Andrzej Saramonowicz – kolekcjoner wrażeń

Trudno dziś spotkać w Polsce filmowca z tak imponującą liczbą komercyjnych hitów na koncie. To on stoi za sukcesem komedii takich jak „Ciało”, „Testosteron”, „Lejdis”, czy „Jak pozbyć się cellilitu”. Andrzej Saramonowicz  – zaczytany w czeskiej literaturze, zniesmaczony głupotą celebryckiego świata show-biznesu, od trzydziestu jeden lat zakochany w jednej kobiecie. Scenarzysta, producent, reżyser, dziennikarz, kontrowersyjny komentator polskiej rzeczywistości. Właśnie wydał swoją pierwszą powieść – i wszystko wskazuje na to, że dopiero się rozkręca.
Przez ostatnie lata, od 2011 roku, nie stworzył Pan żadnego filmu – gdzie się Pan podziewał? Pochłonęła Pana praca nad książką czy może realizował może Pana inne projekty?

W pracy przy filmach bardzo często pisze się scenariusze, które nie są zrealizowane. Być może więc z punktu widzenia odbiorcy twórca nic nie robi, ale tak nie jest. Od mojego ostatniego filmu napisałem trzy scenariusze filmowe i projekt serialu, niestety film z nich nie powstały. Prawdę mówiąc, ja też jakoś rozpaczliwie nie zabiegałem, by tak się stało, bo praca nad filmem to jednak wielce wyniszczająca przygoda. A ja byłem po wieloletnim „secie” robienia filmów i chciałem też sobie troszeczkę pożyć – zatem przeznaczyłem te ostatnie lata na pisanie scenariuszy z nadzieją, że zostaną kiedyś zrealizowane, na czytanie, na podróżowanie, no i też ostatni rok na napisanie powieści.

Skąd scenarzyście i reżyserowi wykreował się pomysł napisania powieści?

Ja zawsze postrzegałem się przede wszystkim jako pisarza, który robi filmy, a nie filmowca w czystej formie. Zresztą debiutowałem literacko jako autor opowiadań w kultowym piśmie literackim „bruLion” w 1990 roku (tam gdzie m.in. publikowali też Andrzej Stasiuk i Marcin Świetlicki), więc moja obecna powieść to raczej powrót do korzeni. Zresztą ja nie czynię żadnej różnicy między pisaniem dla teatru, literaturą piękną i robieniem filmów. To są tylko różne media, natomiast istota – czyli wymyślanie historii i komunikowanie się z odbiorcą poprzez opowiadanie mu tych historii – jest taka sama.

A wciągnęła Pana ta forma na tyle, że miałby Pan ochotę zerwać z filmem na dłużej na rzecz literatury?

Niczego nie mam zamiaru zrywać. Nie czuję potrzeby ogłaszania manifestów w stylu „z tym koniec, czas na nowe otwarcie!”. Chcę się komunikować z ludźmi na wszystkich możliwych polach, czasami to jest film, czasami teatr, czasami – tak jak teraz – powieść. I nie wiem, co wybiorę w niedalekiej przyszłości, choć muszę przyznać, że ta podróż w głąb siebie, jaką jest literatura, sprawiła mi wiele satysfakcji i chętnie bym ją ponownie odbył. Więc pewno napiszę teraz  nową powieść, może i niejedną.

No właśnie – porozmawiajmy o „Chłopcach”, bo książka zapowiada się niezwykle. Opowiada Pan tu historię człowieka zagubionego, który na swój sposób szuka swojej recepty na szczęście – pomysł zaczerpnięty z własnego wnętrza czy to może raczej wnikliwa obserwacja współczesnego społeczeństwa?

Jeśli pyta Pani, czy opisałem kogoś konkretnego – siebie lub ludzi, których znam – to odpowiedź brzmi: nie. Ale historia z „Chłopców” zakorzeniona jest oczywiście w życiu realnym dzisiejszej Polski. W mojej książce próbuję opisać zmiany społeczne, jakie zaszły w obyczajowości polskiej początku XXI wieku. Jak zmienia się model rodziny i nieco szerszych struktur społecznych. Jak rozpada się rodzina w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. Jak kiełkują nowe relacje międzyludzkie. Rodziny nowego typu. Jakie są konsekwencje wychowywania dzieci przez ojców weekendowych, a nie takich, co są z nimi codziennie. To są wszystko zmiany, które nasz świat odmieniają i różnią od warunków życia, w jakich wzrastały i rozwijały się poprzednie generacje Europejczyków. To był mój plan intelektualny dla „Chłopców”, ale żeby powieść była powieścią, a nie esejem trzeba było dla niej znaleźć fabularny wehikuł. I są nim przygody dwóch narratorów: 40-letniego ojca, Jakuba Solańskiego i 11-letniego syna, Mateusza. Ci wyimaginowani bohaterowie składają się z wielu osób, jakie przyszło mi w życiu obserwować. Praca pisarza składa się w mniejszej części z pisania, a w większej właśnie z obserwowania. Z kolekcjonowania wrażeń. Ja patrzę na świat od lat jak rejestrująca kamera. Staram się uchwycić wszystko, nie wiedząc, co ostatecznie z tych obserwacji mi się przyda.

Do tej pory dzielił się Pan jednak tymi obserwacjami głównie poprzez filmy – zdobywając zresztą na tym polu rzesze wielbicieli. Nie miał Pan obaw, że powieść może nie spełnić oczekiwań?

