmierzyć. „Pół serio” to najważniejsza rzecz w mojej karierze – pierwszy moment, który powiedział mi, że „niemożliwe jest możliwe”. Potem już wszystko było łatwe, nawet te obiektywnie trudniejsze rzeczy.

A ma Pan jakiegoś ulubieńca spośród wszystkich zrealizowanych przez siebie filmów?

Nie jestem aż tak zakochany w sobie. Mam parę ulubionych filmów, które nie są moje. Natomiast lubię „Testosteron”, ale raczej jako sztukę teatralną, a nie film. I jako zabawną historię, która przydarzyła się jakimś ludziom. W teatrze widziałem „Testosteron” wiele razy. Dziś to chyba najpopularniejsza polska sztuka współczesna na świecie; grana jest w bardzo wielu krajach. Wiele z tych przedstawień widziałem i zawsze mnie zdumiewa, że niezależnie od zmieniających się kultur – bo czasami są to takie odległe miejsca jak Turcja – ludzie zawsze reagują podobnie. Myślę że dlatego, że coś prawdziwego w relacjach między mężczyznami a kobietami udało i się zapisać. Wszędzie widzowie się śmieją, są zakłopotani, troszeczkę wzruszeni. To piękne. Wydaje mi się, że w „Testosteronie” udało mi się osiągnąć coś wartościowego – w komediowej formie zapisałem poważną prawdę o ludziach. I mam teraz nadzieję, że to samo udało się w „Chłopcach”. Tu też jest dużo humoru, ale świat komplikacji, w jakich uwikłani są bohaterowie, jest całkiem na serio. Generalnie jest to rzecz o tym, jaką cenę płacimy za złudzenie, że liberalizm i skrajny indywidualizm to najlepsze (bo rzekomo najnowocześniejsze) postawy życiowe. „Chłopcy” opowiadają o tym, co się stało z ludźmi w pozornie cudownym świecie liberalnego szczęścia. Ta wieczna pogoń za nowymi bodźcami i podnietami, to nieustanne kolekcjonowanie wrażeń, powoduje, że nasze „ja” nigdy nie jest syte. Ale nie chcę też straszyć czytelników – „Chłopcy” to powieść, którą się lekko czyta, jest pełna dosadnego humoru, seksu, nieskrępowanej zabawy – więc można ją z powodzeniem zabrać na wakacje.

Czy jacyś twórcy szczególnie ukształtowali Pana wrażliwość artystyczną?

Gdybym miał powiedzieć o swojej wrażliwości artystycznej, co mnie ukształtowało w przestrzeni języka polskiego, w paradoksalny sposób nie byliby to filmowcy. Był to z jednej strony Marek Grechuta z jego piosenkami, których słuchałem jako nastolatek i które nauczyły mnie miłości do słowa, do poezji. Myślę, że Grechuta uczynił dla mojej wrażliwości więcej niż jakikolwiek z nauczycieli, których spotkałem. Drugą taka osobą był ktoś niezwykle ważny dla całego mojego inteligenckiego pokolenia, czyli Jacek Kaczmarski. Od niego wziąłem zamysł na uprawianie sztuki – z jednej strony artystycznie atrakcyjnej, a a drugiej – odpowiedzialnej, bo piosenki Jacka pełniły ważną funkcję edukacyjną, uczyły na przykład historii i jej rozmienia w czasach, kiedy historia była fałszowana. Taki silny typ barda jak Kaczmar wielce mi imponował – prawdziwy twardziel, co nie wstydzi się też łez. Miałem zresztą zaszczyt poznać Kaczmarskiego zanim umarł, a jego śmierć bardzo osobiście przeżyłem. A jeśli chodzi o filmy to bez wątpienia ukształtował mnie Woody Allen. Oglądałem go od wczesnych lat i właściwie zawsze miałem poczucie, że wyprzedza moje myśli. Że ledwie mi się coś roi w głowie, a on już to zawarł w filmie. Mówię o sposobie rozumienia świata, inteligencji, poczuciu humoru, sarkazmie w opisywaniu rzeczy poważnych, odnajdywaniu poprzez żart należytego dystansu, by poważna myśl nie była nadmiernie patetyczna lub sentymentalna. Allen robił to w sposób mistrzowski. Innymi ważnymi reżyserami byli dla mnie Roman PolańskiFrancis Ford Coppola. A jeśli chodzi o pisarzy to z pewnością Milan Kundera.

Zaczęło się od historii. Następnie dziennikarstwo, reżyseria i książka… Ciekawie toczą się Pana losy! Poddaje się Pan raczej spontanicznie biegowi wypadków czy też w przemyślany sposób realizuje pan swój plan wszechstronnego rozwoju?

