Łódzki przystanek na żądanie

Fashion Philosophy Fashion Week Poland przeżywa drugie życie. Życie skromniejsze, bez fajerwerków i efekciarskiej celebry. Nie znaczy jednak, że pozbawione całkiem artystycznej wartości.

Łódzki tydzień mody na pewno się skurczył. Widać to było choćby po gabarytach przestrzeni. Jeszcze pół roku temu pokazy odbywały się w dwóch salach Wytwórni połączonej z hotelem Double Tree by Hilton. Teraz ograniczono się do jednego pomieszczenia, ustawiając w roli jego współlokatorów pokazy offowe i topowe.
W line-upie zabrakło niestety gwiazd, nie tyle zagranicznych, co polskich. Nie widzieliśmy ani łódzkich debeściaków, jak Łukasz Jemioł czy MMC, ani medialnej gwardii z Warszawy. W pierwszych rzędach zabrakło również wielu topowych redaktorów i stylistów.
Nic dziwnego, że Designer Avenue zamieniła się raczej Young Talents Avenue, podobnie jak cały Fashion Week Poland, który przeformatował się na wydarzenie skupione na młodych zdolnych. Zanim jednak zobaczyliśmy ich projekty na wybiegu, powrócono do pięknej historii z artystyczną duszą. Publiczność obejrzała bowiem retrospektywny pokaz prac Jerzego Antkowiaka, bohatera niedawnej książki „Antkowiak – Niegrzeczny Chłopiec Polskiej Mody”. Mistrz igły krawieckiej odebrał nagrodę Złotego Flaminga, a publiczność – solidną lekcję polskiej mody. Projekty, które Antkowiak przywiózł do Łodzi, okazały się znakomitą lekcją stylu i myślenia o modzie. A zarazem przytyczkiem w nos, bo wielu polskim projektantom daleko jeszcze do tego poziomu i rozmachu.

Przed fashion weekiem mówiło się, że warto tu przyjechać dla pokazów ODIO & Pieczarkowski oraz Boli, czyli Oli Bajer. I ta przepowiednia, niczym u wróżki, spełniła się na wybiegu. Aleksandra Ozimek i Jakub Pieczarkowski przenieśli nas w klimat grozy, pachnącej nieco XIX-wiecznym gotykiem, co podkreślały trupie makijaże modelek i modeli (jeden z nich wyglądał zresztą, jakby miał się zaraz przewrócić na wybiegu, ale na szczęście okazało się to optycznym złudzeniem).
Projektanci postawili na mocne ornamenty, szczelnie wypełniając nimi tkaniny i papierowe, ręcznie zdobione torby. Nieskończona liczba nadruków, wchodzących ze sobą w interakcję i pełniących rolę niemal biżuterii, a zarazem sprytnego trompe l’oeil, mogła wprawić w autentyczny zachwyt. ODIO i Pieczarkowski pokazali, jaki ważną rolę we współczesnej modzie odgrywa zdobnictwo, wpisując się w nadchodzący wielkimi krokami trend określany jako glamcore (przeciwieństwo klapkowego normcore’u). Całość sprawiała świetne wrażenie, zostawiając w pamięci mocny, niebanalny stempel. Tak powinny wyglądać pokazy na fashion weeku, nie tylko w Polsce.
Ola Bajer również podejmuje grę z ornamentyką, co podkreślał jej poprzedni, błyskotliwy występ w Łodzi. Bajer, absolwentka Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru w Krakowie, ASP Katowice i MSKPU, znów błysnęła talentem malarskim (polecam uwadze jej obrazy), prezentując autorsko zdobione tkaniny. Wykorzystała szeroką paletę zdobniczą, używając nadruków, haftów, koralików. Skomponowane zostały z niezwykłym estetycznym wyczuciem, bez taniego efekciarstwa.
Połączenie misterności z ciekawie dobranymi krojami (długi męski płaszcz spotykający się z szortami) sprawiało znakomite wrażenie. Projekty nie dominowały nad sylwetką, ale wpisywały się w jej linie, podkreślając zarówno damskie, jak i męskie atuty. Ola Bajer zatytułowała tę kolekcję „Draumen”, posyłając na wybieg swoje nocne imaginacje. Jeśli codziennie ma tak piękne sny, bardzo jej zazdroszczę.

Trzecim z wygranych Fashion Weeka okazał się Jarosław Ewert. Łódzki projektant pokazał, że ma głowę pełną pomysłów, jak przetwarzać klasykę. Jego kolekcja nie szokuje, nie stara się uwieść kalejdoskopem barw, a raczej pokazuje, jak wiele w modzie znaczy dobre krawiectwo. Ewert doskonale czuje modę, zarówno w sensie art, jak i utility.
Wygraną może czuć się również Waleria Tokarzewska-Karaszewicz, młoda absolwentka Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru w Krakowie, która podbiła serca jury, wygrywając konkurs Seata. Na wybiegu pokazała prawdziwą feerię barw i szeroką paletę konstrukcji, wpisując się również w glamcore. Czego tu nie było! I wielobarwne futerka, i rozkloszowane sukienki, i gorsety, i szorty, a wszystko mocno zdobione, przetykane błyszczącymi nitkami, uzupełnione malarskimi printami i akcesoriami. Tokarzewska-Karaszewicz czuje się doskonale w wielu koncepcjach mody i nie obawia się skomplikowanych konstrukcji. Pytanie jednak, czy kolekcja nie ugięła się trochę od nadmiaru pomysłów, którymi można by obdzielić kilka fashion weeków. Less is more – warto o tym pamiętać.
O wielu innych zasadach zapomnieli niestety dwaj inni młodzi projektanci, zwycięzcy kolejnych edycji programu „Project Runway” w TVN. Kolekcje Jacoba Birge oraz Michała Zielińskiego mocno mnie (i nie tylko) zdegustowały. Jacob zafundował nam pokaz fatalnej estetyki. W jego wizji kobieta przypomina zdaje się Elsę „strażniczkę haremu” z grindhouse’owych porno horrorów, ubraną w postrzępioną mini i skórzaną kurtkę z motywem zebry. W jego ślady poszedł Michał Zieliński. Młody projektant szył chyba swoją kolekcję w totalnym pośpiechu i zamroczeniu. Odstające nitki, źle układające się sukienki, nieudana konstrukcja – Zieliński wypunktował wszystkie swoje słabe strony. Pokazał, że jego talent wymaga jeszcze oszlifowania, a przede wszystkim mocnej dawki wiedzy. Okazało się, że wygranie telewizyjnego show to dopiero wstęp, a nie występ.

Trzynasta edycja Fashion Philosophy Fashion Week Poland odbyła się w duchu mniejszego zamieszania medialnego, braku gwiazd i energetycznego szumu, który nakręca podobne wydarzenia na świecie. „Polski tydzień mody” przestał być celem dla modowej śmietanki, a dla jej części stał się jedynie przystankiem na żądanie.
Rafał Stanowski

Komentarze

Fashion Philosophy Fashion Week Poland przeżywa drugie życie. Życie skromniejsze, bez fajerwerków i efekciarskiej celebry. Nie znaczy jednak, że pozbawione całkiem artystycznej wartości. Łódzki tydzień mody na pewno się...
" />