Zawsze jest tak, że autor, jeśli nie jest próżny, ma szereg wątpliwości, pokazując odbiorcom swoje dzieło. Bez względu na to czy to jest film czy powieść. Dzieło jest jak dziecko. Pielęgnuje się je, stara wychować i wykształcić jak najlepiej, ale w końcu przychodzi moment, kiedy trzeba je puścić w świat. I zawsze jest lęk. Jak świat je przyjmie? Jak ono sobie w nim poradzi? Co więcej – to jest niezbędne, bo dzieło artystyczne zawsze jest dziełem otwartym i dopełnia się poprzez odbiorcę. To on – wraz ze swoją wrażliwością i intelektem – staje się współtwórcą. I zdarza się, że zbiorowa wrażliwość odbiorców dzieło autora odrzuca. Więc lęk o odbiór istnieje, ale niezbyt duży, bo uważam, że „Chłopcy” bardzo mi się udali i stawiam tę powieść wśród swoich dzieł bardzo wysoko; powiedziałbym, że od czasów sztuki teatralnej „Testosteron”, którą napisałem w 2002 roku, nie byłem jeszcze tak kontent z rzeczy, którą stworzyłem. Wiem, że nie dałem tu plamy i wewnętrzną satysfakcję mam. Natomiast czy to moje zadowolenie podzieli publiczność pozostaje sprawą otwartą.

A osobiście po jakie książki sięga Pan najchętniej?

Jestem bardzo otwarty. Czytam wszystko, uczciwie mówiąc wielu z książek nie kończę. Czytam po kilkanaście rzeczy jednocześnie. Nie tylko beletrystykę, to są też książki historyczne, naukowe, wszelkiego rodzaju książki z filozofii, nauk społecznych, psychologii.  Im jestem starszy, tym bardziej takie rzeczy mnie interesują. Natomiast mam oczywiście autorów, których powieści zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Na swój prywatny użytek dzielę literaturę na taką, którą – tak mi podpowiada moja wrażliwość i inteligencja – potrafiłbym napisać (i tej w ogóle nie cenię) i taką, której nie potrafiłbym – ze względu na jakąś niedostępność warsztatu albo wrażliwość – stworzyć (i tę cenię bardzo). W ostatnich latach jedną z najnowszych książek, które mi się najbardziej spodobały było „Wyznaję” katalońskiego pisarza Jaume Cabre. Książka, po którą sięgnąłem ze względu na szkatułkową konstrukcję – jak „Rękopis znaleziony w Saragossie” Potockiego, tylko tutaj szkatułki są nowocześniej skonstruowane.  Jest w niej próba dosięgnięcia prawdziwej istoty życia i dalekosiężna głębia. Lubię też włoskiego pisarza Alessandro Baricco, szczególnie jego książkę „Ocean morze”, która mi się wydaje ujmująco tkliwa i piękna. Poza tym lubię Franza Kafkę, Hermana Hessego, Lawrence’a Durrella, ale także literaturę czeską: Kunderę, Hrabala, Fuksa, Pavla…

A zmieniając temat – nie mogę nie zapytać o Pana mocno kontrowersyjne i chętnie podłapywane przez media spojrzenie na świat… Z Pana facebookowego profilu wynika, że uwielbia Pan – zwykle nie przebierając w słowach – komentować bieżące wydarzenia społeczne czy polityczne. Wiele emocji wzbudzają też te pod adresem specyficznego polskiego show-biznesu… Co Pana w tym celebryckim świecie tak strasznie drażni?

Zawsze to samo: ludzka głupota. W świecie celebryckim głupota pnie się często niezwykle wysoko, osiągając zdumiewające diapazony zawstydzającego samozadowolenia. To jest szczególnie denerwujące. Głupota  ludzi, którzy nie mają  ambicji, by informować świat o sobie, jest jeszcze jakoś do przyjęcia. Ale bezmyślność „gwiazdek”, które cały swój wysiłek wkładają jedynie w to, żeby powiedzieć „hello, tu jestem!”, a jednocześnie nie robią nic innego, jest szczególnie dotkliwa. Choćby dlatego, że może sugerować innym osobom, że taka postawa jest wartościowa i pożądana. Że tak warto żyć, że warto być znanym z tego, że jest się znanym. Nigdy nie ukłułem nikogo, kto jest popularny czy rozpoznawalny z racji swoich talentów, osiągnięć, umiejętności – to wszystko zasługuje na ogromny szacunek. Ale jest też jakiś potężnie nadmuchany balon pustoty kompletne. Ludzi, którzy nic wartościowego nie zrobili, a funkcjonują w publicznym obiegu jedynie dlatego, ze ktoś w odpowiednim momencie sfotografował ich sztuczny biust albo opisał rozwód albo cekiny na pożyczonej sukience. Albo jakiś rodzaj żenującego zachowania, którego celem było właśnie zdobycie popularności. Tacy ludzie są dla mnie niepoważani. I szkodliwi. Więc się z nich śmieję. Ale nie powiedziałbym, że w tym śmiechu jest cokolwiek kontrowersyjnego. Ja moim szyderstwem z głupoty oddzielam ziarno od plew. Mówię ludziom, którzy mnie słuchają: nauczcie się odróżniać prawdziwą kontrowersyjność, która zasługuje na szacunek od gównianych i bezwartościowych skandalików, które kontrowersję udają.

1 of 2

Komentarze

Trudno dziś spotkać w Polsce filmowca z tak imponującą liczbą komercyjnych hitów na koncie. To on stoi za sukcesem komedii takich jak „Ciało”, „Testosteron”, „Lejdis”, czy „Jak pozbyć się cellilitu”....
" />