I tak, i nie, bo człowiek, mając mało lat. może mieć tylko przeczucia względem siebie. Byłoby wręcz czymś buńczucznym budować plan na całe życie za młodu, ponieważ jak ma się lat naście, to człowiek w ogóle się nie  zna. Oczywiście musi mieć zdefiniowanego tego kogoś, kim w danym momencie jest, ale wraz z dojrzewaniem trzeba być gotowym na nieustanne przedefiniowywanie się. Często ulegamy złudzeniu, że człowiek jest niezmiennym konstruktem. A przecież jest nas wielu w nas i tak ma być. Ciekawe jest czytanie swoich dzienników lub zapisków sprzed lat. Budzą zdumienie. Kto to właściwie pisał? Ja? Jaki ja? Tamten ja? Bo przecież nie ten ja, który się w tych zapisanych myślach nie rozpoznaje. Pamięta, że to pisał, ale nie umie zrozumieć dlaczego.

Dlaczego studiował Pan historię?

Bo po pierwsze mnie interesowała, a po drugie – w czasach, w których studiowałem, czyli w połowie lat 80. XX wieku, my, młodzi nie zadawaliśmy sobie zbyt wielu pytań o celowość działań. To były czasy komunistycznej dyktatury, z którą walczyliśmy i której nie chcieliśmy budować publiczną aktywnością. Owszem, można było emigrować – wielu moich przyjaciół wyjechało i nie wróciło – ale ja nie chciałem. Byłem zbyt zanurzony w języku. Polski ot mój żywioł, moja ojczyzna. Więc decydując się na studia nie kierowałeś się myślą o karierze czy przyszłości, bo wiedziałem, że żadnej przyszłości w komunistycznej Polsce dla mnie nie ma. Że zawodowo nic mnie nie czeka istotnego, więc bez znaczenia, jaki rodzaj wykształcenia wybiorę. Nie chciałem być dziennikarzem, bo oni kłamali. W ogóle nie zakładałem, że mogę być filmowcem, bo nie chciałem iść na kompromisy z tymi, co dają kamery. Nawet historii nie chciałem uczyć jako nauczyciel. A studiowałem ją, bo dzięki temu mogłem żyć w minionych epokach. Owszem, myślałem o tym, że będę pisał, ale wiedziałem też, że moje treści można wydawać wyłącznie w drugim obiegu. I tak żyłem jak outsider. To mnie ukształtowało. Jak człowiek dorasta mając lat dwadzieścia mówi „wszystko jest matriksem”, to zostaje mi tylko wewnętrzny świat. My jesteśmy bardzo różni od następnych pokoleń, bo myśmy nigdy nie chcieli aspirować do świata, który nas odrzuca. Myśmy światu, który chciał nas zassać mówili: „spierdalaj!”. I masę czasu spędzaliśmy ze sobą, siedzieliśmy wspólnie po domach, czytaliśmy masę książek, gadaliśmy o nich, piliśmy alkohol, paliliśmy fajki, nie przejmowaliśmy się pracą, bo ówczesne pieniądze były bez wartości i nawet nie było co za nie kupić. Były jakieś prace dorywcze, po to tylko, żeby kupić nowe książki, fajki i alkohol. Ale inne rzeczy materialne mieliśmy głęboko w dupie i pod tym względem byliśmy wolni. A potem stało się tak – co jest też bardzo specyficzne dla mojej generacji – że kiedy miałem lat 24, wydarzył się 1989 rok i cały kraj – w znaczeniu dosłownym – był do wzięcia. Nagle się okazało się, że z tej zabawy w niedorosłość weszliśmy w buty poważnych redaktorów, urzędników, funkcjonariuszy ważnych urzędów. Życie poniosło nas z ławki przed BUW-em, gdzie piliśmy piwo i uczyniło kimś ważnym. To było wielkie doświadczenie, którego nikt z nas nie planował.

Jest Pan z pewnością typem, który nie spoczywa na laurach – zatem co dalej, czym jeszcze Pan nas zaskoczy?

Nie mam ambicji zaskakiwania kogokolwiek dla samego zaskakiwania. Myślę, że ciągle będę robił to samo, co teraz: w publicystyce objaśniał świat na tyle, na ile go rozumiem, a w świecie fikcji – literatury, filmu lub teatru – starał się ludzi rozśmieszać lub wzruszać. Może nawet wzruszać częściej niż rozśmieszać. W najbliższym czasie zamierzam wydać kolejne dwie powieści. Pierwsza „Cynowy książę” będzie lekkim żartem, taką wariacją, jak mogłaby wyglądać dorosła proza w stylu książek Edmunda Niziurskiego. Druga „Metamorfozy” jest już niezwykle poważna i wielowątkowa. Myślę, że czytelnicy będą nią naprawdę zaskoczeni.

Rozmawiała Adriana Cybulska

2 of 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *