Agnieszka Ścibor – Królowa polskich stylistów

agnieszka ścibor - królowa stylistów
fot. dykf.pl
Na stałe współpracuje z największymi tytułami: „Vogue”, „Vanity Fair”, „L’officiel”. Jest jedną z niewielu osób, którym udało się osiągnąć sukces na międzynarodowej arenie mody. W Polsce pełni funkcję redaktor naczelnej „Viva ! Moda”. Z Panią Agnieszką Ścibior, królową polskich stylistów, rozmawiam o początkach kariery, współpracy z topowymi modelkami i polskiej modzie.
Jest Pani osobą, która cały czas pnie się w górę i nie spoczywa na laurach?

Bardzo lubię swoją pracę. Udało mi się pracować z najlepszymi fotografami i modelkami w branży. Zaczęło się od międzynarodowych tytułów a teraz ta jakość obowiązuje też w „Viva! Moda”.  Do najnowszego numeru zrobiłam sesję z Caroline de Maigret. Caroline jest modelką, producentką muzyczną, a także autorką bardzo zabawnej książki o paryskim szyku, którego jest ikoną. Mimo tego, że ma 40 lat, a może właśnie dlatego. Nasza sesja odbyła się tuż przed jej sesją dla Lancome, wcześniej Caroline była jedną z trzech muz (obok Catherine Deneuve i Gisele Bundchen) torebek Vuitton. W tym sezonie Caroline zrobiła z 20 okładek najważniejszych pism na całym świecie, świetnie, że znalazła też czas da „Viva! Moda”.

Wcześniej udało się mi namówić na sesję dla magazynu wiele wyjątkowych osób i to dokładnie w tym momencie kiedy było o nich głośno. Karolina Kurkova (pierwszy sezon po powrocie do modelingu) Andriej Pejc (kampania JPG), Julia Roitfeld (pierwsza sesja po urodzeniu dziecka), Lily McMenamy. Zachwycałam się Olą Rudnicką już dwa lata temu a teraz jest superstar. Fotografowaliśmy modelkę Micę Arganaraz, i ukazała się w naszym letnim numerze dokładnie wtedy kiedy francuski Vogue ogłosił ją twarzą sezonu.

Muszę przyznać, że ma Pani dobrą rękę do wyboru modelek. Kariera początkujących dziewczyn po sesji u Pani nabiera międzynarodowego rozpędu.

Bardzo się cieszę, że udaje mi się dokonywać dobrych wyborów. Ważną sprawą jest, że my nie możemy dzwonić do agentów tych osób kiedy są na topie. Po pierwsze wtedy dzwoni do nich cały świat, a po drugie z racji tego, że jesteśmy kwartalnikiem mamy dość długi cykl produkcyjny. Muszę ich kariery przewidywać przynajmniej z pół rocznym wyprzedzeniem i jak dotąd udaje się to nam idealnie. Wydaje mi się, że mam naprawdę super oko do modelek. Pracowałam z  Magdą Laguinge, była tak świetna, że zrobiłam z nią jednego dnia dwie sesje, a chwilę później Carine Roitfeld wybrała ją na gwiazdę pierwszego numeru swojego autorskiego pisma „CR”.

Początkujące modelki to jeden temat. Drugim są wielkie, międzynarodowe nazwiska, które pojawiają się w numerach „Viva! Moda”. Jak zdobywa się takie osoby?

Teraz dostaję mnóstwo maili z propozycjami współpracy od naprawdę świetnych ludzi z branży, fotografów, stylistów. Gwiazdy zdobywam nadal dobrymi pomysłami. Takimi, w które chce im się angażować. Tak było z Karoliną Kurkovą, umówił mnie z nią Marcin Tyszka. Spotkałyśmy się w siedzibie agencji modelek w Paryżu podczas pokazów Haute Couture, a tu okazuje się, że nasze spotkanie nagra niemiecka telewizja, która kręci z Karoliną  tego dnia  program o tym jak wygląda jej dzień na pokazach. Trochę mnie to zestresowało, wiedziałam, że będę musiała  ją przekonać do tego, żeby zgodziła się na sesję do gazety, której jeszcze nie mogłam jej pokazać („Viva!Moda” była jeszcze przed moimi zmianami). Miałam tylko pomysł na sesję inspirowaną Davidem Bowie, swoje portfolio i projekt gazety, którą chciałam zrobić. Obawiałam się, że dostanę kosza na oczach telewidzów. Na szczęście pomysł ją zachwycił i natychmiast umówiliśmy się na sesję. Okazało się, że najlepiej będzie ją zrobić za dwa dni, od razu po pokazach bo wtedy Karolina będzie miała wolny dzień. Czasami mam wrażenie, że nazwa „Viva! Moda” jest za granicą lepiej znana niż w Polsce.

