Piano – chuligan

Piano - chuligan
fot: Adam Golec
Jazz pokazuje prawdę o człowieku. Piotr Orzechowski nosi pseudonim Pianohooligan. Nie dlatego, że odrzuca muzyczną klasykę. Wręcz przeciwnie – kocha historię i akustyczne instrumenty. Buntuje się przeciw bezduszności współczesnej muzyki. Opowiada nam, czego poszukuje w dźwiękach, dokąd zmierza muzyka i dlaczego wciąż lubi czasem posłuchać metalu – rozmawia Rafał Stanowski
Słowo jazzman niesie w sobie poważny ładunek emocji, historii, filozofii. Czy ty w ogóle czujesz się jazzmanem?

No właśnie, to słowo wydaje się mieć przede wszystkim ładunek historyczny. Ten gatunek muzyczny rozumiem jako historię i to, co dzieje się teraz. A to, co dzieje się teraz, to przemiana jazzu w coś innego, nowego. Przecież pierwotnie była to rozrywkowa muzyka do tańca.

A czym staje się dzisiaj?

Nie chodzi już o zabawę, lecz o sztukę. Widzę jazz jako gatunek na pograniczu. Więc i ja jestem twórcą na pograniczu. Kiedyś słuchałem też sporo hiphopu, hardcore’u, metalu, i to wszystko mi się podobało. Ściślej rzecz biorąc, podobały mi się pewne elementy, które później chciałem przenieść do swojej muzyki.

A co takiego lubisz w metalu?

Bezwzględność. Intensywną kondensację. Tam jest prosty koncept harmoniczny, ale ma swoją siłę. Słuchałem wiele zespołu Korn, który świetnie rozpracował taki właśnie krótkotrwały, ostry przekaz. Można by to przenieść do jazzu.

Tego właśnie przekazu mu brakuje?

Nie tylko, ale na pewno chciałbym, by jazz pozostał muzyką buntowników, by zmieniał myślenie o używaniu dźwięków. Nie chciałbym, aby jazz głupiał, by skupiał się tylko na ekspresji, odrzucał teorię czy stawał się popowym smooth jazzem. Każdy bunt musi mieć jakieś podstawy. Chcę to robić świadomie. Szukam tego, co jest ważne w jazzie, chcę to odkryć i w pełni wyeksponować. Jeśli mam o czymś krzyczeć, muszę wiedzieć, o co mi chodzi. Inaczej zedrę sobie tylko gardło.

fot: Adam Golec
fot: Adam Golec
W którym momencie poczułeś w sobie naturę muzycznego buntownika?

Nie pamiętam dokładnie, ale od początku podążałem dwiema drogami – mama namawiała mnie na klasykę, a tata na jazz i improwizację. Dzięki temu mogłem poznać oba gatunki i wyciągnąć stosowne wnioski. Buntować zacząłem się po drodze.

Słyszałeś w sobie muzykę od dziecka?

Było jej pełno w moim domu. Każdy tu grał, ja dużo słuchałem i to wszystko kumulowało się we mnie. Potem przechodziło przez mój filtr, tworzyłem. Nagrywałem się i znowu słuchałem. Robiłem to odkąd pamiętam; na początku była to zabawa, która jednak uczyła mnie muzyki i tego, co jest w niej ważne. Poprzez improwizowanie rzeźbiłem w sobie poczucie muzyki latami i wiele temu zawdzięczam. To zresztą nie jest skończony proces. Mój przekaz ciągle się krystalizuje.
Jesteś młodym twórcą, a współpracowałeś już z wybitnymi muzykami – Krzysztofem Pendereckim, Philipem Glassem,

Randy Breckerem czy Adrianem Utley’em z Portishead. Który z nich odcisnął na Tobie największy stempel?

Muszę pomyśleć. (myśli dłuższą chwilę) Trudne pytanie. Praca z Philipem Glassem na pewno była niezwykłym wyzwaniem, tym bardziej że w jego obecności grałem jego utwory. Trzeba było temu stawić czoła…

Stres?