Teraz kiedy dzwonimy do agencji fotografów, makijażystów czy modelek od razu słyszymy: Wiemy, co to za gazeta i oczywiście chcemy współpracować. To bardzo miłe, że na tak trudnym, snobistycznym rynku ma swoją światową pozycję.

Jest Pani redaktor naczelną od 2010 roku. Magazyn bardzo się zmienił przez ten czas.

Dokładnie. „Viva! Moda” tak naprawdę dostała zupełnie inną nową odsłonę. Wcześniej była katalogiem pokazów. Teraz jest pełnoprawnym magazynem o modzie. Oczywiście nadal pokazuje relacje z pokazów, które są źródłem trendów, ale ma swoje sesje – i to sesje z gwiazdami dużego formatu, ze świetnymi fotografami. Mamy również teksty świetnych autorów. Piszą dla nas Janusz Noniewicz (kierownik Katedry Mody na warszawskiej ASP) . Karolina Sulej, Marcin Różyc. W redakcji pracuje Maja Kasprzyk i Aleksandra Boćkowska (autorka świetnej książki o modzie PRL-u). Wyjątkowi specjaliści, którzy modę widzą jako część szerszych zjawisk kulturowych. Naszym felietonistą jest świetny pisarz Michał Witkowski.

Czy w Polsce możemy mówić, że moda traktowana jest jako dziedzina sztuki?

W Polsce moda ani nie jest traktowana jak dziedzina sztuki czy część kultury, ani nie jest poważnym biznesem. Ale jednocześnie znani projektanci świetnie radzą sobie finansowo. Media sprawiły, że są gwiazdami, a Polacy pokochali ich ubrania. To jest ten moment, w którym zaczynają tworzyć własne domy mody, małe przedsiębiorstwa. Następnym etapem ich kariery powinno być sprzedawanie projektów na świecie. To jak z muzyką, nawet niszowy artysta ale światowego formatu sprzedaje kilkadziesiąt tysięcy płyt. Co pozwala mu czuć się artystą docenionym.

Co sądzi Pani o projektach, które przedstawiają polscy projektanci? Są na międzynarodowym poziomie?

Polska moda nie jest jeszcze na światowym poziomie ale nie chodzi o brak talentu twórców. W tej chwili polscy projektanci dopiero uczą się jak z projektu stworzyć produkt, który da się pokazać na międzynarodowych targach, powielać i sprzedawać. W modzie nie chodzi o stworzenie żakietu. Musi dać się do niego zamówić tkaninę, wyprodukować w kilku rozmiarach, musi mieć wieszak, metkę, wszelkie zawieszki, opakowanie i sprawdzoną instrukcję prania. Moim zdaniem tego jeszcze nie mamy, ale to się właśnie teraz zmienia.

W jednym ze swoich tekstów napisała Pani, że w Polsce wciąż dominuje poradnictwo w stylu „jak z t-shirtu zrobić karnawałową kreację”. Czy na temat mody pisze się już na poważnie, o jej prawdziwych wartościach? Czy traktujemy ją już jako część kultury?

Jeśli dobrze pamiętam ta wypowiedź dotyczyła telewizji. Chodziło mi o to, że poza reality show i poradnictwem w telewizji nie ma mody. Nawet o pokazach rozmawia się poprzez pryzmat gwiazd, które na nie przyszły. Sama często jestem zapraszana do „Czerwonego dywanu”, co jest zawsze bardzo miłe spotkanie z prowadzącą ten program Pauliną Drażbą, ale mam wrażenie, że i mnie i Paulinie trochę brakuje rozmowy o samych projektach i pokazie.

Podobnie w gazetach wszystkie zajmują się tylko gwiazdami. Od jakiegoś czasu czekam, aż znajdzie się odważny projektant i z tego zakpi, usadzi widownię naprzeciwko pierwszego rzędu albo ścianki sponsorskiej, a żadnego pokazu nie będzie robił bo w sumie nikomu on nie jest potrzebny, relacje i tak się ukażą jak zawsze. Jest to o tyle dziwne, że na świecie tygodniki znajdują miejsce na pisanie o modzie.

Skończyła Pani Malarstwo i Projektowanie Ubioru na Akademii Sztuk Pięknych, a jeszcze wcześniej, bo w liceum, zaprojektowała Pani swoją autorską kolekcję. Dlaczego wybrała Pani zawód stylistki, a nie projektantki?

Do szkoły projektowania poszłam tylko dlatego, że nie było wtedy szkoły dla stylistów. Tak naprawdę zawsze fascynowały mnie zdjęcia i magazyny. W dzieciństwie zbierałam „Przekroje” dla rubryki Pani Barbary Hoff. W ASP na pewno bardzo dużo się nauczyłam. Uważam, że studia nie zawsze muszą dawać wiedzę zawodową, czasem potrzebny jest po prostu czas na rozwój. Dla mnie to był dobry czas na poznawanie malarstwa, historii ubioru  i sztuki, nauki kompozycji, wyczucia koloru, proporcji. Miałam zajęcia z fotografii, malarstwa. Sądzę, że jest to dobra podstawa do tego, żeby się zajmować stylizacją. Dodatkowo w Łodzi jest Filmówka, w której można było oglądać klasykę kina. Na pokazach dla studentów czasami byłam dwa razy w tygodniu. Właściwie jak miałabym stworzyć program szkoły dla stylistów, to wyglądałby dokładnie tak samo. Stylizacji można by było uczyć krócej, jednak dobre wykształcenie nikomu nie szkodzi.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że nie powiela wcześniej wykorzystanych pomysłów, schematów. Skąd bierze Pani inspiracje do stylizacji i produkcji sesji zdjęciowych?

Nigdy nie oglądam gazet w poszukiwaniu pomysłów na sesje. Po co miałabym robić zdjęcia które już ktoś zrobił. Moje plastyczne wykształcenie jest podstawą, moim warsztatem pracy. W czasie studiów rozwija się talenty plastyczne, to jest jedno. Uczy się także robienia kompozycji, łączenia kolorów. Jeśli ogląda się dużo malarstwa, sztuki to bardzo rozwija twórcze myślenie. Po pierwsze – komponuję strój, ale staram się myśleć, co będzie się działo wokół tego, to też jest bardzo ważne w zdjęciu. Dla mnie najczęściej  punktem wyjścia jest praca projektantów. Od ubrań zaczynam budować całą sesję.

Ale czasami jest inaczej pamiętam byłam na wakacjach w RPA, świeżo po przeczytaniu wspomnień Grace Coddington, w których ona daje radę, żeby nigdy nie spać w samochodzie przyglądać się światu bo może zobaczy się coś ciekawego. Też wzięła to od jakiegoś swojego mistrza. No więc jeżdżąc po Afryce w aucie nie spałam tylko zrobiłam mnóstwo zdjęć ludziom których mijałam po drodze. Potem zrobiłam sesję, która składała się z bardzo prostych ubrań, ale właśnie tak skomponowanych i noszonych, jak nosili Afrykanie. Oni zakładają ubrania całkowicie inaczej, czasami t-shirt staje się sukienką dla dziecka, czasami do sportowych butów trzeba dowiązać podeszwy wykrojone z opony bo oryginalne się zdarły. To byli często bardzo biedni ludzie, a te rzeczy były mocno sfatygowane, sprane i zniszczone przez słońce. Ale nie dawało to wrażenie chaosu, wręcz przeciwnie komponowało się w piękne warstwy. Powtórzyłam to na sesji.

Pani kariera zawodowa jest jak z bajki. Jak to się stało, że zaczęła Pani współpracować z zagranicznymi tytułami?

Pierwszą sesję dla „Vogue” zrobiłam z Hansem Freuerem i Constance Jablonski. Hans powiedział: Super nam się pracuje. Ja mam zlecenie dla „Vogue’a” japońskiego, to zróbmy je razem –  tak po prostu się to wydarzyło. Mam teraz w portfolio super topowe nazwiska, jak Victor Demarchelier, Hans Freuer, Maciek Kobielski, który w Polsce jest prawie nieznany, a na świecie ma świetną pozycję, Claudia Knoepfel & Stefan Indlekofer – para, która na stałe pracuje dla niemieckiego i francuskiego Vogue.

Uważam, że przepustką do  świata mody jest portfolio. Na pewno trudno jest zdobyć to pierwsze zaufanie, kiedy ktoś powie: ok, zróbmy to, spróbujmy. Muszę powiedzieć, że miałam ogromne szczęście trafiając na fajnych fotografów, na przykład na Michel Comte, który fotografował Cindy Crawford i Naomi Campbell. Był topowym fotografem włoskiego „Vogue”. Później wycofał się i chciał zająć czymś innym. Robił film, ale mnie się udało namówić go, żeby zrobił ze mną sesję z Magdą Frąckowiak w Nowym Jorku. Sama nie wiem, jak to się wydarzyło. Rozmawiałam z jego agentem, który mówił: Ja nie wiem, czy Michel będzie mógł przyjechać, jest teraz w Los Angeles, może zrobisz z kimś innym? Na co ja: Wiesz, przyjechałam do Nowego Jorku i nie wyobrażam sobie, żeby Michel nie przyjechał z LA. (śmiech). Chyba zamurowała go moja bezczelność ale tak naprawdę to była raczej desperacja. Na szczęście dotarł. Pracowało się nam bardzo dobrze a do tego świetnie rozmawiało o starych filmach. On jest fanem starego kina, a ja je też uwielbiam. Złapaliśmy bardzo dobry kontakt i kilka miesięcy później  Michel zaprosił mnie do zrobienia sesji w jego domu w Los Angeles. Nadal mamy świetny kontakt i planujemy wspólne sesje.

Pani kariera zawsze układała się bez większych problemów?

Nie mam poczucia, że wszystko w moim życiu tak łatwo się układa (śmiech). Ale rzeczywiście kilka razy zdarzyło się, że kiedy miałam podjąć jakąś ważną decyzję lub zrobić krok w jakąś stronę, wtedy życie samo przynosiło rozwiązanie. Ludzie przychodzili do mnie z propozycjami, ja nie musiałam o nic specjalnie prosić czy zabiegać. Ale może gdybym to robiła mogłabym więcej osiągnąć.

Z całym szacunkiem, ale chyba jest to teraz kokieteria z Pani strony. Przecież Pani kariera to dla wielu stylistów czysta bajka (śmiech).

Ale też mnóstwo pracy. Moje koleżanki z redakcji zawsze dziwią się jak to możliwe że lecę do Stanów i piszę do nich maile zanim przyjdą do pracy. Żeby zdążyć ze wszystkim od lat pracuję według dość wymagającego schematu. Wcale się nie przestawiam, wstaję nadal rano polskiego czasu (ok 2.00-3.00 w Nowym Jorku i do 8.00 rano, zanim pójdę na sesję pracuję z polską redakcją). Potem jadę na zdjęcia, kiedy wracam Warszawa śpi, więc mogę bez wyrzutów sumienia odetchnąć, pójść na kolację itp. No i następnego dnia znów wstaję w środku nocy.

Szczerze powiedziawszy  wyjazdy kojarzą mi się tylko z pracą ponad siły. No i ogromnym stresem. Wtedy wszystko musi się udać, wszyscy muszą dojechać razem z mnóstwem wypożyczonych do sesji ubrań. A do tego przez te 8-10 godzin trzeba mieć same dobre pomysły bo niestety sesji się nie powtarza.

Odczuwa Pani stres przed kolejnymi sesjami, czy stało się to rutyną?

Absolutnie to jest stres i napięcie. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to niepowtarzalna sytuacja, to wydarzy się teraz, albo w ogóle. Najlepszy pomysł, najlepszy kadr, jeśli przyjdzie za późno to nie ma sensu. Jest napięcie, bo każdy może mieć gorszy dzień, czasem pomysły nie przychodzą akurat w tej chwili. Dlatego trzeba być bardzo dobrze przygotowanym ale też uważnym na sesji. Nie da się powiedzieć, to ja w tym czasie będę załatwiała inne rzeczy, a to nich się już toczy. Pomysł, idea to jedno, ale później trzeba to weryfikować na bieżąco. Czy mamy to, o co nam chodziło, czy to dobrze wygląda. To jest praca zespołowa. Jest fotograf, modelka, makijaż, włosy i jakiego pomysłu bym nie miała, a modelka nie będzie mogła się w to wpisać z warunków fizycznych czy umiejętności, ja muszę być elastyczna i gotowa tak to zmienić, żeby wyszło świetnie.

W „Viva! Moda” jest Pani redaktor naczelną. Tu Pani rządzi. Tak, jak Pani zleci wykonanie pracy, tak ma być wykonana. Jak jest w przypadku pracy w „Vogue”?

Nigdy nie czułam zawodu po tym jak zobaczyłam opublikowaną sesję czy okładkę w „Vogue”. Wszystko zaczyna się od koncepcji którą przedstawiam redakcji, a potem realizuję. Po sesji wybieramy z fotografem zdjęcia i proponujemy layout. Z reguły redakcja publikuje nasz materiał w takiej lub niewiele zmienionej formie. I z reguły świetnie to wygląda.

W swoich stylizacjach stara się Pani łączyć ubrania wielkich projektantów, światowych marek, ale łączy je Pani również z rzeczami polskich projektantów, prawda?

To dla mnie bardzo ważne. Promocję polskiej mody traktuję  jak swoją misję. Julia Roitfeld w sesji dla „Viva! Moda” wystąpiła w sukienkach Gosi Baczyńskie; Karolina Kurkova i Andrje Pejc zachwycali się leginsami Agnieszki Maciejak. W grudniu wyjdzie tajski Vogue w którym obok ubrań Givenchy, Lanvin, i kreacji haute couture Elsy Schiaparelli pojawi się haftowany, niezwykle spektakularny płaszcz Dawida Wolińskiego i awangardowe projekty Bartka Michalca.

Jednak nie tylko stylizuje Pani sesje zdjęciowe, ale również pokazy mody. Jednym z nich był pokaz Łukasza Jemioła.

Bardzo lubię pracę przy pokazach. Uwielbiam spotykać się z projektantami w ich pracowniach, pomagać im w pracy od samego początku. Na świecie projektowanie to praca zespołowa tak osiąga się najlepsze efekty. Od lat pracuję też z Dawidem Wolińskim, marką Simple i Apart. Uwielbiam też wymyślać klimat pokazu. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie, bo moja rola jest zupełnie inna niż przy sesji. Najpierw jest idea projektanta, jego praca, jego styl. Chodzi o to żeby jak najlepiej go pokazać nie zgubić tego DNA marki a przy okazji zrobić spektakularny pokaz. Ostatnio zajęłam się też reżyserią pokazu. Okazało się ze jest to świetne doświadczenie, bardzo mi się spodobało. W sumie okazało się bardzo podobne to doświadczenia z sesji. Tam też to ja jestem reżyserem! Kto wie może jeszcze to powtórzę..

„Viva! Moda” jako pierwszy magazyn na świecie pokazał kolekcję Alexandra Wanga dla H&M. To niesamowite wyróżnienie! W jaki sposób osiągnęła to Pani?

Myślę, że to nie była osobista decyzja Alexandra Wanga (śmiech),  chociaż w lipcu w czasie pokazów Haute Couture udało mi się z nim przeprowadzić wywiad i było to bardzo miłe spotkanie. Wang jest bezpośredni i zachowuje się tak jakby nie miał pojęcia, że jest wielką gwiazdą. Wtedy powiedział, że jego ulubioną polską modelką i jednocześnie przyjaciółką jest Kasia Struss. Pomyślałam że w takim razie w naszej sesji to Kasia musi wystąpić. Udało się dzięki genialnemu teamowi H&M z Polski. Ich zespół składa się z zapaleńców i tak jak dla mnie nie ma dla nich rzeczy nie możliwych. Zawalczyli o zniesienie embarga na publikację dla naszego tytułu tak, żebyśmy mogli opublikować materiał już we wrześniu. No i okazało się, że pokazaliśmy tą kolekcję pierwsi na świecie.

Jakie jest Pani największe marzenie związane z modą?

Marzy mi się telewizyjny program o modzie, który jest częścią dyskusji o kulturze, a nie celebrytach.

Rozmawiała Monika Gąsiorek-Mosiołek

Komentarze

Na stałe współpracuje z największymi tytułami: „Vogue”, „Vanity Fair”, „L’officiel”. Jest jedną z niewielu osób, którym udało się osiągnąć sukces na międzynarodowej arenie mody. W Polsce pełni funkcję redaktor naczelnej...
" />