Oczywiście. Podobnie było z Krzysztofem Pendereckim. A kto wywarł na mnie największy wpływ – nie potrafię odpowiedzieć. Praca z takimi personami sprawia, że zawsze się coś od nich czerpie. Stres nie wynikał z samego spotkania, ale z tego co planowałem. W przypadku Krzysztofa Pendereckiego chciałem przerobić jego kompozycje. Nie wiedziałem, jak profesor na to zareaguje. Zazwyczaj kompozytorzy traktują swoje utwory raczej jako skończone dzieła. Obawiałem się reakcji. Na szczęście okazało się, że bardzo pozytywnie przyjął moje propozycje.

Lubisz film „Whiplash”, który opowiada o młodym muzyku jazzowym?

Wiele się o nim mówiło, więc oglądnąłem. Nie jest najgorszy, ale nigdy nie chciałbym się czuć tak, jak główny bohater.
Ten film mówi wiele o rozterkach i pokusach, jakie stoją przed młodym muzykiem. To może jest trochę o Tobie?
Film pokazuje, że trzeba pracować ostro, aby dojść do czegoś w muzyce. Zgoda, ale pomija się tu jeszcze jedną kwestię – talentu i eksploracji muzyki. Ten scenariusz pasuje mi bardziej do początkującego muzyka klasycznego niż jazzmana.

Z drugiej strony to również film o tym, że w pewnym momencie artysta musi wybrać między mieć a być. A wybierając „być”, czyli poświęcając się sztuce, może stracić wszystko, co ma. Czujesz się na taki wybór gotowy?

Wciąż wierzę, że obie sfery można połączyć. Chciałbym o tym zawsze pamiętać, aby muzyka nie przesłoniła mi rzeczywistości. Jest wiele pokus, które nas ciągną i w jedną, i w drugą stronę. Można grać jakieś głupoty, zarabiając pieniądze i dobrze się w życiu bawiąc. Albo trwać cały czas w sztuce, odrzucając zwykłe życie.

fot: Adam Golec
fot: Adam Golec
Udaje ci się te sfery łączyć?

Różnie z tym bywa, bo na pierwszym miejscu stawiam sztukę.

Gdybyś musiał zatem wybrać, to…

Nie wiem, naprawdę. Ten dylemat jeszcze do mnie nie przyszedł. Gdy przyjdzie, będę musiał wybierać. Mam jednak nadzieję, że to nie nastąpi. Taki wybór nie byłby zdrowy. Obie te sfery nie zagrają, jeśli je od siebie oddzielimy.
Autorzy „Whiplash” dokonują wyboru, pokazują że poświęcenie się sztuce ma sens, choć potrafi zaboleć, nawet aż do krwi. Ale to lepsze niż pozostanie na poziomie artystycznej miałkości.
Ale pamiętajmy, że bohater filmu poświęca się nie sztuce, lecz rzemiosłu, co faktycznie może czasem fizycznie zaboleć. Gdy jednak zajmujesz się twórczością, jakąkolwiek, musisz zadać sobie pytanie, jak głęboko chcesz w nią wejść. Widzę wielu zdolnych muzyków, którzy się zatracają i tracą kontrolę, zaczynają zbaczać, oddają się pokusie i schodzą z obranego kierunku, na przykład na drogę popu. A jazz, który zbliża się do popu, traci sens.

A Ty, słuchasz popu?

Jeżeli czegoś słucham, nigdy nie patrzę na gatunek. Gatunki są wytworem współczesności, klasyfikują muzykę. Muzyka poważna jest bezgatunkowa. A więc jeśli słucham, to szukam dźwięków, które niosą jakiś przekaz. Może to być cokolwiek.

Mam wrażenie, że na poziomie społeczeństwa ambitna muzyka nie jest w modzie. W Polsce jest z tym szczególnie źle, wystarczy włączyć radio. Jak się czujesz, gdy słyszysz tam często Dodę, Feela czy Libera?

To wyprowadza z równowagi. Zwłaszcza gdy słyszę, że artysta nie miał zamiaru nic przekazać, a jedynie zaaplikował kilka akordów z komputera. Taka bezsensowność jest irytująca. Nie cierpię bezduszności w muzyce. Nie lubię na przykład tego, że jesteśmy teraz we francuskim bistro, a z głośników leci jakieś amerykańskie gówno. Chciałbym, abyśmy kreowali własną kulturę. Abyśmy dostawali nagrody nie za to, że kopiujemy Amerykanów czy Latynosów, lecz za to, że tworzymy piękny, oryginalny kawałek muzyki. Dźwięk musi coś przekazywać, przynajmniej coś prawdziwego, a może i ważnego. Słuchamy po to, aby poczuć.

Taki jest właśnie jazz?

Traktuję jazz jako przekaz, a nie gatunek muzyki. Jazz jest odpowiedzią na pewną potrzebę – szczerości w sztuce, szczerości bezkompromisowej. Nie chodzi o „robię wszystko, co mi się podoba”, lecz o „powiem prawdę o nas, o sobie”. Jazz pokazuje prawdę o człowieku.

Czyli to jeszcze nie koniec jazzu, jak wieszczą niektórzy krytycy tego gatunku?

Jazz jest głęboką syntezą, która w efekcie doprowadzi do czegoś dużo większego, niż myślimy. Tylko na razie jeszcze nie zdajmy sobie sprawy, do czego. Ten proces cały czas się dokonuje.

A co Twój jazz mówi o Tobie?

To chyba najtrudniejsze pytanie, jakie można zadać. Aby powiedzieć, co mój jazz mówi o mnie, trzeba posłuchać mojej muzyki. Gdybym potrafił precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie, pewnie przestałbym grać.

Ale na pewno wiesz, dlaczego grasz i komponujesz. Jaki brzmi Twoje credo?

Dobrze by było, aby polski jazz przestał kopiować wzorce amerykańskie. Amerykańska muzyka powinna zgodnie ze swoją nazwą pozostać amerykańska. Jeżeli będziemy rozumieć ten gatunek jako gatunek historyczny, to sami go wmurujemy w historię. Jeśli jako współczesny, to powinien obrazować nasze obecne uczucia, przeżycia. Czy nasze współczesne emocje są emocjami amerykańskimi? To nonsens. Musimy szukać własnych konceptów, sięgać do korzeni, tworząc coś oryginalnego. Moje studia nad oberkiem czy Bukoliki High Definition Quartet są próbą głębszego zanurzenia się w ludowość polską. Ale to dopiero początek.

Których polskich muzyków szczególnie cenisz za ich oryginalność?

Nie chcę wymieniać żyjących artystów. Z tych, którzy odeszli, cenię Krzysztofa Komedę, który nie grał muzyki stricte amerykańskiej, a został doceniony i tam, i w Polsce. Dotarł do oryginalności nie dlatego, że małpował czyjąś oryginalność, lecz dlatego, że odkrył własny styl.

Grasz w zespole High Definition, ale coraz częściej występujesz sam. Jesteś typem solisty – nie tylko muzycznie, ale i mentalnie?

Interesuje mnie ludzka indywidualność. Jeśli skupiam uwagę na tym, co wydarza się poza nim, to dlatego, że interesuje mnie to, co dzieje się wtedy wewnątrz człowieka.

Nie wszyscy potrafią grać indywidualnie i zespołowo – jak w sporcie. Potrafisz się dowolnie przestawiać między tymi dwoma sposobami ekspresji?

Granie solistyczne przypomina wspinaczkę – każdy krok musi być przemyślany, bo w przeciwnym wypadku możemy zsunąć się w dół. Wszystko trzeba kontrolować. Jeśli popełnię błąd, muszę od razu reagować. W jazzie nie ma zresztą czegoś takiego jak błąd, jeśli dbamy o tę kontrolę, to takie pojęcie nie istnieje. W tej muzyce chodzi o to, aby wyrażać się w pełni, wraz z naszymi błędami czy wadami. Wszystko co gramy jest pewnym spektaklem ze zwrotami akcji i morałem. To jest niesamowite, to coś, czego nie ma w żadnym innym gatunku muzycznym. Odkryłem to w jazzie jako wartość nadrzędną.

Jesteś też solistą w życiu prywatnym?

Skupiam się na pracy, ale nie powiedziałbym, że jestem usystematyzowanym człowiekiem. Dostrzegam wartość usystematyzowania, ale widzę też inne wartości. Gdybym był w pełni usystematyzowanym człowiekiem, poczułbym pewnie wielką nudę. Trzeba być świadomym zasad, by móc od nich odchodzić.

To Twoja esencja buntu?

Nie bunt dla samego buntu, a pewien złoty środek pomiędzy skrajnościami, co nie oznacza wcale pójścia na kompromis. Reguły mają pomagać w buncie, dopraszać się o swoje należne miejsce, ale nie jest to miejsce najwyższe. To ja ustalam, co jest wyżej, a co niżej.

A jak spędzasz wolny czas?

(zastanawia się) Trudno mi znaleźć chwile, które mógłbym zakwalifikować jako wolny czas. Staram się go spędzać konstruktywnie. Lubię kino, wciąż eksploruję moich ulubionych reżyserów. Poza tym często myślę o sztuce, co sprawia mi pewną przyjemność. To właściwie wystarcza jak na ideę wolnego czasu – muzyka to szeroki temat. To żywa, realna materia kształtująca naszą rzeczywistość.

Co masz na myśli?

Zastanów się, jak to jest w ogóle możliwe, że muzyka nam się podoba lub nie. Jak to jest, że muzyka istnieje, skoro nie ma swojego wzorca w przyrodzie – przeciwnie do innych form sztuki? To niezwykłe, muzyka powstała z niczego.
I jest nierealna, istnieje tylko w postaci fal.
Co zatem sprawia, że mówimy o jednych falach – „to jest dobre”, a inne odrzucamy jako złe? Takie myśli mnie pochłaniają, widzisz, nawet teraz.

Jak długo będziesz tym piano-chuliganem?

To może jeszcze chwilę potrwać. Nie planuję takich rzeczy w dalekiej przyszłości.

A planujesz się kiedyś przestać buntować?

(myśli) Postaram się odpowiadać na potrzeby współczesności jak długo będzie to potrzebne. Na razie jest.

Rozmawiał Rafał Stanowski

Piotr Orzechowski, Pianohooligan
Rocznik 1990. Pianista i kompozytor, absolwent Berklee College of Music, jeden z najbardziej utytułowanych muzyków jazzowych młodego pokolenia. Laureat wielu nagród, w tym najważniejszej – I. Nagrody na Montreux Jazz Solo Piano Competition (2011), którą zdobył jako pierwszy Polak w historii tego legendarnego szwajcarskiego festiwalu. Lider kwartetu jazzowego High Definition, z którym wygrał kilka międzynarodowych konkursów. Laureat tzw. Oskara Jazzowego „Grand Prix Jazz Melomani” w kategorii „Nadzieja Melomanów” (2012), a także w kategorii „Płyta Roku” za album HOPASA (2013) czy tytułu „Nadzieja Polskiego Jazzu” magazynu Jazz Forum (2014). Współpracował z tak wybitnymi osobowościami świata muzyki jak, m.in.:Philip Glass, Steve Reich, Krzysztof Penderecki, Adrian Utley z Portishead, Avishai Cohen czy Randy Brecker.

 

Komentarze